Te, listopad…

Weź ty się, miauwa, już skończ, co?…
Pięknie proszę…

Skasowałam samochód.
Znaczy się nie na amen.
Znaczy się lekko.
Znaczy się trochę bardziej niż lekko. 

@$$%^&##$%

Psiur wyskoczył mi prosto pod koła. Nacisnęłam ostro hamulec. Usłyszałam ostry zgrzyt abs-u, wykonałam artystyczny piruet i walnęłam w latarnię.
Psiur brawurowo zwiał (i pewnie na odchodne pokazał mi środkowy pazur).  
Nic mu się nie stało, mi też nie (poza ostrym wkurwem), za to Ksawier ma do wymiany błotnik, zderzak i dwa reflektory. 

Nie mam pojęcia, skąd wezmę na blacharza. 
Nie wiem też, jak dostanę się do roboty z tego mojego zadupia.
Chwilowo jestem nieco nerwowa i – jeśli ktoś ma aktualnie do mnie jakąś sprawę – radzę się wstrzymać do odwołania.
Paweł się załamie i mnie zabije (kolejność dowolna).
Chcę umrzeć. 

😦

Dodaj komentarz