Opowiadałam o dwóch berneńczykach, tak? Cudniaste są. Franek i Zenek. (Proszę nic mi nie imputować – nie ja je ochrzciłam.)
Otóż Franek zaniemógł i trzeba było ratować jego życie i zdrowie. Wyskoczył mu mianowicie podejrzany pypeć, centralnie na siusiaku, natychmiastowo operacyjny – bo psa boli. No.
Zaczęło się niewinnie…
Telefon od Jany: Zawieziesz nas? Robert w pracy, a ja sama mogę sobie potem nie dać rady w półprzytomnym cielakiem po narkozie. HELP!
Spoko.
W lecznicy psisko dostało dwa zastrzyki, następnie wet zalecił krótki spacerek: Chwilę potrwa, zanim lek zadziała.
Spoko.
Udałyśmy się ze zwierzem w plenerek. Słoneczko świeciło, ptaszki śpiewały, pies żwawy i podejrzanie rześki, sielanka. Gdy już zaczęłyśmy się zastanawiać, czy wet aby nie zapodał zbyt małej dawki, Franciszek zaliczył nagły zjazd… Jakieś 500 metrów od lecznicy.
Chwila konsternacji… Żeby to był ratlerek, ciułała, spaniel chociaż… Trafiło jednak na berneńskie bydlę, w dodatku bezwładne, ze zwisającym jęzorem… Matko boska….
Ale don’t panic. Co dwie baby, to nie jedna – Jana chwyciła za kudłaty tyłek, ja za kudłaty kark i… w górę serca. Jakoś podniosłyśmy totalnie flusiowatego Franciszka z gleby i, stękając ciężko, zaczęłyśmy się wlec w kierunku lecznicy. Nie było lekko, proszę Państwa. Być może dlatego gdzieś w połowie drogi dostałyśmy obie histerycznego ataku śmiechu. Nie mogłyśmy się uspokoić nawet w gabinecie.
Spoko.
Mam tylko wyrzuty sumienia z powodu małej dziewczynki z warkoczykami i z hulajnogą, którą mijałyśmy. Jej przerażone oczy, wielkości pięciozłotówek, najprawdopodobniej na zawsze zachowały w głowie obraz dwóch rozchichotanych idiotek, wlekących zwłoki psa. Trauma do końca życia normalnie.
Tymczasem Franek już odzyskał pion.
Spoko.