Egzamin R.09

Czyli egzamin weterynaryjny potwierdzający kwalifikację w zakresie prowadzenia chowu, hodowli i inseminacji zwierząt.

Pierwszy z trzech.
Najtrudniejszy.
Obejmujący krowy, świnie, owce, kozy, konie, psy, koty, drób, gryzonie i pszczoły (tak, hodowla pszczół również – wiecie, że królowe matki również się inseminuje?…).
Od budowy anatomicznej każdego gatunku począwszy, poprzez pokrój, fizjologię, niezliczone ilości ras, na rozrodzie kończąc.
Największa kobyła ze wszystkich egzaminów, przez których część teoretyczną i praktyczną muszę przejść.

Zdawałam go w czerwcu, dziś dopiero otrzymałam wyniki.

Zdałam! 

Miauwa, nie mogę w to uwierzyć…

Czwartki w lecznicy pod znakiem usg

Dziś na tapecie badanie serducha u yorka, owczarka niemieckiego i świnki morskiej (niezły rozstrzał).

Po obsłużeniu pacjentów dr J. pakuje sprzęt do swojej walizki na kółkach (notabene wielkości kontenera)…
– Wyprowadzasz się do mamy? – Pytam ze słodkim uśmiechem.
– Tak! I foch! A przedtem jadę na Malediwy. Albo na jakieś inne Baleary…
– Tylko się nie zgub.
– Pfff!

J. sunie przez poczekalnię, ciągnąc swój kontener w kierunku wyjścia…
– Ja wiem, co pan tam ma! – Jedna z oczekujących pań wskazuje oskarżycielsko palcem na walizkę. – ZWŁOKI!


(No żesz miauwa, mistrzyni! Mi takie podejrzenie w życiu by przez łeb nie przeszło. :)) )

Ćwierćetatowy przytulacz

Czasem nie wyrabiamy się z zabiegami i pacjenci muszą ślęczeć w poczekalni i czekać na restart lecznicy.
Czasem zaś kończymy przed czasem i wtedy jest mój czas – czas na przytulanie gryzoni z hoteliku. Wyciągam z klatek delikwentów i po kolei miziam. Dr A. śmieje się ze mnie, że odkryłam w sobie nową pasję po godzinach: ćwierćetatowy przytulacz kjuików i ściurków. 🙂

Króliki jakie są, każdy wie – puchate i bezzapachowe (jak koty niewychodzące – te wychodzące pachną wiatrem). Szczury, cóż, fiołkami bynajmniej nie pachną. Mają swój specyficzny zapaszek, który rekompensują niesamowitym przywiązaniem do opiekuna i imponującą inteligencją.

Gdy przyszła kolej na przytulenie szczura Kazika, oprócz tradycyjnej woni gryzonia, w nozdrza uderzył mnie inny zapach – charakterystyczny i ostry. Ropa… Poddałam Kazimierza dokładnym oględzinom i namierzyłam źródło – dziura w gardle. Tak, dziura. O średnicy jakiegoś centymetra, co u filigranowego gryzonia stanowiło ranę wielkości Kilimandżaro…
– O., podejdź no do płota…
– Co jest?
– Zerkniesz?…
Dr O., zaniepokojona, zmaterializowała się natychmiast. Spojrzała i…
– O k#%$#@… Ja p$@$@$^$%… Dawaj go szybko na stół! Nie!… Najpierw na wagę! O k%#%$%@!

Kazimierz został zważony i podałyśmy leki, bo Kazik to niegłupi zwierz i na żywca oporządzić się nie dał.

Szczurzy siekacz, zamiast się naturalnie zetrzeć, rósł sobie dalej. Rósł i rósł… Przebił na wylot tkanki miękkie żuchwy. Rósł nadal… Wbił się w gardło. Na stan zapalny długo czekać nie trzeba było i tkanka zaczęła ropieć.
Proszę nie pytać mnie, jak Kazimierz jadł. Zielonego pojęcia nie mam.

Dr O. poprzecinała ząb i usunąła go z tkanek po kawałku.
– Tu coś jeszcze siedzi. Widzisz? – Mruknęła, grzebiąc pensetą w Kazikowym gardle. – Nie wiem, czy to ząb czy kość żuchwy… Boję się wyciągać, żeby się nie wykrwawił.
– Zostaw to. Bo tak patrzę… I boję się, że zaraz mu przez to gardło kręgosłup wyciągniesz.
– A weź!… Ok, kończymy.

Personel lecznicy dostał ostry opieprz za zbyt mała uwagę poświęcaną pensjonariuszom. Równocześnie ja – jako wyżej wymieniony ćwierćetatowy przytulacz kjuików i ściurków – awansowałam do rangi bohatera lecznicy.

