Rudolf… 4

Choruje mi no…
Trądzik, grzyb, zapalenie skóry…
Wrażliwy taki ostatnio, miauwa. 

Smaruję delikwenta maścią z antybiotykiem, tanno hermal lotio na gojenie i zniwelowanie świądu, podaję immunactiv balance dopyszcznie (uwielbia w roztworze)…
Martwię się, że stwór znów straci na wadze

A tymczasem…

Grzyb odpuścił. Skóra po rozdrapaniu się goi..

Oraz:

Pani Marto, Rudolf zaczyna wyglądać za dobrze. Do-rod-ny kocur…
Jednakowoż proszę przestać rumakować z karmą. Serio…

JUPIII!

Buhaje

Śnią mi się od dwóch nocy.
Ciekawe, co by na to Freud powiedział…

Za tydzień spotkam się w cztery oczy z buhajem. Przeszło tonowym.

Pani Marto, proszę koniecznie jak najszybciej wykupić ubezpieczenie NNW.

Eee, spoko.
Luzik w pełni.
Jestem jak wagon tybetańskich mnichów…
Jestem jak ten popularny kwiat lotosu na tafli jeziora… 
Jestem jak Chuck Norris… 

Miauwa.

(Uprzedzam, przez najbliższe tygodnie mogę być nieco monotematyczna.)

Gdy człowiek się rozluźnia…

Koty też wyluzowane, wiecie.
Chłopaki w Malborku, wiecie.
Jana na szkoleniu, wiecie. 

W związku ze związkiem wyluzowana mła postanawia sobie odpalić dobry horror na dobranoc i wyskakuje po popkorn…
I co robi mła w drodze powrotnej, wywijając radośnie torbą z popkornem?…
Pani w drugim rzędzie?…

Żle!
Nie, nie łamie nogi w kolanie. Nie, nie.

Pytanie było podchwytliwe, bo i odpowiedź prozaicznie prosta.

Otóż mła – dla odmiany – gubi klucze od mieszkania.
Przecież to oczywiste! 

A kto mieszka najbliżej i zaposiada zapas kluczy do mojego królestwa?…
Zaspana Ola uratowała mi żywot.

Dzięki, Ola.
I wybacz, tak?…

Prawie WETERYNIARZ

Rozpoczęłam niniejszym kształcenie zawodowe. 
Ciężka orka przede mną, bowiem – poczynając od teraz – nie będę miała żadnego łikendu wolnego przez dwa kolejne lata.
ŻADNEGO.

Uprasza się zatem o wyrozumiałość w związku z ewentualnym natężeniem utyskania na ciężki żywot przez ONĄ (znaczy przez mła).

Dziś w głowie wirują mi jeno komórki zwierzęce, chromosomy, tudzież tkanka łączna.
Jutro ciąg dalszy intensywnego prania mózgu (łącznie z wirowaniem).

Ekipa fajna.
Grono pedagogiczne git.
A personel sprzątający – MIODZIO. (Dowód załączam poniżej – zdjęcie z wc.)

Czuję, że będzie hardkor… 😉


 

Ten uczuć… 5

… gdy jest wolna leniwa sobota, człowiek siedzi se z podartych gaciach i starej koszulce upapranej jajkiem, a w domu lekki chlew do ogarnięcia…

I wtedy do człowieka dzwoni znajoma, która nigdy jeszcze u człowieka nie była, z radosnym info, że będzie w Gdańsku za godzinę i chętnie by wpadła na kawę…

Otóż ten uczuć… BEZCENNY!

Natentychmiast odpaliłam motor w tyłku. Dostałam takiego speeda, że pan Kubica mógłby mi buty czyścić, moi drodzy.

