Dostałam namiary na dwóch.
Zatem byłam u nich wczoraj jakby z polecenia.
Jeden cholernie daleko, drugi średnio daleko.
Postanowiłam zacząć od pana cholernie dalekiego, żeby w razie czego zahaczyć o drugiego w drodze powrotnej…
(Głupia ja, mogłam jednak zmienić kolejność – zaoszczędziłoby mi to nerwów…)
Zatem wkraczam do warsztatu.
Państwo szeroko uśmiechnięci i wylewni.
Pada pierwsze pytanie:
– Czy bardzo pani potrzebuje fakturę?
(Ding dong! – Odzywa mi się ostrzegawczy gong z tyłu głowy.)
– Nie. Oczywiście, że nie. Pomówimy o kosztach?
– Oczywiście. Proszę usiąść. – Podsuwa mi się uprzejmie krzesełko.
Trwają poszukiwania. Żona pana właściciela skupiona przed laptopem, pan właściciel uprzejmie się uśmiecha.
– O! Mamy zderzak! – Oznajmia entuzjastycznie znad ekranu pani. – 550 złotych.
– Ile?! – Aż podskakuję na krześle. – Zrobiłam wcześniej wstępne rozeznanie i widziałam zderzaki za 200 złotych…
– Eee… Wie pani – odzywa się pan. – One mają słabe zdjęcia. Nie wiemy, czy nie są klejone, czy nie mają ułamanych zaczepów, rysek…
– Rysek? Gorzej już nie będzie. Co mi tam ryski?…
– No trzeba znaleźć coś w miarę przyzwoitego, rozumie pani…
Spokojnie czekam na ciąg dalszy…
– Może być połamany wał za reflektorem – mówi pan z troską na obliczu. – Nie dowiemy się, dopóki nie odkręcimy… Taki wał kosztuje 370 zł…
– A nie może pan teraz spojrzeć?
– No nie bardzo… Trzeba rozkręcić. A wie pani, jak rozkręcę, to wszystko się może rozsypać i pani nie wyjedzie…
Ok… Spokojnie dalej czekam na rozwój wypadków.
– Do pani samochodu nie ma zamienników… – Pani szczerze zatroskana.
– Od kiedy? – Pytam przytomnie.
Pan, nieco zbity z tropu: Aktualnie dostępnych nie ma.
– Aha…
Czekam dalej. Państwo szacują. Wkurw mnie powoli bierze…
– To będzie jakieś 3200 zł.
– Ile??? – Spadły mi buty, opadły cycki, gdybym miała perukę – też by mi ją zwiało.
– To jest optymistyczna wersja, rozumie pani. Musimy rozkręcić maskę nie wiadomo, co tam się jeszcze zadziało...
Jasne, miauwa. Zostawię im samochód, odjadę, a oni stwierdzą, że okazało się, iż pół samochodu skasowałam!
Już słyszę te okrzyki: Widzi pani? Dobrze, że to zauważyliśmy! Samochód by się pani rozpadł! Uratowaliśmy pani życie!
(Znam to aż za dobrze.)
– Panie kochany, toż to zwykła obcierka jest! Mocna, ale jednak tylko obcierka. Reflektor stłuczony, błotnik wgięty, zderzak pęknięty… Akrylowy, miał prawo. Jeszcze raz: ile???
Pan lekko poirytowany: No wie pani, jest pani znajomą kolegi, za robociznę policzyłem symbolicznie. Nigdzie pani taniej tego nie naprawi. Tak to wygląda…
Ja, bardzo-miauwa-opanowanym-tonem: Przykro mi, na taką kwotę nie byłam przygotowana. Muszę to przemyśleć.
Odjechałam z piskiem opon.
Zadzwoniłam do Dżoany niemal z płaczem.
Ona stanowczo: Jedź do mojego blacharza. I to już!
Pojechałam.
Miły człowiek, uśmiechnięty, sympatyczny.
(Taaa… Znamy tych miłych, sympatycznych, c’nie?)
Obejrzał auto.
Westchnął.
Otworzył maskę.
Pokontemplował.
– Powiem pani tak – odezwał się w końcu. – Reflektor trzeba kupić. Zderzak też. Błotnik… Hm… Z błotnikiem nie ma tragedii. Wyklepiemy. Hm…
– Pan mi powie, ile… – Mówię prawie przez łzy.
– Hm… Dla pani? – Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. (Dzięki, Dżoana!). – Hm… Części, robocizna, lakierowanie… Wie pani, ja spróbuję zdobyć zderzak w tym kolorze. Wtedy nie będzie trzeba lakierować. Ale może mi się nie udać. Wówczas wyjdzie jakieś… 1600 złotych. Jeśli znajdę zderzak, to 1300.
No żesz miauwa! Po raz kolejny prawie spadły mi buty!
Dziś byłam u niego z zaliczką na części. Ma już jakieś na oku i jutro jedzie je zobaczyć.
Zderzaka w moim kolorze niestety niet, ale liczyłam się z tym.
Jeśli będzie ok, auto mogę do niego odstawić już jutro popołudniu.
Odbiorę najpóźniej we wtorek.
…
Zdaję sobie sprawę, że ten człowiek potraktował mnie w sposób szczególny.
Byłam w jego warsztacie i widziałam, że roboty ma po kokardy.
Mimo to, zajął się moim samochodem priorytetowo.
Przy zapłacie należności należy się dobra flaszka, prawda?… 🙂
