Miauwa… 3

Dwa dni temu zauważyłam u siebie zgrubienie na łydce – twarde, czerwone, lekko bolesne. 
Pomyślałam sobie: Jezusiemaryjo, żylak! A przed oczami stanął mi obraz łydek mojej ś.p. babci, z których żylaki uformowały istne maczugi Herkulesa. 😦

Przygotowana na najgorsze, wyczytałam w internetach wszystkie informacje o powikłaniach pooperacyjnych usuwania stada moich żylaków (bo wiadomo, że od jednego się zaczyna) i bliska umówienia się na dopplera żył, wzdechnęłam kilkakrotnie – ciężko, acz wymownie.

– Co jest, misiek? – Zainteresował się miły mój.
– Kończę się – westchnęłam po raz kolejny jeszcze ciężej.
– W sensie?… – Uniósł brew z uprzejmym zainteresowaniem.
– Kończę się, miauwa. Jestem stara, zmęczona życiem i schorowana.
– ??? – Brew uniosła się jeszcze wyżej.
– Mam żylaka! – Oznajmiłam dramatycznie. – Jest paskudny.
– Serio? Pokaż! – Podekscytowanie miłego mojego jakoś nie korespondowało z moją osobistą tragedią.

Podkasałam nogawkę, a Paweł oddał się wnikliwym oględzinom.

– Będziesz żyć, misiek – oznajmił spokojnie. – Masz cudnego czyraka. I najprawdopodobniej uroczego gronkowca złocistego.

(Czyrak?… Czyrak??… Czyrak, miauwa???… Damy nie mają czyraków! A tym bardziej uroczych gronkowców!)

– Nie bój nic. Dziś zrobimy ciepły okład. Za dwa dni czyraczka przetniemy. I walniemy antybiotyczek. Lżej?

Lżej. Jak jasna cholera… :/

(Ten barbarzyńca upierdzieli mi pół nogi… Będę musiała nosić protezę i chodzic o kulach! Weźmie odwet za te wszystkie moje zrzędzenia, utyskiwania i miauwy. Czuję to!
Przytulać Tunieczkę. Ale już!)

Pobieranie krwi od kota-dzikusa…

1/3 krwi trafiła do probówki, 1/3 na nasze rękawiczki i fartuchy, 1/3 na podłogę. 

Kot podrapał lekarza w twarz, właścicielkę ugryzł w przedramię, ja się bohatersko uchyliłam…

A następnie poślizgnęłam się na tej 1/3 na podłodze i skręciłam kostkę.

Karma jednak ZAWSZE wraca… :/

Ku przestrodze…

Miałyśmy na stole 12-letnią kotkę, która postanowiła zwiać z domu z twardym postanowieniem oddania się rozkoszom cielesnym.
W końcu. Bowiem kotka całe życie jechała na proverze i nie została wysterylizowana.

I tu nagle – rozpacz, szok i niedowierzanie. 
– Pani doktor, ona na pewno jest w ciąży. Łajdaczyła się trzy dni. Pomocy!

Jasssne. Jak trwoga, to do… weterynarza.

(Nie, nie zamierzam oceniać tej pani. Daruję też sobie słowa niecenzuralne, które cisną się na mych USTÓW korale. Dziękuję tylko opatrzności, że zwierzę do tej pory nie nabawiło się ropomacicza lub nowotworu jajników. Nabawiło się za to cyst na tychże jajnikach. Mniejsza…)

Kicia na stole.
Sterylizujemy.
Oba jajniki (z cystami wielkości orzechów laskowych) odpreparowane, doktor O. przechodzi do trzonu macicy. Ze spokojem trzymam zaciski, obserwując kolejne czynności lekarza, które widzę po raz enty. Rutynka, że tak powiem. 
Wtem… Pod naciskiem szwu, pęka trzon macicy. Mamy krwotok.
– Kurwa – wycedza subtelnie dr O. – Pieprzona provera. Mamy efekty. Przytrzymaj mi zacisk, proszę.
Otwiera szerzej otrzewną za krwotokiem. Zakłada szew. Tkanka znów pęka.
– Kurwa – wycedza ponownie. – Przesuń zacisk, o tu. Dzięki.
Cięcie otrzewnej o kolejny centymetr.
Szew. Zacisk. Uffff… Krwawienie ustało.
Operacja kończy się sukcesem.