Reasumując…
Kazimierz ma się świetnie. Dostał antybiotyk i wszystko wskazuje na to, że ząb został usunięty w całości.
Opiekunowie Kazimierza pożyją w błogiej nieświadomości jeszcze tydzień – nie było potrzeby chrzanić im urlopu. Dokumentację fotograficzną przekażemy im w dniu odbioru Kazika.

Tymczasem nadal konsekwentnie kontynuuję swoje dodatkowe zajęcie – przytulanie gryzoni (uważne). 😉

Wzruszyło mnie…

Tekst nie mój:

Drodzy Państwo! Kiedy napotkacie zwierzę, które będzie potrzebowało Waszej pomocy, nie pozostawajcie obojętni! Wystawcie naszemu gatunkowi i sobie samym świadectwo wzorowego człowieczeństwa.

Przed pasażem handlowym na jednym z piotrkowskich osiedli, pomiędzy apteką a sklepem mięsnym, mały, czarny jak smoła kotek plątał się między nogami ludzi, robiących zakupy. Maleństwo, co chwila potrącane przez czyjąś stopę albo uderzane drzwiami, wyglądało na zupełnie zagubione. 

„O, zobacz, jaki śliczny kotek! Pewnie tu na kogoś czeka.” – zaszczebiotała do kilkuletniego wnusia zażywna, starsza pani.

Rzuciłam owej pani niedowierzające spojrzenie, w głębi duszy zastanawiając się, czy aby moi rodzice nie popełnili poważnego nadużycia, wpajając mi szacunek dla osób starszych, z uwagi na ich doświadczenie życiowe i mądrość. 

Już na pierwszy rzut oka było bowiem widać, że kocię jest bezdomne i rozpaczliwie potrzebuje pomocy. 

Chudym ciałkiem wstrząsały dreszcze, pyszczek i nosek były zaropiałe, oczy płonęły gorączką, grzbiecik pokrywały rozległe ślady po oparzeniu. Jego stan był ciężki, a mimo to kotek nie tracił nadziei, że ktoś się w końcu zlituje i mu pomoże. 

W ciągu kilku godzin obok tego małego zwierzaczka przeszły setki ludzi: dzieci, młodzieży i dorosłych. Rozmawiali, śmiali się, robili zakupy, a potem wracali do swoich ciepłych domów, sprzątali, szykowali się do kolędy. Widok cierpiącego kociątka nikomu nie mącił spokoju sumienia. 

Od tamtego dnia minęło już wiele lat. Przez ten czas widziałam jeszcze wiele psów, kotów, ptaków i innych zwierząt, które umierały z zimna, głodu i chorób, a które tzw. „przyzwoici” ludzie mijali z całkowitą obojętnością. 

Socjologowie piszą o znieczulicy panującej w społeczeństwie i o rozproszeniu odpowiedzialności. 
Ja natomiast do dziś zadaję sobie pytanie, skąd ludzie mają w sobie tyle odwagi i tyle głupoty, aby całkowicie zlekceważyć to, co Bóg daje im do wykonania. Stawiając na ich drodze inną żywą istotę w potrzebie, poddaje ich przecież próbie miłości i współczucia. „Byłem głodny, a nakarmiliście mnie. Byłem zziębnięty, a ogrzaliście mnie. Byłem bezdomny, a udzieliliście mi schronienia.”

Wszyscy znają te słowa, nieliczni rozumieją, prawie nikt nie stosuje ich już w praktyce… 

Na moim łóżku leży wielki kot o szmaragdowych oczach, piękny i wyniosły, skryty w gęstym, czarnym jak antracyt futrze. Maciuś.

Tak, słusznie się Państwo domyślili, Maciuś to właśnie wynędzniały kociak znaleziony przy pasażu handlowym, tyle, że wiele lat później. Życie, które mogło zgasnąć w samotności i cierpieniu, pozostaje w pełnym rozkwicie, ciesząc oczy i serca opiekunów, a pewnie i samego Boga. 

Zastanawiam się, czy teraz, kiedy napisałam, że ratunek dla kotka przyszedł w porę, odczuwacie Państwo uczucie ulgi. A może tylko zadowolenie, że ktoś inny wziął na siebie tę decyzję i zdjął z Waszych ramion brzemię odpowiedzialności. 

Każdy człowiek, kiedy stanie przed ostateczną instancją, usłyszy od Stwórcy: „Cokolwiek uczyniłeś najmniejszemu z was, mnie uczyniłeś”.

Ósemka i Florian znaleźli u mnie swoje miejsce w równie dramatycznych okolicznościach.
Mieli być na chwilę. Zostali na zawsze.

