.. czyli pierwszy dzień praktyk zawodowych za mną.
W lecznicy prawdziwe oblężenie. W obliczu tegoż faktu moja codzienna robota, polegająca na siedzeniu przy biureczku, klikaniu w klawiaturkę, popijaniu kawusi i – od czasu do czasu – użerania się przez telefon ze świrami maści wszelakiej, to pikuś, powiadam Wam.
Taki weterynarz ma jednak przesrane jakby bardziej.
Mam za sobą asystę przy piłowaniu króliczych zębów, oczyszczaniu ropnia u świnki morskiej, pobieraniu zeskrobiny ze zmiany skórnej u labradora, pacyfikację krwiożerczego yorka o sile konia oraz pierwsze prawie samodzielne pobranie krwi u bulteriera.
(Wprawdzie ostatni zabieg wielokrotnie ćwiczyłyśmy z Patką wzajemnie na sobie i przez jakiś miesiąc wyglądałyśmy jak ćpuny po trzech detoksach, ale to się jakby nie liczy, bo wkłucie się w żyłę zwierzęcą jest znacznie trudniejsze.)
Czuję się, jakbym przerzuciła łopatą tonę węgla.
Jestem zrąbana, jak koń po westernie.
I, miauwa, dawno nie byłam tak szczęśliwa. 🙂