Dzisiejszy wpis dotyczy głośnej sprawy OTOZ Animals na fejsbuku w temacie ratowania klaczy z potwornym, od miesięcy nie leczonym ochwatem.
Pojechałam na tę interwencję z Patką, gdyż wówczas była sama (zgłoszenie w niedzielę – byłam akurat na Rogatym).
Szczegóły samej interwencji pozwolę sobie pominąć. Rozmowę z właścicielem klaczy również.
Fabia – cierpiący koń, ledwo stojący na nogach z bólu, co chwilę pokładający się na trawie, co skutkowało okropnymi ropiejącymi odleżynami na całym ciele, pełnymi już much i larw…
Trzymałam ją za kantar do zdjęć, które Patka robiła, głaskałam po głowie, a ta bida, mimo ogromnego cierpienia – bądź co bądź spowodowanego przez nieogarniętego człowieka – tuliła się do mnie jak pies…
Napisałam tekst ogłoszenia na rzecz zbiórki pieniędzy na leczenie Fabii. Część z Was go już pewnie przeczytało.
Poza szczegółami dotyczącymi stanu zdrowia Fabii, autorstwa weterynarza diagnozującego klacz, wplecionego w ogłoszenie, tekst jest mój.
– Proszę, nie produkuj wyciskacza łez – poprosiła wcześniej Patka.
– Napiszę, jak to czuję – odpowiedziałam. – Mam jej widok w głowie i nie oczekuj suchych faktów.
Wysłałam…
– Patka, czemu nie odpisujesz?
– Spadaj! Poryczałam się.
I tak o.
Na jednym ze zdjęć w ogłoszeniu trzymam Fabię za kantar, żeby Patka zrobiła dokładne zdjęcia postawy i stanu klaczy. Mam zamazaną twarz (RODO).
Ale większość czytających post wzięło mnie za właścicielkę Fabii.
Hejt pod moim adresem, jako „właścicielki”, wylał się równo.
I w sumie bardzo mnie to cieszy.
– Zgłosić ją do prokuratury!
– Podać ją do sądu!
– Niech opłaci koszty leczenia konia!
– To bestia, nie właścicielka!
Fajnie, że hejtują.
Nie hejtują mnie personalnie, hejtują anonimową osobę na zdjęciu, którą uznali za właściciela.
Super, że jest taka reakcja.
Pytanie tylko: gdzie byli ci wszyscy ludzie, gdy koń miesiącami stał na łące widocznej dla kilkudziesięciu okolicznych mieszkańców i cierpiał?…