Odniesienia do niejakiego stwórcy pomijam milczeniem. Nie mam zdania,

Dla mnie liczy sie istota czująca, skrzywdzona, potrzebująca pomocy, kochająca potem całym swoim jestestwem.

Rozglądajcie się, moi drodzy…

Przyszłam do domu odpocząć po pracy

Serio.

Żadnych ekscesów. 
Żadnych praktyk w lecznicy.
Żadnych wypadów na Rogate.

Po prostu miałam takie jedno malutkie marzonko: od-po-cząć.

W skrzynce pocztowej powitała mnie faktura od Energi – z terminem płatności do dnia 8 sierpnia. Nieśmiało zaznaczam, że dziś mamy 16 sierpnia. Zatem chwycił mnie za gardziołko lekki wkurw.

Owszem, czasem zdarza mi się płacić faktury o terminie…
No ok, rzadko mi się to zdarza…
No dobra, nigdy (zadowoleni?).
Ale się, miauwa, staram. Walczę i pracuję nad sobą.
A ta cholerna Energa nie daje mi nawet najmniejszej szansy na poprawę!

Weszłam na pokoje, cisnęłam cholerną fakturę na stół i padłam na kanapę, starając się opanować nagły atak hiperwentylacji. Cisza. Spokój. Ommm! Ommmmm!
Gdy wtem…

Przysięgam, zaraz dopadnę gnoja, który napiernicza udarem w ścianę już od dobrej godziny. Dopadnę, wyrwę wiertarę i wpakuję mu to wiertło w oko. Potem w drugie.
Następnie rozpruję gościa gołymi ręcami i machnę sobie z jego parujących jeszcze jelit uroczą girlandę na balkonie.
Sierpień mamy, zatem święta niebawem (zleci, jak z bicza trzasł, serio serio). I będzie jak znalazł.

Tak, jestem mega wkurwiona.

:/

Historia mrożąca krew w żyłach…

… i mięso w lodówce…

Otóż niutax wchodząca na wybieg koni wywołuje sporą ekscytację: Rany, będzie mizianko!
Zaś niutax wchodząca na ów wybieg, dzierżąc wiadro, wywołuje istną gorączkę sobotniej nocy: Rany, będzie myzianko i żarcie!!!

Na wybiegu obecni akurat byli:

  • wszędobylski i nienażarty osioł Olik,
  • dwie potężne zimnokrwiste klacze: Sonia i Bella,
  • gorącokrwisty ogier Alfred – wysoki, szczupły, długonogi.

(Te jego długie nogi chyba mi życie uratowały, ale o tym za chwilę.)

Olik, poza tym, że zeżarłby wszystko na tym łez padole, co się nadaje oraz co się nie nadaje do spożycia, jest bardzo sympatycznym osiołkiem, choć nieco namolnym i – w obliczu rychłego posiłku – nie grzeszącym delikatnością. Napiera na człowieka jak taran, a jego mały ośli rozumek nie ogarnia, że człowiek jest stworzeniem delikatnym i niezwykle podatnym na stratowanie.

Alfred jest facetem nieco nieśmiałym, ale dumnym i świadomym swojej gracji i urody – poczęstunek przyjmuje delikatnie, półgębkiem, acz z godnością.

Klacze zaś… Bardzo się lubią, ale gdy na wybiegu pojawia się niutax z wiadrem, zaczyna się ostra rywalizacja. One kompletnie nie zdają sobie sprawy ze swojej masy i siły. Dlatego też zawsze uważam, żeby głaskać je jednocześnie, podawać im równocześnie po jabłuszku, bacząc na to, czy aby te jabłuszka są jednakowej wielkości, bowiem wzrokowi zazdrosnych o siebie bab nic nie umknie.

Niestety, pewnie nie wzięłam pod uwagę jakichś detali… Sonia najwyraźniej uznała, że Belli podałam jabłko nieco bardziej czerwone niż jej i doszło do ostrej wymiany zdań.
Sońka zarżała wściekle, podskoczyła kilka razy w miejscu, a sprzedając Belli trzy solidne kopniaki, naparła na mnie całą klatą.
Zorientowałam się, że kompletnie nie mam drogi odwrotu, zaklinowana ze wszystkich stron pomiędzy klaczami, Alfredem, a napierającym na moje plecy Olikiem, bezmyślnie wpychającym mnie za śmiercionośny tył Sońki. Jeden jej kop wyekspediowałby mnie na orbitę, ewentualnie – w razie utraty równowagi – przednimi nogami wbiłaby mnie w glebę. Naprawdę, niewiele brakowało, proszę Państwa…

Zadziałał instynkt samozachowawczy. To był odruch, bo na myślenie nie miałam za bardzo czasu.
Rzuciłam się na kolana pod nogi Alfreda i ślizgiem prostym przejechałam pod jego brzuchem. Alfred okazał się bystrym konikiem, gdyż mój manewr zainteresował go na tyle, że – zaciekawiony, co ja tam, u diabła, robię na dole – ugiął szyję i opuścił głowę, zerkając na mnie pytająco. Dzięki temu mogłam złapać za jego kantar i stanąć już po bezpiecznej stronie Alfredowej barykady.

