Szaruś dziś miał swój wielki dzień. Ale po kolei…
Połamańca trzeba było zawieźć do lecznicy o piętnastej i odebrać po liftingu – wieczorem. Podzieliłyśmy obowiązki. Urwałam się z roboty i dostarczyłam chłopaka. Ewela miała go odebrać.
– Nie wiem, czy grzebać w tej łapie – zadumał się wet. – Nie wiem, czy nie lepiej zostawić jak jest. To uraz sprzed jakichś dwóch tygodni. Zrośnie się, kot będzie utykał, ale noga się względnie zagoi…
– Panie doktorze… Widział pan zdjęcia? Widział pan. Zdajemy się na pana. Wierzę, że podejmie pan decyzję najlepszą z możliwych. Ufamy panu, tak?
– Oki doki.
Przez te trzy godziny oczekiwania na telefon od Eweli obgryzłam sobie paznokcie do łokci. Przysięgam!
I w końcu…
– Jadę z Szarusiem do domu. Morfologia ok. Biochemia ok. Czekamy na wyniki testów na fiv/felv/fip. Jajka poszły won. W łapie są dwie śruby. Operacja się udała. Była konieczna. Przemieszczona kość lada moment przebiłaby skórę… Jutro popołudniu kroplówka. Pracuję… Mogę cię prosić?
– Tak… Zawiozę go.
– Jakby co, ja za dwie godziny go odbiorę…
– Nie ma potrzeby. Posiedzę z nim… I przywiozę po…
– Serio?…
– …
– Tunia, jesteś?… Tunia?… Halo!
Poryczałam się właśnie, proszę Państwa.
Niniejszym rozmazałam się jak ostatnia mimoza.
Ze szczęścia.