Otwieram rano lodówkę… Drzwiczki zassały, więc szarpię… I SRU!
…
A któż to mógł zostawić na najwyższej półce lodówki wiaderko kiszonki, z pływającym tamże jednym, jedynym ogórem?… No któż, miauwa?… Na rodzinę zawsze można liczyć…
Zawartość wiaderka wylała mi się centralnie na twarz i podtopiła dokumentnie. Ogórowa zalewa wypełniła moje zatoki w parę sekund. Zaczęłam się krztusić i charczeć o pomoc.
Słyszę jak przez mgłę mojego brata: Światełko na lodówce! Skup się! Jasne światełko! Płyń w stronę latarni!
Wymachuję rękami, dusząc się na całego…
– Nie widzisz latarni? No weź! To dryfuj, siostra! DRYFUJ!
Kiedyś go zatłukę, jak mi Bóg miły…
Dostanę zawiasy za zbrodnię w afekcie…