Chrzest bojowy…

.. czyli pierwszy dzień praktyk zawodowych za mną. 

W lecznicy prawdziwe oblężenie. W obliczu tegoż faktu moja codzienna robota, polegająca na siedzeniu przy biureczku, klikaniu w klawiaturkę, popijaniu kawusi i – od czasu do czasu – użerania się przez telefon ze świrami maści wszelakiej, to pikuś, powiadam Wam.
Taki weterynarz ma jednak przesrane jakby bardziej.

Mam za sobą asystę przy piłowaniu króliczych zębów, oczyszczaniu ropnia u świnki morskiej, pobieraniu zeskrobiny ze zmiany skórnej u labradora, pacyfikację krwiożerczego yorka o sile konia oraz pierwsze prawie samodzielne pobranie krwi u bulteriera. 

(Wprawdzie ostatni zabieg wielokrotnie ćwiczyłyśmy z Patką wzajemnie na sobie i przez jakiś miesiąc wyglądałyśmy jak ćpuny po trzech detoksach, ale to się jakby nie liczy, bo wkłucie się w żyłę zwierzęcą jest znacznie trudniejsze.)

Czuję się, jakbym przerzuciła łopatą tonę węgla.
Jestem zrąbana, jak koń po westernie.
I, miauwa, dawno nie byłam tak szczęśliwa. 🙂

Etenszyn

Jutro rano mam pierwszy egzamin wet.

Najtrudniejszy.

R9: Prowadzenie chowu, hodowli i inseminacji zwierząt.

Póki co teoria.
Praktyka za tydzień.
(Teoria to pikuś, na praktyce obawiam się, że strzelą takie tematy… że rzeźnia to małe miki…)

Proszę o kciuki jutro o godz. 10:00. 😉

I niech mnie ktoś przytuli…

Z cyklu: na drucie…

Kręcąc się pomiędzy Biedronkową lodówą z warzywami na patelnię a stoiskiem z serami, prowadziłam konwersację telefoniczną:

– Dziś miałam małe starcie z Dorotą.
– …
– Wiesz, Dorota jest charakterna. A ja się jej nieciekawie kojarzę. Moja skromna osoba bezpośrednio wiąże się z akcją „obcinamy Stefanowe jajka”. Zapamiętała mnie, franca…
– …
– Aż tak źle nie było. Zeżarła mi pół fartucha. Obdzyngoliła dół i oba ściągacze.
– …
– E, nie. Co najwyżej lekkiej sraczki dostanie. Biodegradowalny był…

Wzrok sklepowej klienteli i dwóch pracowników… bezcenny.

Mco a europejczyk

Czym różni się maine coon od dachow… ekhm… kota europejskiego? Otóż charakterem, usposobieniem oraz proporcjami w bezczelności/ciapowatości.

Moje koty mają żarcie zawsze w zasięgu paszcz. Nie ma czegoś takiego, jak godziny posiłków. W miskach widać dno – się dosypuje. Sierściuchy sobie dawkują wedle uznania.

Zdarzy się, że mają grupowe parcie na michę w godzinach nocnych.

(Może palą marychę, nie wiem.)

Mco co najwyżej smętnie rzuci okiem na puste naczynie, tęsknie obniucha, zerknie na łóżko, czy ktoś może się przebudzi i przypomni sobie o koteczkach, w efekcie zamienia się w cierpliwość i przystępuje do drzemki.

Europejczyk zaś… Cóż…

Zajmie strategiczną pozycję jak najbliżej łóżka, weźmie głęboki wdech i wydrze z całej siły ryło: Pobudka, wstaaać!!! Kotom żarła dać!!! Rączym kłuseeem!!!

(Kit, że trzecia w nocy, co nie?)

– Umieraaam!!! Z głodu umieraaam! – Niesie się z kociej paszczy na trzy sąsiednie dzielnice.

Alarm cichnie dopiero w momencie, gdy wybita ze snu służba wlecze się na autopilocie do paśnika i posłusznie napełnia zastawę.

Fenkju gutnajt.

Czytała Krystyna Czubówna.

(Wszelkie skojarzenia z osobą Floriana są absolutnie przypadkowe, bezpodstawne i krzywdzące.)

Smaczek z zakładu…

… czyli lekcja poglądowa na temat: Z kim jestem zmuszona pracować…

Wstępna informacja, niezbędna dla zrozumienia tzw. problemu: prokuratorzy wyższego szczebla (np. szefowie prokurator rejonowych) mają do dyspozycji służbowe telefony komórkowe. Jeśli przekroczą limit rozmów ponad abonament – płacą nadwyżkę.
Zaznaczę tu także, iż ww. prokuratorzy co miesiąc pobierają pensję o wysokości, jaka większości nam – skromnym żuczkom – nawet się nie zamarzyła w najlepszych snach.
(Są to kwoty – powiedziałabym – wręcz nieprzyzwoite i absolutnie nieadekwatne do wykonywanej pracy. Ale to tylko moja subiektywna opinia.)