Ogarnęłam pobojowisko.
Ale nadal jestem w amoku.
Energia mi się marnuje…

Posprzątać komuś?…

Smutno

Na wstępie wyjadę ze starym sucharem:

Na łożu śmierci leży 80-latek – kochany mąż, ojciec i dziadek. Dookoła zebrana cała rodzina: żona, wszystkie dzieci, wnuki oraz kilkoro prawnucząt. Wszyscy w milczeniu wpatrują się w sufit, tudzież w podłogę, czekając na zbliżającą się chwilę…

Nagle ciszę przerywa dziadek i rzecze:

– Zdradzę wam swój największy sekret… Ja tak naprawdę nigdy nie chciałem się żenić i zakładać rodziny. Miałem wszystko: szybkie samochody, piękne kobiety, sporo przyjaciół i kasę na koncie. Ale pewnego wieczoru znajomy rzekł do mnie: „Ożeń się i załóż rodzinę, bo nie będzie ci miał kto podać szklanki wody, kiedy będzie ci się chciało pić na łożu śmierci.”  Od tego momentu słowa te nie dawały mi spokoju. Postanowiłem radykalnie zmienić swoje życie i ożenić się. Skończyły się wyskoki z kolegami na piwo. Teraz wyskakiwałem tylko do nocnego po gerberki dla was, dzieci moje. Wieczorne dyskoteki z dziewczynami zamieniły się w wieczorne oglądanie seriali z żoną… Pieniądze z konta zostały roztrwonione na fundusze inwestycyjne dla was, kochane dzieci. Swawolne dni sprzed małżeństwa odeszły jak wiatr… I teraz, kiedy leżę na łożu śmierci … Wiecie co?…

– Co? – Wszyscy wpatrują się w staruszka z wyczekiwaniem.

– Jakoś, kurwa, nie chce mi się pić!



Zaprawdę zaprawdę powiadam Wam, jeśli jeszcze choć raz, jeden, jedyny raz, jakaś… tfu… matka Polka od siedmiu boleści zasunie mi tekściorem o braku posiadania przeze mnie potomstwa, tudzież – o zgrozo – o braku najmniejszej ochoty posiadania takowego, albo nie daj Bóg wytknie mi egoizm, albo – co gorsza – wyjedzie mi z tą szklanką wody… Jak babcię kocham, lutnę bejsbolem w żuchwę i poprawię laczkiem (dla idealnej symetrii).

Albowiem poznałam kobietę, która całe życie poświęcała się dla innych, ma syna, który mieszka 500 metrów dalej, a aktualnie jest tak schorowana i cierpiąca, że nie ma już siły pomagać ludziom. Zatem pomaga zwierzętom… A sama – mówiąc kolokwialnie – zdycha z głodu.
Nie skarży się.
O nic nie prosi.
Ale pomocy potrzebuje.
I może liczyć jedynie na obcych.

Chętnie dotarłabym do owego syncia (tego od szklanki wody, przypominam)…
Chętnie zabrałabym wspomnianego bejsbola i laczek… A nawet dwa…
Tyle, że moja babcia zawsze mi powtarzała: Nie nauczysz, wnusiu, śledzia latać.
I tego się trzymam po dziś dzień.

Komuś tam na górze nie udała się starość.
Spartolił robotę po całości.

Diagnoza

Wysłuchałam wykładu na temat unerwienia kończyny górnej, a dokładnie leczenia nerwu łokciowego:

Widzisz, czasem się zdarza, że ktoś się zbyt mocno natrąbi i zaśnie przy stole z głową opartą na ręku, a łokciem przyciśniętym do stołu… Rano delikwent się budzi, a tu niespodzianka. Długotrwały ucisk na nerw powoduje jego czasowe uszkodzenie, więc frunie taki pijaczek do lekarza. Generalnie można poznać po oddechu, w czym tkwi problem pacjenta, więc przepisujemy mu jakieś witaminki, a po kilku dniach mamy w całym Trójmieście opinię cudotwórców.

🙂

Tadam!

Mamy zagrzybienie ogólne

Znaczy ma Rudolf, jako nosiciel.
Paweł ma na przedramieniu.
Ja mam na czole.
Piotr ma nie-powiem-gdzie. (Hyhy! 🙂 )
Jana zameldowała obecność na szyi.

