Emenemsy wracają na mój mymłon.
W sensie pod mój dach.
(Uzupełniam informację, żeby niezdrowych spekulacji uniknąć.)
W związku ze zwarciem w instalacji elektrycznej, instalowanej od zera przez fachowców, zjarało im się pół kuchni wraz z większością salonu.
Spoko. Jest faktura – jest reklamacja.
Ewentualne negatywne rozpatrzenie reklamacji – jest pozew.
Ewentualny pozew – jest gigantyczne odszkodowanie.
Spoko.
Fajnie było, gdy przez miesiąc mieszkali u mnie dochtory wet.
Bez dwóch zdań.
Po ich wyjeździe za to mogłam kontynuować łażenie po domu w samych ino galotach.
Komfort? Bezsprzecznie. Choć nudno.
Aktualnie znowu galoty pójdą w odstawkę.
Nie chciałam nudy? No to mam.
Zaczynam się przyzwyczajać.
Emenemsy vs dochtory?…
Wolę dochtorów.
Nie przypierniczali się do pierdół i nie usiłowali mi dyktować, jak żyć.
(Mam nadzieję, że Paweł tego nie przeczyta.)
Pamiętacie klęskę żywiołową w postaci czerwonego dywanika?…
(Odsyłam do archiwum.)
Szczerze boję się o mój dach nad głową…
I o koty…
;))