Moja świętej pamięci babcia chorowała długo i bezobjawowo. Tak właśnie.
Umierała dzień po dniu, zamęczając najbliższą rodzinę owym umieraniem i – mogę się założyć – miała z tego niezłą frajdę.
Jej córki (siostry mojego ojca) zadręczały się owego każdego dnia. Niepotrzebnie. Babcia tak miała i należało wyluzować się w tej kwestii.
My – młode pokolenie znaczy – staraliśmy się przyjąć fakt umierania naszej babci na klatę i nieco ulżyć nieszczęsnym ciotkom.
Scenka pierwsza:
– Czuję, że jutrzejszego dnia nie dożyję – jęknęła babcia.
– Babcia, to ty się myj – poprosiła moja siostra dość stanowczo. – Ty się dokładnie myj, a ja dzwonię po księdza!
Scenka druga:
– Michaś, dziecko – sapnęła babcia do mojego brata. – Czy tę płytę z grobu dziadka to da się ściągnąć?
– A po co, babciu? – Wzruszył ramionami wnuczek.
– Bo ja, synuś, czuję, że jutrzejszego dnia nie dożyję… I chciałabym spocząć z dziadkiem…
– A kto babcię tam będzie wlókł? – Obruszył się z mega empatią. – Zakopiemy babcię w ogrodzie pod orzechem! Obok Miśka, Kai, Hery i Czopera!*
(* Psy babcine, które kolejno schodziły z tego łez padołu w jesieni wieku swojego.)
Scenka trzecia:
– Tuniu, skarbie – westchnęła babcia. – Ja jutra nie dożyję…
– Babciu… Babcia tak często nie umiera, ja bardzo proszę – westchnęłam z kolei ja. – Bo gdy babcia w końcu faktycznie umrze, to nie zauważymy.
Uprzedzam ewentualne hejty: bardzo ją kochaliśmy, a dystans i humorystyczne podejście do jej umierania było jedynym sposobem, aby nasza babcia choć na chwilę wybiła sobie z głowy zejście śmiertelne.
Odeszła dwadzieścia lat później.
Czemu o tym opowiadam?
Ano rzecz się ma podobnie z tym blogiem.
Zarzekam się, że usunę, bo już czas, bo mi się nudzi, bo nie mam tematów, bo coraz rzadziej ktoś go odwiedza…
Ale lubię go. W sumie.
I – jak znam życie – ten blog któregoś dnia zniknie nagle. Bez marudzenia, bez uprzedzenia i bez przeprosin…
Tak jak moja babcia.
Widać geny to potęga. 😉