Znaleziono go w Andrzejki.
Był kocim noworodkiem, zawiniętym w folową torbę, wyrzuconym do śmietnika. Gdyby nie jego mocne płuca i donośny płacz, nie miałby najmniejszych szans.
Znalazła go para, która przypadkiem tamtędy przechodziła. Wspaniali ludzie. Na przemian brali urlop, by maleństwo karmić i masować brzuszek, celem pomocy w wypróżnianiu. To jest prawdziwa orka, proszę mi wierzyć. Taki maluch, oddzielony przedwcześnie od matki, ma szanse praktycznie zerowe.
Ale Andrzej okazał się walecznym kotkiem. I bardzo chciał żyć.
Wygrał.
Dziś jest dorodnym kocurem. Ale ma poważny problem urologiczny.
Zaczęło się od zwykłego zapalenia pęcherza. Problem trywialny – z reguły daje się diabelstwo przepędzić antybiotykami.
Niestety, po terapii Andrzej się zatkał. Przypałętało się zapalenie cewki moczowej.
Bardzo cierpiał, zatem założono mu cewnik na czas opanowania obrzęku.
Andrzej spędził kilka dni na podkładach, błogo i ochoczo lejąc pod siebie. W końcu bez bólu.
Wczoraj przyjechał na usg. Na okoliczność badania usunęliśmy cewnik.
(W każdy czwartek przyjeżdża niezastąpiony dr J. z własną aparaturą. Pacjenci zapisują się na te czwartki nawet z dwutygodniowym wyprzedzeniem.)
Wszystko było dobrze.
…
Dziś państwo pojawili się w lecznicy z transporterem. Pan – kamienna twarz, pani – cała we łzach…
– Pani doktor, nie załatwia się od wczoraj. Pani doktor, on strasznie cierpi… To już chyba koniec…
Nogi się pode mną ugięły.
Doktor O. łzy stanęły w czach.
I odezwała się kompletnie nieprofesjonalnie:
– Nie. Dlaczego akurat ja? Nie. Przecież to Andrzej! Nie! Tak nie może być! Przecież myśmy go mieli, kurwa, wyleczyć!
Burza mózgów. Kilka telefonów… Kilka konsultacji…
Andrzej miota się w transporterze. Pan podaje nam chusteczki. Pani płacze.
I nagle nadzieja. Jeszcze są opcje. Jeszcze jest szansa.
J. jedzie do nas na sygnale ze sprzętem.
Specjalista chirurg urolog czeka z gotowym stołem w zaprzyjaźnionej lecznicy.
W końcu Andrzej ma robione badanie.
My siedzimy na chirurgii, mamy na stole sunię, sterylizujemy…
Docierają do nas urywki rozmów…
(- Tu widzimy Andrzejową cewkę…)
– Marta, zacisk proszę.
(- Jest opuchlizna. O tu. W tym miejscu też, widzą państwo?…)
– Wytrzyj mi pole. Nożyczki, proszę.
Sunia zaczyna nam pojękiwać.
O. uziemiona z nożyczkami w otrzewnej, ja zaciskam naczynie krwionośne, obie jesteśmy sterylne, nie możemy się ruszyć…
– Pomocy!
Druga wet wpada, przerywając usg.
– Boli nas. Dowal ketaminę.
Po dodatkowym zastrzyku sunia się wycisza.
– Dzięki. Ok. Jedziemy dalej. Marta, zaciśnij mi tu jeszcze, proszę.
Badanie usg Andrzeja dało nadzieję. Obrzęk jest tuż przy końcowym odcinku cewki. Można operować.
Gdyby był przy ujściu pęcherza, kot nie miałby szans.
Obie ciężko – acz z ulgą niewypowiedzianą – wypuszczamy powietrze.
– Ok, Marta. Zszywamy stwora.
Andrzej jest właśnie na stole.
Odseparowują mu cewkę. Jeśli się uda – zdarzy mu się w życiu nalać niekontrolowanie. Ale już bez stresu, bez bólu, bez cierpienia.
I będzie żył, co jest dla opiekunów najważniejsze.
Trzymam kciuki za tego dzielnego kocura.
Z całej siły.
…
Czego się dziś nauczyłam?
Ano tego, że są lecznice, gdzie kasa nie jest najważniejsza. Gdzie lekarze mają w nosie, czy im się opłaci nieplanowany dojazd na sygnale na drugi koniec miasta. Po prostu działają na zasadzie impulsu: szybko, zwierzę cierpi.
Są takie lecznice.
A ja trafiłam na jedną z nich.