Siedzę se trzeci dzień na przymusowym urlopie i już mnie nosi. Przymusowym, bo – jak sama nazwa wskazuje – zmuszono mnie prośbą i groźbą.
(Ma pani niewykorzystane dni urlopu za zeszły rok. Czasem trzeba odpocząć. Won!)
Zatem co…
Posprzątałam.
Poprałam.
Nagotowałam dla pułku wojska (i pomroziłam).
Mogłabym jeszcze umyć okna, ale upiornie mi się nie chce.
I tak o.
Paweł się dzisiaj żalił: To ja muszę iść na urlop. Przemęczony chyba jestem. Na przykład dziś po drodze do pracy minąłem dwumetrowej wysokości pudełko chusteczek jednorazowych Zewa Softis…
Piotr mruknął grobowo: A ja widziałem pokemona Pikaczu…
Ożywiłam się: Ja też! Ja też! W dodatku kudłatego i na suwak. Pod postacią plecaka – na plecach bardzo poważnej obywatelki na oko lat trzy.
Piotrek: Nie, nie… Ten miał ponad metr dziewięćdziesiąt i zachowywał się nachalnie…
Znaczy moje różowe słonie to był jednak mały pikuś.