Zakładam kotce kubraczek posterylkowy, układam na kocyku.
Dr O. dzwoni do właścicielki:
– Ile czasu była na hormonach?… Aha… Ok… Nie no, wszystko ok. Ma się dobrze. Tylko rozchlastałam ją normalnie niemal G-P (Gardło – Pipka – przypis autora). Widzi pani, normalnie cięcie jest takie, że ledwo palec można wsunąć. A przez nią aktualnie można przecisnąć arbuza!

(Uwielbiam jej poczucie humoru. 🙂 )

Problem natury budowlano-remontowej

Czy na sali jest murarz, względnie spec od kafli?…
Niestety, mężczyźni w moim otoczeniu to kompletne pipy w tym temacie – mają o tym takie pojęcie, jak ja o balecie.

Mam kłopot z balkonem. Terakota położona przez „fachowców” wytrzymała chlubne trzy lata. Zauważyłabym ten fakt zapewne dopiero po jakichś czterech, gdyby nie fakt, że sąsiad z parteru uprzejmie doniósł, iż boi się zorganizować w swoim ogródku grilla, gdyż lecące z góry części mojego balkonowego cokołu mogą spowodować, że trup będzie się ścielił gęsto.

Przeprosiłam. Usunęłam resztki cokołu, trzymające się na ostatnich włoskach.
Akcja ta zapoczątkowała proces totalnego luzu w płytkach podłogowych tamże i wykruszenie się fug. W związku z zaszłością zakiełkowało mi na balkonie zielsko w takiej ilości, że powinnam już właściwie przystąpić do sianokosów. 

Zanim uzupełnię fugę, trzeba na cito zrekonstruować cokół. Nie chcę kłaść tam ponownie płytek z obawy, że za kolejne trzy lata ponowią zamach na sąsiada. A to poczciwy człowiek, szkoda go.

Jako że na robotach wykończeniowych znam się średnio (choć jakby bardziej niż wyżej wspomniane męskie pipy), radźcie. 

Przyszedł mi do głowy swojski beton. Można tak po prostu zabetonować? Będzie trzymało terakotę? 
Dodam, że nie musi to wyglądać pięknie – cokołu z okna nie widać. 😉

Anybody?…

Miała być długa relacja…

… z dzisiejszego dnia.
Bo dzień był naprawdę hardkorowy.
Zabieg za zabiegiem, agresywne stwory, powikłania, krwotoki, nerwówka level hard…

Dziś jednak relacji nie będzie.
Na razie. Dopóki nie ochłonę.

(Dla uspokojenia dodam – wszystkie zabiegi zakończyły się sukcesem, a zwierzaki mają się dobrze.)

Dziś bowiem stał się cud nad cudy i kot, który od piątku miał nie żyć, dziś miał zdejmowany cewnik po operacji.

Andrzej samodzielnie sika i nie zamierza przestać.
Andrzejowa operacja zakończyła się sukcesem.
Andrzej pożyje jeszcze ładnych lat kilka z hakiem.

Niniejszym Państwa przeproszę i oddalę się w kącik, żeby ulgę swoją niewypowiedzianą w spokoju wyryczeć. Bez świadków.

Ja prdl, jak się cieszę! 🙂

Koteczek…

– No to co? Czyścimy koteczkowi gruczoły okołoodbytowe?… Spoko. Tunia, przytrzymasz koteczka?
– Jasne! – Zakrzyknęłam ochoczo, wdziewając rękawice spawalnicze i zastanawiając się, czy spisałam testament.
– Khhhhhh! – Podsumował uroczo koteczek.

