Tego no…

Dziś, jakąś godzinę temu, na obwodnicy, przy prędkości jakieś 120 km/ha wysiadł mi bezpiecznik i zgasły oba przednie reflektory. Dodam, że miało to miejsce na kompletnie nieoświetlonym odcinku trasy. Straciłam kompletnie widoczność i zaczęłam jechać zygzakiem. Tyle mojego, że nie spanikowałam.

Jakiś kierowca zauważył, że mam kłopoty. Wyprzedził mnie, zwolnił i jechał przede mną jakieś 70 km/ha, a ja trzymałam się jego tylnych świateł jak rzep psiego zadka. I tak przeturlaliśmy się ładnych 15 km. Gdy dotarliśmy do mojego zjazdu, włączyłam kierunkowskaz i zjechałam na pas do skrętu. Kierowca przede mną wówczas mignął pożegnalnie awaryjnymi i śmignął dalej.

Ten ktoś chyba uratował mi życie…

Trening czyni mistrza

Rudolf znowu zaniemógł. Gdy zauważyłam pierwszy symptom na skórze pod okiem, od razu pognałam do weta po antybiotyk na kolejne dni.

Jest nawrót. Objawy te same. Poproszę zapasik. Zanim mu całej paszczy nie wysypie, tak?

Dostałam.

Zrobiłam też morfologię i biochemię. Wyniki cudne za wyjątkiem leciuchnej anemii.
Obniżony poziom hemoglobiny może być spowodowany choróbskiem i antybiotykami.
Zatem nie ma co włosów z głowy, nóg i pach rwać, c’nie?

Po zastrzykach poprawa znaczna.

Zauważyłam, co następuje:

Przygotowuję zastrzyk w obecności kota, następnie zbliżam się ze strzykawką, nie zdążę jeszcze dotknąć igłą skóry…
O ja miaukolę! Matkaaa! Jak boli! O jezusiemaryjonajświętszaiwszyscyświęci!!! Wzywać TOZ!!!!!!

Przygotowuję zastrzyk, zamknięta w łazience, poza zasięgiem wzroku kota.
Podchodzę, głaszczę, miziam, miącham, następnie umieszczam delikatnie igłę w kocie, naciskam tłok… 
O ja miałkolę! Matka! Czułem! Ależ bołało! O jezusiemaryjo itd…!!! Wzywać TOZ!!!!!!!

A teraz… Teraz przygotowuję zastrzyk dużo wcześniej.
Przechodząc obok kota, mimochodem, od niechcenia zanurzam igłę w rzeczonym kocie, robię swoje, idę dalej…
O ja miaukolę! Matka! No weź! Nie zdążyłem nawet zawezwać Jezusa…

I tak o.

Obejrzałam, miauwa…

Z czystej ciekawości.

Obejrzałam „Smoleńsk”, bowiem ukazał się w sieci.

Podeszłam do misji z maksymalnym obiektywizmem, mając świadomość, iż dzieło jest propagandowe i z gatunku science-fiction… 

Skusiły mnie też opowieści o salwach śmiechu w salach kinowych w newralgicznych momentach…
Reasumując: lubię s-f, komedie również, zatem zaryzykowałam – z założeniem obejrzenia rządowego produktu jak swoistego rodzaju filmu przyrodniczego, z dystansem, scricte poglądowo, rozumiecie…

Nie.
Po dwukroć: nie.
Po trzykroć: NIE, NIE, NIE!

Liczyłam na ubaw.
Ostatecznie spodziewałam się jakiegoś filmu akcji.
Powiem tak: gorszego gniota w życiu nie było mi dane oglądać.
Po 30 minutach oglądania tego dzieła byłam już wymęczona, jak po zsyłce na galerach… Ale postanowiłam, że dotrwam. Że będę dzielna. Jak Rambo. Jak Chuck Norris. Jak kaczor Donald na wakacjach.

No ja prdl…
Fabuły praktycznie żadnej.
Jechanie na rosjan – nahalne, na siłę, na chama… Ale tego akurat można się było spodziewać.
Jechanie na Tuska – jak wyżej.
Gra aktorska – masakra. Pani grająca główną rolę była bardziej drewniana, niż Kożuchowska i obu Mroczków razem wziętych. Serio – mimo, że na aktorstwie znam się, jak na balecie – zagrałabym to lepiej.
Jednym słowem: dramat.

