Zaczynają się same układać, gdy tylko my zaczniemy przysypiać.
Najpierw zjawia się wielki czarny puzzel. Kokosi się tuż przy mojej twarzy z brzegu łóżka. Gdy się już ukokosi, wydaje z siebie zadowolone: grauuu! Klik.
To sygnał dla kolejnego puzzla, malutkiego czarnego pingwinowatego mini, który przybiega natychmiast, żeby wpasować się dokładnie pomiędzy mnie a puzzla maxi. Klik.
Na rudego puzzla długo nie trzeba czekać – przybiega rączym kłusem i idealnie wkleja się pomiędzy nasze głowy. Klik.
Za nim nadbiega szylkretowy puzzel, z dramatycznym: łoj! łoooj!, który – zanim wpasuje się w tyłek pierwszego puzzla maxi – musi pracowicie wyugniatać sobie miejscówkę. Klik.
Następny leci puzzel trikolor – rauuul! – i wkręca się między nas w nogach. Klik.
Przychodzi kolej na ostatniego białego puzzla, który nadbiega z charakterystycznym tupotem, a następnie chwilę mości sobie miejsce pod pachą Pawła, od ściany. Klik.
Układanka ukończona. Nastaje błoga prawie-cisza, bowiem nieco zakłócona usypiającym puzzlowym mruczeniem, ze wszech stron dochodzącym.
Idylla.
Puzzlowe niebo.
Raj dla umęczonego ciała i duszy.
Zasypiamy.
Czasem zdarza się, że ostatni biały puzzel jednak uzna, iż przed snem jeszcze musi pokontemplować widoki za oknem.
Wskakuje zatem na parapet i nostalgicznie patrzy w ciemność…
Patrzy i mruczy…
A reszta puzzli, czekając na brakujący element układanki, odpływa spokojnie w niebyt.
Jednak, miauwa, czasem zdarza się i tak, że upierdliwy biały puzzel dojrzy za tym oknem coś mega dla białego puzzla fascynującego (ptak, mucha, pająk, cholera go, miauwa, wie!) i nagle błogą ciszę nocy, zakłócaną jeno wspomnianym wcześniej usypiającym mruczeniem, gwałtownie przerywa prosto z parapetu pełne ekscytacji, mega głośne: ŁAAAAAAAŁ!!!
I cała misternie sklecona układanka – tuż przed gładkim wejściem w fazę REM – w tym momencie skacze z dzikim wrzaskiem przerażenia pod sam sufit.
Fenkju, miauwa, gut najt.