W nawiązaniu do poprzedniego wpisu, niniejszym przybliżę kulisy.
Otóż mój znajomy jest dumnym posiadaczem mini busa marki volkswagen. Piotrek kocha go nad życie i nazywa pieszczotliwie Chrupkiem. Chrupek czasy świetności ma już dawno za sobą, wiecznie nawala, ma chyba ze sto lat i podejrzewam, że przeżył obie wojny światowe (choć biorąc pod uwagę jego prezencję, podejrzewam, że zaliczył też konflikt w Zatoce Perskiej).
Chrupek wydaje też dźwięki. Poziom decybeli, jaki ten rzęch potrafi wyemitować, bije na głowę odgłos silnika odrzutowca (niniejszym przepraszam wszystkie odrzutowce za owo niefortunne porównanie).
Tydzień temu Piotr podjechał tym cudem niemieckiej myśli technicznej pod mój zakład pracy, w celu przejęcia wora kociej karmy. Moment uruchomienia Chrupkowego silnika rzucił do okien wszystkich w budynku. Nieświadoma busowego potencjału gawiedź przeraziła się, że wali się nasz nowo wybudowany Teatr Szekspirowski (btw nikt by nie miał nic przeciwko – to diament polskiej architektury – kto widział, ten wie).
Owszem, Piotrek posiada inny środek transportu, całkiem solidny. Cóż z tego, kiedy w oczach właściciela inna maszyna nie dorasta Chrupkowi nawet do podwozia… Niewinna propozycja: Aż do Wejherowa musisz pomykać? Jadę do Gdyni, podwiozę cię! nabrała dla mnie ostatnio całkiem nowego wymiaru i wprawia me słabe serce w drżenie…
Z całym szacunkiem dla Chrupka i jego zasług – wspólnie z bratem Piotra po cichu modlimy się żarliwie, żeby ten trup pewnego dnia zakończył swój żywot i po prostu nie odpalił. Paweł wspomniał coś nawet o Częstochowie i pielgrzymce…