Siedzę sobie dziś na urlopiku. Wzięłam na żądanie, albowiem prezes Kuzco mi zaniemógł srodze.
Spieszę uspokoić, iż delikwent żyje i żyć będzie. Jeno dupsko se na tarasie przeziębił. A na przeziębienie dupska raczej jeszcze nikt nie zszedł.
Chrypi jak nienaoliwiony parowóz, a ja zapodaję zastrzyki. Zatem koci dupsztal nie tylko przeziębiony, ale i obolały dodatkowo. Życie.
Swoją drogą opiekunowie zwierząt są mocno dyskryminowani. Mi też powinno przysługiwać prawo do wolnego na opiekę nad dzieckiem. Tak jak na przykład naszej słodkiej Zofii, która przy byle glucie na kichawie swojej latorośli zalicza w robocie absencję.
(Owego gluta zresztą barwnie nam opisuje dnia następnego… Przy śniadaniu. Ale to temat szerszy, poboczny i – spoko – nie zamierzam go rozwijać.)
Cóż… Nikt nie obiecywał sprawiedliwości na tym łez padole.
Z drugiej jednak strony, z uwagi na ciężką harówę w budżecie za marne grosze przydałyby się jakieś przywileje, ne spa?
Btw wczoraj o moich zawrotnych zarobkach rozmawiałam z koleżanką. Gdy usłyszała, jaką ciężką kasę wyciągam od skarbu państwa, słowo daję, przez telefon usłyszałam huk jej opadającej na podłogę szczęki. Serio, przestraszyłam się, że będę musiała jej zwrócić kasę za wizytę u ortodonty.
Zatem siedzę sobie na tym urlopiku i nie mam z tego tytułu najmniejszych wyrzutów sumienia.
No.