– No to co? Czyścimy koteczkowi gruczoły okołoodbytowe?… Spoko. Tunia, przytrzymasz koteczka?
– Jasne! – Zakrzyknęłam ochoczo, wdziewając rękawice spawalnicze i zastanawiając się, czy spisałam testament.
– Khhhhhh! – Podsumował uroczo koteczek.
Dziesięć minut później…
– Strzelił mnie – jęknęłam, kończąc ścierać krew z łokcia.
– Jezus Maria! Gruczołem?!
– Nie. Pazurem.
– Uffffff… Szczęście w nieszczęściu. Będziesz żyć. Bo gdyby gruczołem, to wiesz…
Zastanawiam się nad zmianą zawodu…
Myślę, że praca w kopalni węgla kamiennego byłaby super…