Dziś, jakąś godzinę temu, na obwodnicy, przy prędkości jakieś 120 km/ha wysiadł mi bezpiecznik i zgasły oba przednie reflektory. Dodam, że miało to miejsce na kompletnie nieoświetlonym odcinku trasy. Straciłam kompletnie widoczność i zaczęłam jechać zygzakiem. Tyle mojego, że nie spanikowałam.
Jakiś kierowca zauważył, że mam kłopoty. Wyprzedził mnie, zwolnił i jechał przede mną jakieś 70 km/ha, a ja trzymałam się jego tylnych świateł jak rzep psiego zadka. I tak przeturlaliśmy się ładnych 15 km. Gdy dotarliśmy do mojego zjazdu, włączyłam kierunkowskaz i zjechałam na pas do skrętu. Kierowca przede mną wówczas mignął pożegnalnie awaryjnymi i śmignął dalej.
Ten ktoś chyba uratował mi życie…