Kiedyś bałam się koni. Zawsze bałam się stworów większych i silniejszych od siebie.
Z biegiem czasu, od kiedy zaczęłam zaliczać z nimi bliskie spotkania pysk w pysk oraz stopniowo poznawać ich behawior, strach minął. Ba! Zakochałam się w tych zwierzętach. Są mądre i bardzo wrażliwe.
Moja mama (też – jak wiadomo – zwierzolub z pierwszej ligi) aktualnie również jest bardzo przeziębiona i fakt ten ewidentnie przytępił pracę jej mózgu oraz skutecznie stłumił jej wrodzoną inteligencję.
Dzwonię bowiem…
– Mamo, jest taki kary u Patki na rancho. Mówię ci, bju-ti-ful. I jest do adopcji! Rozważaliśmy z Pawłem balkon, ale jest problem. Bo mimo, że kary – jako arab czystej krwi – jest zgrabny i szczupły, to jednak na balkonie może mu być ciasnawo… Więcej miejsca miałby na tarasie, nie sądzisz? Tyle, że Piotrek rzucił celną uwagę, iż tam jest dosyć niski strop i kary mógłby sobie uszy obetrzeć… Ale wymyśliłam, że założymy mu wełnianą czapkę, taką wiesz… ze ściągaczem… Żeby te uszy jakoś zabezpieczyć… Znaczy karemu, nie Piotrkowi, rozumiesz… W porządnej zimowej czapce koń raczej uszu sobie o strop nie obetrze, co?…
– Jezusmaria, dziecko! Czy ty wiesz, ile kosztuje utrzymanie konia?!
Przewróciłam się.
I tak będę leżeć!
:))