Chora jestem

Trochę.
Trochę bardzo.

I umieram.

Lekarzy zazwyczaj staram się omijać szerokim łukiem…

(No dobra, nie zawsze mi to wychodzi perfekcyjnie, ale nie czepiajmy się pierdół, tak?)

… zatem przystąpiłam do akcji: „Cudowne samouleczenie”.

Przedwczoraj było mi dziwnie, wczoraj zaś gardziel zaczęła mi dokuczać całkiem serio. Strzeliłam se zatem pyralginkę, przepłukałam ją flegaminą i palulu.

A dziś rano… O żesz miauwa!
Na trzęsących się nóżkach, z pierońsko obolałymi strunami, tchawicą i oskrzelami, saganem z bólu pulsującym w rytmie macareny, starając się opanować dreszcze, pojechałam na zakład. Kretynka.
Na szczęście moja szefowa kretynką nie jest i powitała mnie czule: Zabieraj się stąd razem ze swoimi wirusami do lekarza. Won!

No to się zabrałam.

W gabinecie siedziałam półprzytomna, telepało mną jak alkoholikiem po miesięcznym ciągu, przez ból makówki ledwo widziałam dochtorskie biurko…
A tymczasem dochtore obejrzała mi gardło, osłuchała mi plecy i cycki, i stwierdziła:
– Eee… Nic się poważnego nie dzieje. Zupełnie nic. Pewnie pani zwolnienie potrzebuje, tak? – Wymierzyła we mnie oskarżycielsko palec wskazujący, przyozdobiony w gustowny sygnet (pewnie rodowy).
No raczej. Ale, pani doktor, umówmy się… Ja jestem u lekarza naprawdę raz na ruski rok i gdybym nie czuła, że jest ze mną kiepsko, siedziałabym teraz w pracy i darowałabym sobie wątpliwą przyjemność odwiedzania przychodni…
– Taaak… – palec z sygnetem oskarżycielsko stukał w biurko. – Nic poważnego się nie dzieje. Wypiszę zwolnienie. Wie pani, my tu dużo zwolnień wypisujemy. Szczególnie przed długimi weekendami jest pomór… Ludzie symulują…
– To dlaczego wypisujecie?

Sygnet zatrzymał się w miejscu, zdaje się lekko zirytowany.
– Pani doktor, nie przedłużajmy. Ja się naprawdę źle czuję. Poproszę o leki i zwolnienie lekarskie, żebym miała czas dojść do siebie. W poniedziałek chciałabym już wrócić do pracy.

W domu naszprycowałam się medycyną i zmierzyłam sobie temperaturę. 39 stopni.
Eee, przecież nic poważnego się nie dzieje. Ależ skąd. W najmniejszym nawet stopniu.

Po lekach i po godzinie drzemki spadło o pięć kresek.

A potem przyjechał Paweł, władował mi jakiś zastrzyk w tyłek (mam teraz martwicę w lewym pośladku, przysięgam!) i leżę. Gorączka spadła – mam 37,3. Zatem nie umrę jednak.

Do smutnych wniosków doszłam…
Moi weci – gdy zwierz ma choćby podejrzenie jakiejkolwiek infekcji – nie wypuszczą mnie z gabinetu bez zmierzenia zwierzowi temperatury.
Ale wet ma inne podejście do swoich pacjentów. Lepsze.
Poza tym wet inkasuje gotówkę.
A u lekarza rodzinnego jesteśmy tylko klientami ZUS-u, płacącymi co miesiąc haracz, i przychodzimy li tylko jedynie, żeby wyżebrać zwolnionko i wypocząć w chałupce.
Przykre to.

Dodaj komentarz