Miałam jeszcze cichą nadzieję, że osławiona przez trailery końcówka z duchami oficerów zamordowanych w Katyniu, salutujących Lechowi, rzucających się na szyję reszcie pasażerów Tupolewa, wklepie mnie w glebę ze śmiechu… Nie wklepała… Była wręcz żenująca…

Jedynym akcentem próbującym ratować ten film i wywołującym nieśmiały uśmiech, jest kreacja pana Zelnika w roli tajnego agenta, który przemyka kurcgalopkiem między drzewami, niczym szpieg z Krainy Deszczowców. (Karramba!) Gdyby nie całokształt, to słowo daję, że bym się uśmiała. Niestety był to już umęczony uśmiech niemal przez łzy…

Panie Krauze: wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd. Przed całym światem.

Co się zobaczyło, tego się już nie odzobaczy.
Zaposiadam traumę na całe życie.
Dzięki, panie Krauze.

Niniejszym współczuję wszystkim rodzinom osób, które w Smoleńsku zginęły.
Jeszcze bardziej współczuję, jeśli obejrzały tę szmirę.

Miauwa no… :/

RMF FM

Jadąc rano do pracy…

Wróć!

Stojąc rano w korku w drodze do pracy, słucham radia.
Czasem jest to Zet, czasem RMF. Jeśli w Zetce jest akurat pani Chełminiak, przełączam na RMF.

(Dygresja nr 1: Głos wspomnianej pani redaktor strasznie mnie irytuje i nie jestem w stanie wysłuchać nawet minuty jej wypowiedzi. No sorry, Winnetou…)

W RMF zorganizowali konkurs na najlepszą opowieść związaną ze studniówką.

(Dygresja nr 2: Ja studniówki nigdy nie miałam, mimo, że posiadam wykształcenie wyższe, zatem przez szkołę średnią musiałam – siłą rzeczy – przebrnąć. Czuję się pokrzywdzona przez los, mam świadomość, że coś straciłam i jest mi trochę przykro… Ale to dłuższa historia.)

Otóż konkurs RMF-u wygrała pani, która przyznała szczerze, że bardzo nie odpowiadał jej kolega, z którym na swoją studniówkę miała się udać. Nie lubiła go, nie podobał jej się i w ogóle. Zero chemii. Ale słowo się rzekło, głupio było odmówić, cóż, doszła do wniosku, że jakoś się musi przemęczyć.
Aktualnie obchodzą swoje 25-lecie małżeństwa.

Strasznie mnie to wzruszyło. Naprawdę.

I skłoniło do refleksji nad własnymi kolejami życia, bowiem…
Gdy poznałam Pawła, nie przypasował mi strasznie. Uznałam go za mruka, który życie bierze zbyt serio i do niczego nie ma dystansu. O posiadanie poczucia humoru nawet go nie podejrzewałam. Poza tym moim typem jest duży miś o facjacie drwala, a Paweł jest zgrabniutkim facecikiem o twarzy cherubina. Nie no, noł łej.
A teraz najlepsze: w pierwszym etapie znajomości byłam święcie przekonana, że jest gejem.

A TERA co?
Jak ja wyglądam?…
Słabo trochę, co nie?…

🙂

No i napadało białego gówna…

Nie lubię. 
Żaden kierowca, który musi się codziennie przemieszczać, nie lubi.
W dodatku wygwizdowo jak w kieleckim.

I tu mnie retrospekcja napadła, proszę ja Was.
Wspomnienie z czasów, gdy jeździłam jeszcze moją kochaną wysłużoną skodziną, która pod koniec naszej współpracy lubiła nawalić tu i ówdzie. Miała rozwalony zamek w drzwiach od strony kierowcy, zatem do samochodu radośnie wsiadałam od strony pasażera i gramoliłam się na czworakach na drugą stronę. Ech, czasy…

Któregoś poranka wyszłam na parking i zamiast samochodu zastałam wielką białą czapę. Białego gówna nasypało przez noc po kolana. Z grubsza odśnieżyłam rękawami kurtki skodzinę, dokopałam się do zamka (od strony pasażera ofkors), wsunęłam kluczyk i… dupa blada. Zamarzł. Wyjęłam odmrażacz w areozolu (który, o dziwo, tym razem szczęśliwie miałam w kieszeni, a nie w samochodzie) i zaczęłam działać. Psiku, psiku, PSIKU! Po kilkunastu psikach odmrażacz zdechł, a zamek ani drgnie.
Rzuciłam się galopem przez zaspy białego gówna na pobliską stację benzynową, przeklinając kwieciście. Kupiłam nowy odmrażacz, galopem wróciłam do samochodu i powtórka z rozrywki. Po kilku psikach klucz w zamku lekko drgnął. Rozszalałam się zatem, pełna nadziei: psiku, psiku, PSIKU! Złapałam mocniej klucz, przekręciłam, a tu… Dupa. Klucz zaczął się kręcić dookoła.
Gdy już miałam się rozpłakać rzewnie, coś mnie tknęło… Odgarnęłam białe gówno z rejestracji…

Mój samochód stał na sąsiednim miejscu parkingowym. A juści. 
A zamek bez problemu dał się otworzyć…

Odśnieżyłam zatem rękawami drugą skodzinę (tym razem własną) i odjechałam.

