Na wstępie wyjadę ze starym sucharem:
Na łożu śmierci leży 80-latek – kochany mąż, ojciec i dziadek. Dookoła zebrana cała rodzina: żona, wszystkie dzieci, wnuki oraz kilkoro prawnucząt. Wszyscy w milczeniu wpatrują się w sufit, tudzież w podłogę, czekając na zbliżającą się chwilę…
Nagle ciszę przerywa dziadek i rzecze:
– Zdradzę wam swój największy sekret… Ja tak naprawdę nigdy nie chciałem się żenić i zakładać rodziny. Miałem wszystko: szybkie samochody, piękne kobiety, sporo przyjaciół i kasę na koncie. Ale pewnego wieczoru znajomy rzekł do mnie: „Ożeń się i załóż rodzinę, bo nie będzie ci miał kto podać szklanki wody, kiedy będzie ci się chciało pić na łożu śmierci.” Od tego momentu słowa te nie dawały mi spokoju. Postanowiłem radykalnie zmienić swoje życie i ożenić się. Skończyły się wyskoki z kolegami na piwo. Teraz wyskakiwałem tylko do nocnego po gerberki dla was, dzieci moje. Wieczorne dyskoteki z dziewczynami zamieniły się w wieczorne oglądanie seriali z żoną… Pieniądze z konta zostały roztrwonione na fundusze inwestycyjne dla was, kochane dzieci. Swawolne dni sprzed małżeństwa odeszły jak wiatr… I teraz, kiedy leżę na łożu śmierci … Wiecie co?…
– Co? – Wszyscy wpatrują się w staruszka z wyczekiwaniem.
– Jakoś, kurwa, nie chce mi się pić!
…
Zaprawdę zaprawdę powiadam Wam, jeśli jeszcze choć raz, jeden, jedyny raz, jakaś… tfu… matka Polka od siedmiu boleści zasunie mi tekściorem o braku posiadania przeze mnie potomstwa, tudzież – o zgrozo – o braku najmniejszej ochoty posiadania takowego, albo nie daj Bóg wytknie mi egoizm, albo – co gorsza – wyjedzie mi z tą szklanką wody… Jak babcię kocham, lutnę bejsbolem w żuchwę i poprawię laczkiem (dla idealnej symetrii).
Albowiem poznałam kobietę, która całe życie poświęcała się dla innych, ma syna, który mieszka 500 metrów dalej, a aktualnie jest tak schorowana i cierpiąca, że nie ma już siły pomagać ludziom. Zatem pomaga zwierzętom… A sama – mówiąc kolokwialnie – zdycha z głodu.
Nie skarży się.
O nic nie prosi.
Ale pomocy potrzebuje.
I może liczyć jedynie na obcych.
Chętnie dotarłabym do owego syncia (tego od szklanki wody, przypominam)…
Chętnie zabrałabym wspomnianego bejsbola i laczek… A nawet dwa…
Tyle, że moja babcia zawsze mi powtarzała: Nie nauczysz, wnusiu, śledzia latać.
I tego się trzymam po dziś dzień.
Komuś tam na górze nie udała się starość.
Spartolił robotę po całości.