Byliśmy w Malborku – na rodzinnym obiadku, całą swoją trzyosobową rodziną.
(Jakby nie patrzeć stanowimy swojego rodzaju rodzinę. Choć nie do końca tuzinkową, jak mi to uświadomiła jedna z koleżanek – pozdrawiam! 🙂 No dobra. Wiem, że niekoniecznie trzymamy standardy.)
Poznałam w końcu Hannah.
Stresowałam się lekko, gdyż wyżej wymieniona jest matką Emenemsów i jakoś tak zależało mi na wywarciu na niej w miarę pozytywnego wrażenia.
No dobra, bałam się tego spotkania okropnie. Spodziewałam się konfrontacji z typową sztywną Niemrą, o wyrazie twarzy pittbulla, z wykrochmalonym kołnierzykiem, spodniami na kancik i pogrzebaczem w tyłku.
Niepotrzebnie.
Przywitała mnie ciepła, uśmiechnięta kobieta, w cygańskiej kiecce i z kolczykiem w nosie, absolutnie nie wyglądająca na swój wiek i abso-miauwa-lutnie powalająca urodą.
Uścisnęła mnie, wykrzyknęła: W końcu! Tyle o tobie słyszałam! i kazała zwracać się do siebie per Hanka.
Cóż ja mogę jeszcze dodać w tym temacie…
Nie spodziewałam się tak fajnej osoby. Naprawdę.
Niczego mi nie klarowała, niczego nie wciskała, nie robiła z mózgu wody. Nic z tych rzeczy!
Spojrzała na mnie i wiedziała.
A mojej mamie zajęło jakieś trzydzieści lat, żeby się nauczyć.
Paweł się jeszcze uczy, iż nie należy mną dyrygować.
A tu proszę.
🙂