Ad rem… Dzwoni do mnie sekretarka pewnej prokuratury rejonowej…
– Pani Marto, szef dziś dostał notę obciążeniową za rozmowy telefoniczne. I nie bardzo wiemy, co z nią zrobić…
– Nie bardzo wiecie?… Hm… Niech pomyślę… Zapłacić?…
– Problem w tym, że szef zdał sobie sprawę z faktu, iż żadnych połączeń nie wykonał. Był kilka dni za granicą i inny prokurator do niego zadzwonił. Przez roaming zostały z tego tytułu naliczone koszty… Zatem obciążenie szefa jest niezasadne. Możemy napisać w tej sprawie pismo?…
– Eee… No… Hm… Możecie… W sumie…

A TERA wisienka na torcie:
Tzw. kwota sporna wynosi 2,95 zł.
Słownie: dwa złote dziewięćdzieciąt pięć groszy.

(Gość zarabia dziesięć tysiaków miesięcznie.)

Opuszczam tę planetę…

Pogawędki przy papierosku…

… pracowników jednostki budżetowej…

– Na tapecie gruba sprawa. Za badanie śladów biologicznych na miejscu zdarzenia biegły zainkasował trzydzieści koła…
– Sperma?
– E, niii… Krew. Z akt sprawy wynika, że tam niezła jatka była. Teksańska masakra… Mąż zaciukał żonę nożem.
– Ale dlaczego nożem?… Jakiś mało rozgarnięty. Tyle sprzątania…
– Eee, pewnie wypadek. Kobita upadła na nóż, a potem jeszcze tak z siedem razy.
– Nie rozumiem ludzi… Nie prościej się rozwieść?…
– Bardziej czasochłonne. A tak rachu ciachu i po sprawie. Tylko gość nie przygotował się merytorycznie. Ja bym najpierw opracował plan utylizacji zwłok.
– Oj tam… Pewnie w afekcie.
– Nieważne. Człowiek musi przewidywać. Wanna i kwas na przykład.
– Wiesz, ile litrów kwasu potrzeba? Dosyć drogie przedsięwzięcie. Lepiej zasypać wapnem gaszonym.
– Zwariowałeś? Rozkład się wydłuża.
– Ja mam czas…
– Wiecie, kobiety jednak są bardziej zorganizowane. Pamiętacie tę sprawę, gdy żona pozbyła się męża? Zamurowała go potem w kuchni ich wspólnej restauracji. Wpadła tylko dlatego, że klienci po jakimś czasie poczuli zapaszek…
– Zorganizowane? Proszę cię! Gdyby go zawinęła w folię spożywczą, nic by się nie przedostało. Zero zorganizowania, powiedziałbym.

Ja nie będę nikogo wskazywać palcyma, no doprawdy…

(Ale gdy spotkam w Biedronce Jacka, nabywającego znaczną ilość folii spożywczej, to będzie znak, iż jest coś na rzeczy…)

Dlaczego nie piszę…

1. Mam zapiernicz w pracy i sprawozdania.

2. Mam zapiernicz w szkole i widmo czerwcowego egzaminu R9. Kuję i mam pełno w portkach.

3. Mam zapiernicz w rodzinie i zobowiązania. Mojemu kuzynowi zmarła nagle matka (ojciec raczył jakiś rok wcześniej), chłopak został sam z domem do remontu, świeżo poślubioną żoną i dzieckiem w drodze. Zawsze miałam z nim świetne układy i łączylo nas tzw. braterstwo dusz, zatem zapytałam, jak mu mogę pomóc. „Na wódkę przyjedź, siostra. Proszę…” Kurna, 300 kilometrów… Kombinuję…

Zatem proszę o wyrozumienie…

Budzik

Dzisiejszy poranek był dosyć niezwykły.
Otóż obudził mnie ucisk na klatce piersiowej…

Otwieram zaspane oko, patrzę, a tu… Ósemka siedzi mi jak gdyby nigdy nic na mostku i ugniata.
Zauważyła moje otwarte oko, przerwała ugniatanie, zastygła i zaczęła PACZEĆ.
Następnie dokładnie moje oko obwąchała i… strzeliła mi dwa barany w oba policzki.

Nie wiem, co powiedzieć.

🙂 

Dr Iksiński

Zaposiadam kontakt do niejakiego doktora nauk medycznych, ortopedy, specjalisty II stopnia chirurgii i traumatologii kończyn górnych.

Nazwijmy go dr Iksiński

Dziś miałam potrzebę zarejestrowania na wizytę dwojga przyjaciół z problemami kwalifikującymi się do wizyty u ww. doktora.

Dzwonię…

– Dzień dobry. Chciałabym umówić na wizytę dwóch pacjentów do dr Iksińskiego.
– Dzień dobry. Dr Iksiński specjalizuje się wyłącznie w rękach…
– Ja doskonale wiem, w jakiej dziedzinie specjalizuje się dr Iksiński. Do tej pory zdążył zoperować mi prawy nadgarstek i lewy łokieć. Jest fantastycznie i – odpukać – będzie. Ja dzwonię w sprawie nowych pacjentów.
– Aha… A co dolega?

(Ból gardła, kurwa mać!)

– Wstępnie zdiagnozowany gangrion w nadgarstku i przewlekły ból łokcia.
– Aaaa… To faktycznie ręce…

(Nie, kurwa mać, eureka!
Myślę jednak, że to efekty uboczne zapalenia woreczka żółciowego i kardiomiopatii!)

– Jest godzina dziesiąta. Rejestrujemy od dwunastej do szesnastej.
– Ok.

(W powyższych godzinach słuchawka odłożona jak ta lala.)

Dawno nie miałam takiego wkurwa… :/