Upominek

Jakieś bydlę z gatunku ssaków z rzędu drapieżnych z rodziny kotowatych (ściślej: Felis catus domesticus) postanowiło mnie z rana uszczęśliwić prezentem. Nie wiem które, bo jakoś żadne nie oczekiwało przy łóżku na wyrazy wdzięczności i uznania. Ciekawe, miauwa, czemu.

Otóż obudziłam się, przeciągnęłam leniwie i otworzyłam oko… I owe jedno oko zarejestrowało masakrę… Martwego pająka wielkości owczarka, leżącego na mojej poduszce.
Załączyłam opcję wrzask mode:on i wybiegłam z sypialni. Chyba nadal biegnę. Nie wiem, bo od rana mam zawał.
(Można mieć zawał tyle godzin?)

Paweł zaś – podły zdrajca – zamiast mnie w nieszczęściu wesprzeć słowem i czynem, o mało czkawki nie dostał ze śmiechu.
Słowo daję, gdybyśmy byli złączeni sakramentem, już bym leciała do urzędu z papierami rozwodowymi. I kit mnie, że sobota! Tam do urzędu… Do Watykanu bym pędziła, z podaniem o natychmiastowe unieważnienie związku!
Ale, ponieważ złączeni nie jesteśmy, pozostaje mi jeno foch… Za to spektakularny – również na koty.

Miauwa, moje biedne, sponiewierane serducho…

Dodaj komentarz