Nadszedł moment, kiedy trzeba było odrobaczyć mój żywy inwentarz. Wiązało się to, jak powszechnie wiadomo, z podaniem tabletki. Na pierwszy ogień poszła Iwa.
Iwcia jest słodką ćwierkającą koteczką, delikatną i eteryczną, ważącą około pięciu kilo, zatem niewielką panienką mco. Mamy jako taki obraz? Mamy.
Otóż Iwa w zestawieniu z tabletką stanowi nie lada wyzwanie. Nie jest łatwo, jak na przykład z moim dwu i pół letnim siostrzeńcem, który jest żarłoczny jak pterodaktyl, pochłonie wszystko co się nadaje i nie nadaje do jedzenia, a tabletkę wystarczy mu zawinąć w kiełbasę i połknie w trzy sekundy… Nie, nie. Dla Iwy wręcz sama myśl o próbie podania jej tabletki stanowi policzek w kocią twarz i zamach na kocią godność. A już na widok tabletki, słodziutka koteńka zamienia się w kociego terminatora.
Ale jak mus to mus.
Okutana w waciak, uzbrojona w koc i rękawice kuchenne (jak Boga kocham, wyglądałam jak treser psów obronnych!), przystąpiłam do czynu. Wpadłam jeszcze na pomysł użycia durszlaka jako ochrony twarzy, ale szybko porzuciłam tę myśl – durszlak mógłby znacznie ograniczyć moje pole widzenia. Pochopna decyzja, ale cóż… Człowiek się uczy na błędach.
Wyciągnęłam czującą już pismo nosem Iwę spod łóżka, posadziłam sobie na kolanach, owinęłam kocem… i to by było na tyle, jeśli chodzi o pasmo moich sukcesów. Moja ukochana kicia przeszła bowiem błyskawiczną transformację, zamieniając się w mutanta o ośmiu opancerzonych łapach, paszczy krokodyla i sile słonia.
Aktualnie zaposiadam:
- podrapaną twarz,
- podrapaną szyję,
- zmiażdżony palec wskazujący prawy (zacisk gadziej szczęki o sile prasy drukarskiej dał radę przez rękawicę),
- zdeptane kocimi poduchami ego.
Tabletka została połknięta, ale ja nie pozbieram się do Gwiazdki.
Na osłodę podałam tabletki pozostałym kociastym. Tak, na osłodę. Albowiem odbyło się to według schematu: kotek na kolanka – rozwarcie pyszczka – wrzucenie tabletki – pomasowanie gardzieli – połknięcie tabletki – voila.
Iwa ma focha.
Ja też.