Dzień jak codzień. Rano zwlekłam się z łóżka i pojechałam na zakład. A tam ciemno, buro, zimno… Żadnych nowych plotek. Nic.
Nuda.
Wypiłam więc kawę. Zjadłam śniadanie. Odbębniłam swoje osiem roboczogodzin.
Nuda.
A potem – jadąc do domu – miałam wypadek. Ale przeżyłam. Nic mi się nie stało. Escort mnie zepchnął prosto pod tramwaj.
Ale naprawdę spoko.
Tramwaj się zatrzymał jakieś trzydzieści centymetrów przed moim zderzakiem i wytrzeszczonymi oczami.
Luzik.
Błotnik do wymiany.
Eee… Nuuuda.
Właśnie wróciłam z komisariatu. Pierwszy raz jechałam radiowozem, proszę Państwa. Tyle, jeśli chodzi o atrakcje dzisiejszego dnia.
A teraz przystępuję do spędzania nudnego wieczoru. Na pewno będzie udany.
Na pewno.
O ile mnie zaraz, kurwa mać, szlag jasny nie trafi.