Reasumując…
Tak, mam ubezpieczenie NNW. 😉
Tak, jadę ponownie z jabłkami w sobotę.
Tak, uwielbiam te klacze. :)



Uszy

Przychodzi pan z uroczym szczeniakiem amstaffa. Sunią.

Pan jest wyraźnie zajarany wizją skopiowania uszu u malucha.

Dr O. uprzejmie wyjaśnia, co sądzi o tego typu zabiegu i jakie bywają powikłania.

Wskutek marudzenia, stanowczo pozbawia kolesia złudzeń co to faktu, że takiego zabiegu by się podjęła i z uśmiechem podkreśla, że taki zabieg jest nielegalny oraz że (zezując na mnie porozumiewawczo) jeśli pan taki zabieg popełni, to go nie wpuści do gabinetu i powiadomi prokuraturę.

Na coraz bardziej nieśmiałe kolejne próby marudzenia, traci cierpliwość:
Wie pan, jak łatwo schrzanić taki zabieg? Jeśli pies będzie miał farta i nie nabawi się infekcji, nieumiejętnie skopiowane uszy będą mu smętnie leżeć na głowie. Wie pan, jak taki pies wygląda? JAK NIEDOJEBANY BATMAN!

(Kocham ją szczerze. ;) )

Komary, miauwa

Całe stada komarów. 
Koty mają głęboko w tyle, że obca zwierzyna się w domu panoszy i ani myślą polować.
Paweł nawet nie został nadgryziony, a mnie – niewiele brakowało – zeżarłyby żywcem.

– Nie rozumiem, o co chodzi – zastanawiam się głośno. – Piwa nie piję, a podobno komary do piwoszy właśnie ciągnie… Słodyczy nie jem, więc za wiele cukru w mojej krwi nie ma… Na co one, miauwa, lecą?…
Wtem dobiega do moich uszu przepełnione słodyczą Piotrkowe: Zapewne na twój nieodparty urok osobisty!

Utłukę go kiedyś tępą siekierą.
Przysięgam!

Toffi

Dostałam dziś komplement. Komplement niebanalny.
Usłyszałam od lekarza, że jestem niezastąpioną pomocą w trakcie zabiegów i mam niesamowitą intuicję. (Mamo! Tato! Chwalą mnie!) Że czytam w myślach operatora i przewiduję jego kolejny ruch, podając bez słowa potrzebne w danym momencie narzędzie lub wykonując właściwą czynność. 
Sądziłam, że wystarczy po prostu logicznie myśleć, a tu proszę – intuicja. Jestem z siebie dumna jak stado pawi. 🙂

Mieliśmy zabieg ratujący życie – króliczka Toffi poszła na stół na cito. Kamień w pęcherzu (1,5 cm średnicy!) zatkał cewkę moczową.
Przedsięwzięcie było utrudnione z uwagi na sporą nadwagę małej. Warstwa tłuszczu skutecznie utrudniała dojście do poszczególnych narządów wewnętrznych.
Lekarz najpierw musiał usunąć mega otłuszczoną macicę, dokopać się do pęcherza, po usunięciu kamienia założyć szwy, a na finiszu usunąć jeszcze guz podskórny wielkości orzecha włoskiego. 
Zszywanie powłok brzusznych też nie jest bułką z masłem. Najpierw trzeba precyzyjnie zacerować otrzewną, następnie tkankę podskórną, na samym końcu szyje się skórę.

Walka z czasem, niesamowite emocje, strach… A trzeba zachować za wszelką cenę zimną krew.
O wiele trudniej operuje się zwierzaka fajnego.
Tak, zwierzęta są różne. Mają charaktery i charakterki. Jak ludzie. Bywają fajne, bywają też zła wcielone.
Toffi jest fajna. Gdy podawalam jej ketaminę, przytuliła się do mnie całym swoim ciałkiem i polizała w szyję. Czuła, że chcemy jej pomóc.

Operacja trwała dwie i pół godziny.
Toffi ładnie się wybudziła i próbuje wstawać.
Jest dobrze.
Teraz.
Najbliższe 2-3 doby będą decydujące.

Trzymajcie kciuki za fajną Toffi.

Proszę.