L4

Na piątkowych zajęciach jedna z koleżanek kichała i kaszlała.
Na sobotnich zajęciach kontynuowała swój recital. Doszedł dodatkowy element w postaci charczenia.
W niedzielę koleżanka wprawdzie swoją obecnością już nas nie zaszczyciła, ale kilkoro z nas w połowie wykładu zaczęło się czuć z lekka niewyraźnie…

Wieczorkiem nażarłam się czosnku w ilości mega-masakrycznej – oprócz próby zduszenia dziadostwa w zarodku, miałam też inny cel… Zagranie czysto taktyczne…
Otóż wysoce prawdopodobne było to, że będę roztaczać wokół siebie woń tak piekielną, iż z roboty wyrzucą mnie kopniakami do lekarza.
Nie myliłam się… 😉

Moja lekarz rodzinna w dziwnym pośpiechu (doprawdy, nie rozumiem czemu) wypisała mi receptę i zwolnienie do końca tygodnia.
Zatem byczę się (i śmierdzę) w domku do piąteczku.

Ewentualne hordy odwiedzających (których smród nie odstrasza) uprzedzam zawczasu lojalnie: wyrzucam za drzwi bez ostrzeżenia. Zarażam jak cholera. 

Współczuć można, ale z umiarem, gdyż poza lekkim stanem podgorączkowym i bólem gardła, czuję się całkiem nieźle.
Za to, miauwa, w końcu się wyśpię. 🙂 

Dodaj komentarz