Floriusz się zrehabilitował. W ramach przeprosin rzucił nad ranem pawia tuż przy moich kapciach. Ja wiem, że miało być do kapci, a nie obok, ale chłopak nie wycelował. Starał się, ale nie wyszło. Mój kochany kotecek…
Cóż, nikt nie jest doskonały.
Trening czyni mistrza. Podobno.
Następnym razem będzie lepiej.
Dopinguję mu, aby się nie poddawał.
Zasadniczo to świat mi chwilowo zwariował, bo przyjechała moja szwagierka. Bowiem mam szwagierkę. Trzynastoletnią.
Rozbuchany blond aniołek ma ferie, stringi oraz piersi.
(Szlag… Ja w wieku trzynastu lat błagałam matkę o stanik, żeby jakiekolwiek wypukłości zaposiadać. Niestety, w czasach mojego szczenięctwa pushupów o rozmiarze zero w sklepach nie było. Właściwie to niczego nie było, ale to już odrębna historia.)
Aniołek ma również cztery niebieskie pasemka na włosach, które sobie zrobiła w szkolnym kiblu.
Oraz koszulkę ze Slayerem.
I pisze wiersze.
Pojechali sobie w chłopakami do Sopotu, a ja siedzę w chałupie i usiłuję się doprowadzić.
Po lekach i tej całej chemii, jaką w siebie wpompowałam ostatnimi czasy, mam na pysku jaszczurze łuski. Normalnie mam tak wysuszoną skórę, że spokojnie mogę na czole zetrzeć parę kilo kartofli na placki ziemniaczane.
Żaden krem nie pomaga. Żaden.
Chyba wysmaruję się wazeliną. Takie przyjemne z pożytecznym – w końcu będę mogła bezpiecznie przejść po zmroku przez pasy dla pieszych. I to bez odblasków.