Kocham ją bezgranicznie.
(W razie wątpliwości.)
SOBOTA…
Zajeżdżamy. Parkujemy na podjeździe. Tarabanimy się z samochodów.
Emenemsy z tobołami przodem, potem ja z Janką, na końcu Borys i Robert z dwoma psami…
– Chłopcy moi kochani! Ależ się stęskniłam!
– Mamo, tu jestem. To ja. Twoja córka. Rodzona. Halo!
NIEDZIELA…
Mamcia, po trzeciej butelce domowego wina z porzeczki, wyciągnęła album rodzinny…
– O, tu jest Tunia – obwieściła triumfalnie, pokazując palcem zdjęcie gołego niemowlaka na kocyku, z dupą na wierzchu. – Prawda, że była śliczna?
– Mamo, śliczna to ja byłam, nie przeczę – mruknęłam z zakłopotaniem. – Ale ja miałam włosy. A toto na zdjęciu jest łyse. Myślę, że to…
– Faktycznie! Zapomniałam. W takim razie to…
– To ja – mruknął mój brat tonem Wiktora Czyściciela. – To ja, mamo…
– Ale jaja! – Zachichotała moja rodzicielka.
No owszem, jaja jak się patrzy. Nie da się ukryć…
PONIEDZIAŁEK…
Wstaję o ósmej rano – mamunia biega z półlitrową butelką, rozsiewając aromat spirytusu przemysłowego…
– Muszę smarować, wiesz? Czuję, że mi się opryszczka robi. Muszę ją utegodzić w zarodku…
Pa-to-la, ne spa?
Miauwa, uwielbiam ją. 🙂