W pracy miałam okropnego doła.
Wyżaliłam się kolegom:
– Słuchajcie, no identyczna biała skoda. Chyba rozwaliłam człowiekowi zamek… Ale każdy mógł się pomylić, co nie? 

– Nie łam się, Tunia – kolega (który-jeszcze-żyje) poklepał mnie z otuchą po ramieniu. – Jeśli mowa o tobie, nie zdziwilibyśmy się, gdyby to był czarny mercedes.

I tak o. :/

Posylwestrowo…

Jechałam dziś do pracy w potężnym korku. Płynność jazdy blokowały służby miejskie zbierające z jezdni zwłoki psów, kotów i zwierząt leśnych. 
Sama dziś zawiozłam do kremacji zwłoki psa i dwóch kotów…

Jak się z tym czujecie, petardowcy?
Fajna zabawa była?
Zaimponowaliście niniejszym Zośce, Jadźce, Kryśce?*…  
(* niepotrzebne skreślić)

Jest takie powiedzenie: człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy.
Nie, do wsi nic nie mam. Mam natomiast wiele do mentalności.

Przez Was wszystkich cierpię i płaczę najbardziej przez ten jeden dzień w roku.
Ale wierzę, że Was ktoś rozliczy, kiedyś, u schyłku życia.
W kotły piekielne nie wierzę. Liczę na coś bardziej wyrafinowanego.

Życzę Wam piekła pt. „Śmierć na autostradzie”. 
Zajefajna sprawa.
Serio.

Gnoju, jeden z drugim, który zabiłeś na drodze zwierzę nie udzieliwszy mu pomocy, życzę ci (celowo z małej litery) co następuje:

Najpierw ktoś cię, gnoju, zahacza zderzakiem… Boli, jak cholera… Sprawia, że na chwilę tracisz świadomość i przewracasz się na asfalt… Kolejny samochód przejeżdża ci po nogach, gruchocząc kości… Wskutek bólu wraca ci świadomość… kolejne auto przejeżdża ci po rękach, miażdżąc stawy… Nadal żyjesz… Wyjesz z bólu, liczysz, że ktoś ci pomoże… Zapomnij! Kolejny przejeżdżający samochód miażdży ci prawą stronę klatki piersiowej… Boli? No weź, bądź twardzielem, co nie? Co tam parę żeber i jedno płuco… Nie wymiękaj, jesteś gość, ne spa? Masz szczęście następny z kolei pojazd przejeżdża ci centralnie przez brzuch – miażdży żołądek, przeponę, jelita i serce… 
Mam szczęście – myślisz. – W końcu to koniec…

Otóż nie, skurwielu.  
W miejscu, w którym znajdziesz się po zakończeniu swojej nędznej egzystencji, będziesz to przeżywał over and over and over again.
Taki dzień świstaka. 
Twój jedyny.
Wybrany.
Własny.

Tego ci właśnie życzę, gnoju z petardą w ręku.
Hepi niujer. 

Święta…

Goldenka moich rodziców zerwała jakiś czas temu więzadło w drugiej łapie. Przeszła skomplikowaną operację – ma śrubę i gips. Od trzech miesięcy. Tyle tytułem wstępu.

Na święta oczywiście zwaliliśmy się cała watahą do moich rodziców.
A przed pierwszą nocą dowiedzieliśmy się, że mój ojciec od owych trzech miesięcy śpi z Haną na dole, na podłodze, na twardym materacu. 

Śpi z Haną, bo sunia nie może wchodzić po schodach.

Zatem mój brat postawił sprawę po męsku:
– Ojciec, dziś zaiwaniasz na górę do sypialenki, do ciepłego łóżeczka, na miękki materacyk.
– Ale…
– Cisza! Nie ma dyskusji.
– Ale Hana nie może tu tak sama zostać, bo…
– Nie zostanie. Ja z nią się tu prześpię. A ty na górę. Myk, myk.
– Ale…
– Nie no, ojciec, nie ma żadnego ale. Na górę, powiedziałem. W końcu porządnie się wyśpisz. No.

Tatko poczłapał na górę z nosem na kwintę.
Po piętnastu minutach usłyszeliśmy człapanie powrotne.