Pozostałe koty ok.

Ale jest zamiauwiście! :))

Tym razem nie piszę, bo…

…miauwa, nie mam kiedy.

Szarutek miał dziś wyciągane gwoździe z łapy. Ewela pierze go właśnie w szarym mydle (ino nie wyrzyma). Z lecznicy wyszłyśmy dziś przed dwudziestą trzecią i – jak mamę kocham – niedobrze mi ze zmęczenia.

(Zeszło nam, bo równocześnie trzymałam za rękę płaczącą panią, która przyprowadziła starszawą suczkę owczarka niemieckiego z galopującym ropomaciczem. Operacja trwała półtorej godziny, a psia macica była chyba największą psią macicą, jaką w życiu widziałam. Cholera jasna, ludzie, sterylizujcie suki i kocice – to dla ich bezpieczeństwa i zdrowia! A Wasz spokój i mniej nerwów.)

Czeka mnie jutro łapanka kocura z chorym okiem i kotki z miesięcznym miotem – wszystkie kociaki zagrzybione… 😦 Kotka nadczujna – łatwo nie będzie…

Pozostając w jakże uroczym temacie grzyba – mój Rudolf ma znowu problem. Fungiderm daje radę punktowo, ale dziś znalazłam nowe ognisko – na kocie i na Pawle. Paweł – pal sześć – wyliże się, zaś kotu trzeba odstawić Fungiderm i dać lek dopyszcznie. 

Miauwa mać, mam dość. Naprawdę.
Wszystko mi opada – ręce, nogi i cycki.

Acha, Lara stwierdziła, że się nudzę, i dostała sraczki. Galopującej. Wypalającej nozdrza i oczodoły. Moje.

Niech mnie ktoś przytuli! 

Mały duży sukces

Miałyśmy dziś jechać z Szarusiem na wyjęcie gwoździ. Ale dochtore przedłużył sobie urlop o tydzień. 
Bezczelny. 

– Krówa no! Nie wyciągamy zatem – oświadczyła mi przez telefon Ewela. – Krówa… Antybiotyk dziś przestaje działać. Krówa… Łapa mu się rozbabrze… Jedziemy tylko na zastrzyk, ok?
– Ok – kiwnęłam łbem.

Potem przemyślałam.

– Ewela, doktora niet… Po kiego diabła będziemy kota tam wieźć i stresować? Pojadę po robocie po strzykawę z lekiem.
– A kto go poda?
– No jak to, kto? Ja!

Pojechałam.
Wydawkowano mi convenię w strzykawce.

– Momento – poprosiłam. – Skoczę tylko do spożywczego po lodówkę.

(Convenię przechowuje się i przewozi w temperaturze minusowej, jak surowicę.)

Wróciłam po lek…
– Voila! Proszę pakować – poprosiłam, biorąc strzykawkę w dwa ognie.
Została opatulona dwiema mrożonkami – zielonym groszkiem i żółtą fasolką szparagową. 🙂

Dowiozłam.

Po krótkiej naradzie u Eweli Szaruś został spacyfikowany szeleczkami i miziankiem onej, a dupsztal wystawiony do akcji.
Iniekcja została wykonana szybko, sprawnie i bezboleśnie.

Nie no… 
Trochę oszukuję…
Bo…
Spociłam się ze stresu jak mysz.

To nie był mój pierwszy zastrzyk. Serwowałam je Maniutkowi i Majkelowi…
Trzeba było, żeby ograniczyć stres związany z wizytą chorych kotów w lecznicy.
Po prostu musiałam się nauczyć.

Tym razem to był mój pierwszy zastrzyk zaaplikowany dzikiemu kotu.
Poszło błyskawicznie i – pochwalę się dodatkowo, a co – z zamiauwistą rutynką. 

Gratulować!
Ale już!
🙂