Dziesięć minut później…

– Strzelił mnie – jęknęłam, kończąc ścierać krew z łokcia.
– Jezus Maria! Gruczołem?!
– Nie. Pazurem.
– Uffffff… Szczęście w nieszczęściu. Będziesz żyć. Bo gdyby gruczołem, to wiesz…

Zastanawiam się nad zmianą zawodu…
Myślę, że praca w kopalni węgla kamiennego byłaby super…

Bywa też wesoło…

Doktor A. wyciągnęła psu dwa kleszcze. Wrzuciłam je na korytko, zalałam alkoholem i odstawiłam na szafkę, żeby godnie zakończyły żywot.

Po paru minutach doktor O. podeszła do onej szafki po leki.
– Zobacz, jakie piękne – zapiałam, podsuwając jej korytko z zawartością pod nos.
– A weź! Idź mi z tym ohydztwem!
– No co ty! Piękne są! Jeden prawdziwy king sajs. Nie mów, że pająków też nie lubisz?
– A fuuu!
– Ja tam lubię. Zaadoptowałabym takiego xxl. Kupiłabym mu obróżkę z kryształkami i szczotkowałabym sierść na nogach. Musisz polubić pająki. Ćwicz na kleszczach. No spójrz, jakie słodziaki – sterroryzowałam ją ponownie korytkiem.
– Czub!

:))

Kot Andrzej

Znaleziono go w Andrzejki.
Był kocim noworodkiem, zawiniętym w folową torbę, wyrzuconym do śmietnika. Gdyby nie jego mocne płuca i donośny płacz, nie miałby najmniejszych szans.

Znalazła go para, która przypadkiem tamtędy przechodziła. Wspaniali ludzie. Na przemian brali urlop, by maleństwo karmić i masować brzuszek, celem pomocy w wypróżnianiu. To jest prawdziwa orka, proszę mi wierzyć. Taki maluch, oddzielony przedwcześnie od matki, ma szanse praktycznie zerowe.

Ale Andrzej okazał się walecznym kotkiem. I bardzo chciał żyć.

Wygrał.

Dziś jest dorodnym kocurem. Ale ma poważny problem urologiczny.

Zaczęło się od zwykłego zapalenia pęcherza. Problem trywialny – z reguły daje się diabelstwo przepędzić antybiotykami.
Niestety, po terapii Andrzej się zatkał. Przypałętało się zapalenie cewki moczowej.
Bardzo cierpiał, zatem założono mu cewnik na czas opanowania obrzęku.
Andrzej spędził kilka dni na podkładach, błogo i ochoczo lejąc pod siebie. W końcu bez bólu.

Wczoraj przyjechał na usg. Na okoliczność badania usunęliśmy cewnik.

(W każdy czwartek przyjeżdża niezastąpiony dr J. z własną aparaturą. Pacjenci zapisują się na te czwartki nawet z dwutygodniowym wyprzedzeniem.)

Wszystko było dobrze.

Dziś państwo pojawili się w lecznicy z transporterem. Pan – kamienna twarz, pani – cała we łzach…
– Pani doktor, nie załatwia się od wczoraj. Pani doktor, on strasznie cierpi… To już chyba koniec…
Nogi się pode mną ugięły.
Doktor O. łzy stanęły w czach.
I odezwała się kompletnie nieprofesjonalnie:
– Nie. Dlaczego akurat ja? Nie. Przecież to Andrzej! Nie! Tak nie może być! Przecież myśmy go mieli, kurwa, wyleczyć!

Burza mózgów. Kilka telefonów… Kilka konsultacji…
Andrzej miota się w transporterze. Pan podaje nam chusteczki. Pani płacze.

I nagle nadzieja. Jeszcze są opcje. Jeszcze jest szansa.
J. jedzie do nas na sygnale ze sprzętem.
Specjalista chirurg urolog czeka z gotowym stołem w zaprzyjaźnionej lecznicy.
W końcu Andrzej ma robione badanie.

