Nie dalej jak parę dni temu zabrałam z ulicy martwą kotkę potrąconą przez samochód. Wypadek miał miejsce dosłownie parę minut wstecz, ciało było jeszcze ciepłe… Stwierdziłam zgon na miejscu, sprawdzając reakcję źrenic na światło. A raczej jej brak.
Odwiozłam małą do lecznicy…
Dziś, ruszając do pracy, miałam powtórkę. Z tą różnicą, że kot leżał w kałuży krwi, cierpiał i straszne płakał.
A wiecie, co jest najbardziej przerażające? Samochody obok niego przejeżdżały, ludzie przechodzili i nikt, kompletnie NIKT nie zwrócił uwagi na fakt, że tuż przy chodniku umiera w wielkim bólu zwierzę…
Zapakowałam go w kocyk i zawiozłam do lecznicy. Jechałam jakieś trzydzieści na godzinę, bo przy najmniejszym wyboju odczuwał ogromny ból i niewyobrażalnie krzyczał…
Na miejscu zrobiłam dla niego to, co mogłam – poprosiłam o szybkie skrócenie agonii i bólu…
Do pracy dotarłam spóźniona półtorej godziny.
Zadzwoniłam do znajomej, podobnie jak ja wrażliwej na krzywdę zwierząt. Wygadać się, wyżalić, wyrzucić z siebie to kolejne okropne doświadczenie…
Usłyszałam: Jak mogłaś?! Trzeba było walczyć! Może miał tylko połamaną szczękę! Jak mogłaś ot tak po prostu wydać wyrok śmierci?!
…
Dalsza część wpisu tylko dla ludzi mniej wrażliwych, o mocnym nerwach…
…
Kocurek krwawił z każdego otworu w ciele. Ułożenie ciała świadczyło o pogruchotanych kościach w obrębie łap i kręgosłupa. Zamiast pyszczka miał krwawą miazgę…
Gdy zasnął, odczułam ulgę. Że już nie cierpi, już nic nie boli, już nie trzeba miaukać o pomoc.
Reprymenda „koleżanki” wbiła mnie totalnie w glebę i wzbudziła we mnie ogromne poczucie winy.
I z tym poczuciem bardzo mi teraz źle. 😦