– Uważaj, synku – mama syknęła konspiracyjnie. – Teraz będzie ci dawał instrukcje…

Tatko objawił się z powrotem w pokoju.
– Synuś, ona się trochę rozpycha, wiesz…
– Damy radę.
– Ale słuchaj… Ona lubi, jak ją się okrywa tym kocykiem. O tym… I czasem ma złe sny i popiskuje… Wtedy trzeba ją koniecznie przytulić i pogłaskać…
– Przytulę i pogłaszczę, tato. I okryję kocykiem. O tym. A teraz wracaj do łóżka. Mi-gu-siem.

Nie wiem, jak Wy, ale ja uważam, że w temacie czułości mój ojciec właśnie osiągnął level expert. 🙂 

Ten irracjonalny uczuć…

Uczuć, który zna każdy zwierzolub i opiekun tychże. A w szczególności kocia służba…

Jeśli ktokolwiek, kto zamieszkuje z więcej niż jednym futrem, nie przelicza stanu stada przed wyjściem z domu, a następnie po powrocie, niech pierwszy rzuci kamieniem. No, miauwa, wiem, że to bez sensu, ale robię to zawsze. Nieistotne jest to, że przez noc kot jeden z drugim nie rozpłynie mi się w niebyt… Przeliczam kotostan i ilość sztuk musi mi się zgadzać. Inaczej kaplica. 

Gdy wracam do domu, Rudolf jest pierwszy do witania mnie w drzwiach. A dziś… czarna dziura go wessała. Zero rudzielca.
Serducho mi lekko załopotało i dalej szukać… W transporterach, w kanapie, pod stołem, w szafie, pod łóżkiem… Ruuudiii! Ruuudooolf! – wyłam jak opętana. 

Gonitwa myśli… Jezu, rano Paweł otwierał drzwi na balkon. Jak nic kocisko szmyrgnęło… Boże, zaspałam do roboty i wychodziłam półprzytomna, na autopilocie. Pewnie mi śmignął pod nogami na klatkę schodową…
Chryste, on tam gdzieś przycupnął pod krzakiem i cierpi. I tęskni. I jest mu zimno! 
No ja cierpię dolę…

Już miałam tworzyć ogłoszenia: Zaginął rudy mco…, gdy wtem… Wzrok mój powędrował w kierunku kociego fotela…

(W tym domu wszystkie trzy fotele są kocie, ale ten jeden konkretny jakby bardziej, oficjalnie koci znaczy.)

A stamtąd spod rudych rzęs spozierały na mnie kocie oczy, wyrażające ni mniej, ni więcej: No i czego się drzesz, kretynko? Spałem.

Któregoś pięknego dnia zamorduję gada.
Przysięgam. 

Apel

Takowy wystosowałam do członków mojej rodziny oraz przyjaciół.
Apel tyczy się, rzecz jasna, prezentów gwiazdkowych.

Otóż – lubię sobie w miarę możliwości ułatwiać życie i nie komplikować go niepotrzebną telepką mózgu pt.: co komu, dlaczego i jaki durny motyw mną powodował.

Apel niniejszym brzmi:
Proszę do 16 grudnia łaskawie określić się, jaki prezent daną jednostkę zadowoli, tudzież: co mam, miauwa, kupić, żeby nie była to kasa wywalona w błoto.
W razie braku odzewu, jednostki niesubordynowane otrzymają świąteczny zestaw firmowy: szampon Palmolive, mydło Biały Jeleń oraz parę skarpetek.
Dziękuję za uwagę.

Proste?
Proste. 

Są takie dni w życiu żółwia…

Dawno temu wywaliłam z jadłospisu wieprzowinę. Nie z przyczyn ideologicznych, po prostu mi nie smakowała.

Jakiś czas później poszła won wołowina – nie jestem w stanie zjeść stworzenia, które ma rzęsy.

Jestem świeżo po wchłonięciu wiedzy na temat kurzej fermy. I, proszę mi wierzyć, jeśli chodzi o okrucieństwo wobec zwierząt, hodowla bydła i trzody chlewnej to mały pikuś. Do tej pory oko mi lata, ręce nie przestają się trząść, a mózg pracować na turboobrotach.
Już wiem, jak powstają tzw. parówki drobiowe i na ich widok aktualnie mam odruch wymiotny…

Na mięso drobiowe nie mogę patrzeć, a na myśl o jego konsumpcji, jelita krzyżują mi się w iksy.

Ryby mi jeno zostały…
Myślę, że też do czasu… 

Nareszcie dotarło – podsumował Paweł, uśmiechając się raczej smutno.

Miauwa, dotarło. I to jak…

Jak znam życie, ryby zaraz też pójdą wek (mimo, iż nie mają rzęs) i będę się odżywiać wyłącznie kiełkami. :/