Pojawił się u Rudolfa nagle. Na plecach. Na wysokości łopatek. W formie małego guziczka.
Guziczek został dokładnie omacany i wzbudził u mnie lekki niepokój.
Zrobiliśmy biopsję. Szczęśliwie OBCY okazał się kaszakiem, cystą wypełnioną łojem, zawierającym głównie komórki nabłonkowe. Nic groźnego zatem.
Za radą lekarza, którego darzę wielkim zaufaniem, postanowiliśmy OBCEGO nie tykać, jeno dyskretnie obserwować. I tak OBCY, jako mały guziczek, towarzyszył Rudolfowi przez jakieś dwa lata.
W przeciągu ostatnich miesięcy jednak OBCY się zbiesił i stwierdził, że ma dość funkcjonowania jako mały guziczek. Zaczął rosnąć. Szybko.
Zatem ja – równie szybko – podjęłam decyzję o eksmisji OBCEGO z naszego życia.
Zrobiliśmy morfologię. Wyniki super, tyle dobrego. Parametry nerkowe się bardzo poprawiły.
Termin operacji wypadł dziś.
– Chcę asystować – oznajmiłam stanowczo znad Rudolfa pod kroplówką przed zabiegiem.
– A nie będziesz się stresować?
– Będę. Ale bardziej zestresuje mnie czekanie. A tak przynajmniej będę na bieżąco.
– Ok.
Po kroplówce zawiozłam Rudolfa do domu na siku.
Przemyślałam.
– Idę na zakupy. O której mam po niego przyjechać?
– Nie zostajesz?
– Nie. Doszłam do wniosku, że ty będziesz się stresować moją obecnością przy stole. A zestresowany chirurg to zły chirurg. A ja przeżyję. Ufam ci.
I tak o.
OBCY, dopiero po wygoleniu sierści Rudolfa, zdradził swoje gabaryty. Okazał się duży. Bardzo duży. 😦
Został usunięty w dobrym momencie, bo gdybym zwlekała jeszcze parę miesięcy, mogłoby nie wystarczyć Rudolfowi skóry na plecach, żeby zszyć ranę pooperacyjną…
Rudi dochodzi do siebie. Jest na opioidach, zatem po powrocie do domu był bardzo pobudzony. Ot, narkotykowa jazda. Żeby nie zrobił sobie krzywdy, zamknęłam go w transporterze, w którym przestał się awanturować dopiero jakieś pół godziny temu. Teraz chyba się wyluzował, bo przestał przeklinać.
Istnieje szansa, że mnie nie znienawidzi.