Ommmmm…

Do tej pory nie przypuszczałam nawet, że w moim domu może znajdować się jakikolwiek sprzęt zagrażający bezpieczeństwu sierściuchów.
Do tej pory… Nie doceniłam bowiem możliwości Flora.
Dla tego kota zagrożeniem może być nawet prosta ściana, proszę Państwa. Tak.

Ostatnio Florian postanowił zaistnieć na kaloryferze. Jest to jedyny kaloryfer w mieszkaniu, który nie został umiejscowiony bezpośrednio pod parapetem, więc – zdaniem Floriana – aż się prosił, żeby na nim zaistnieć. I to dość spektakularnie…

Dwukrotnie odwracałam się, żeby go stamtąd pogonić, wiedziona jakimś niesprecyzowanym przeczuciem, nie do końca dobrym.

(Aby do Flora przekaz dotarł, muszę z nim nawiązywać kontakt wzrokowy. Słuch mu niepotrzebny – wystarczy, że obdarzę go bardzo złym wzrokiem i on – cwaniak jeden – już wie. Ale ma mnie wiecie w którym miejscu ciała…)

Za trzecim razem rzuciłam: A siedź se! Doigrasz się…

Wtem!…

Koci wrzask zza pleców kota obdzieranego żywcem ze skóry prawie zatrzymał mi serce i zrzucił z krzesła. Odwróciłam się błyskawicznie. A tam… Flor miota się na kaloryferze z zaklinowaną w metalowej kratce łapą.

Dopadam idiotę, łapię oburącz pod pachami i, starając się zachować zimną krew, próbuję go wyswobodzić. Koci krzyk przybiera na sile, reszta stada w przerażeniu czyni rozpierzch na wszystkie strony, a połowa dzielnicy wykręca numer do OTOZ-u. (Bowiem Flor płuca ma mocne.)
Kocisko masakruje mnie na oślep – wszystkimi trzema paszczami i dziesięcioma uzbrojonymi łapami. Krew sika na wszystkie strony (moja). Poziom adrenaliny mam taki, że nie czuję bólu. Chwytam go jedną ręką za brodę i, nawiązując z nim po raz kolejny kontakt wzrokowy, cedzę przez zęby: Zaraz złamiesz sobie łapę, kretynie. Damy radę. Tylko się uspokój, kocie. Ogarnij się. Bądź mężczyzną! Ja wiem, że nie posiadając jajek, masz teraz wymówkę, ale błagam, postaraj się. Bądź mężczyzną!

I wiecie co? On zrozumiał. 
Rozluźnił się nieco, dzięki czemu wyciągnęłam nieszczęsną łapę z kratki.

Czmychnął do kuchni. Ja za nim.
Za kocią łapą ciągnęła się krwawa smuga, kot właściwy też cały w krwawych plamach…
(Takie plamy na białym futrze prezentują się wyjątkowo makabrycznie.)
Dopadłam gnojka…

Łapa cała. Żadnych złamań. Poza zmiażdżonym pazurem, co – przyznaję – musiało boleć.
Flor doprowadził futro do porządku w jakieś pół godziny i znowu jest śnieżnobiały. Leży se wyluzowany i bezczelnie mruczy, bardzo zadowolony z siebie, miauwa.
A ja se siedzę, krwawi mi moje wszystko i chyba mam zawał.

(Można mieć zawał na siedząco? Bo tego akurat mnie nie uczyli. Albo akurat opuściłam zajęcia…)

Dodaj komentarz