My siedzimy na chirurgii, mamy na stole sunię, sterylizujemy…
Docierają do nas urywki rozmów…
(- Tu widzimy Andrzejową cewkę…)
– Marta, zacisk proszę.

(- Jest opuchlizna. O tu. W tym miejscu też, widzą państwo?…)
– Wytrzyj mi pole. Nożyczki, proszę.
Sunia zaczyna nam pojękiwać.
O. uziemiona z nożyczkami w otrzewnej, ja zaciskam naczynie krwionośne, obie jesteśmy sterylne, nie możemy się ruszyć…
– Pomocy!
Druga wet wpada, przerywając usg.
– Boli nas. Dowal ketaminę.
Po dodatkowym zastrzyku sunia się wycisza.
– Dzięki. Ok. Jedziemy dalej. Marta, zaciśnij mi tu jeszcze, proszę.

Badanie usg Andrzeja dało nadzieję. Obrzęk jest tuż przy końcowym odcinku cewki. Można operować.
Gdyby był przy ujściu pęcherza, kot nie miałby szans.
Obie ciężko – acz z ulgą niewypowiedzianą – wypuszczamy powietrze.
– Ok, Marta. Zszywamy stwora.

Andrzej jest właśnie na stole.
Odseparowują mu cewkę. Jeśli się uda – zdarzy mu się w życiu nalać niekontrolowanie. Ale już bez stresu, bez bólu, bez cierpienia.
I będzie żył, co jest dla opiekunów najważniejsze.
Trzymam kciuki za tego dzielnego kocura.
Z całej siły.

Czego się dziś nauczyłam?
Ano tego, że są lecznice, gdzie kasa nie jest najważniejsza. Gdzie lekarze mają w nosie, czy im się opłaci nieplanowany dojazd na sygnale na drugi koniec miasta. Po prostu działają na zasadzie impulsu: szybko, zwierzę cierpi.

Są takie lecznice.

A ja trafiłam na jedną z nich.

Tuż przed snem…

– Jezusiemaryjo, jaka jestem zrąbana. Boli mnie moje wszystko. Napiernicza mnie kręgoslup, nogi i ręce. Ja pierniczę, jaka jestem szczęśliwa – wymamrotała niejaka niutax.
– Nooo… Może w końcu mnie zrozumiesz – odmamrotał niejaki Paweł.

Jak znęcać się nad własnym kotem – instrukcja w punktach

  1. Podać domięśniowo w tyłek medetomidynę. 
  2. Odczekać jakieś dziesięć minut, obserwując z lekką zazdrością, jak kot łapie odlot.
  3. Podać domięśniowo w tyłek ketaminę (Przy rozbawionym: Marta, tym razem to nie krowa, a kot. Nie trzeba wbijać strzykawki po sam łokieć. Bardzo, miauwa, śmieszne.)
  4. Sponiewierać nieprzytomnego kota na stole, odzierając go z godności i instalując mu w szczęce rozwieracz.
  5. Po wypastwieniu się skalerem na kocim uzębieniu, pozbawić go ocalałych jeszcze resztek godności, polerując mu zęby pastą SuperClean.
  6. Podać domięśniowo w tyłek atimapezol – celowo wybierając tym razem drugi półdupek, żeby kota potem nie piekło wymiauwiście w jeden, tylko w miarę równomiernie w oba.
  7. Zawieźć naćpanego jeszcze kota do domu.

Rudolf leży mi na kolanach jeszcze z bezgraniczną ufnością.
Jak mu faza minie, natychmiast przypomni sobie, kto mu to zrobił.
Może nie być miło…

Ja pierdziu, przy nabieraniu do strzykawki pierwszego leku ręce mi się trzęsły jak przy delirium tremens…
– Marta, muszę przeliczyć dawkę dla tego kolosa, bo dla kotów mamy jeno do sześciu kilo..
Tia…
Dalej już poszło gładko. 

Jednakże po tym doświadczeniu muszę Wam powiedzieć, że przeprowadzanie zabiegu na własnym zwierzęciu – nawet tak trywialnego – jest bardzo niefajne…