Czarnulek

Wspominałam już niejednokrotnie, że moja matka zawsze była zagorzałą psiarą, natomiast z kotami – ujmijmy to delikatnie – niekoniecznie było jej po drodze.
Zakochała się jednak w moim Rudolfie i odbiła jej lekka palemka.

Na drucie…
– Mój czarnulek kochany… Moje serduszko mruczące…
– Mamo, jesteś tam?
– Jestem. Czarny przyszedł właśnie i położył się kołami do góry. Muszę miąchać… O czym żeśmy mówiły?…
– O moim wyjeździe, mamo.
– Aaa, no tak. Czarnulek mój kochany, piękny…
– Mamo?…
– Posłuchaj, jak on fajnie gulgocze. Przyłożę słuchawkę… Tylko kiciaj do niego, to pogada…

Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że moja matka każe mi konwersować przez telefon z kotem, zarzuciłabym tej osobie, że albo ma źle dobrane leki, albo te, które bierze, zażywa bardzo nieregularnie…

Historycznie

Nie tylko u nas historia w szkołach była przekłamywana… Emenemsy kończyli tzw. szkołę podstawową w NRD-owskim Berlinie. Przekazywano tam wyłącznie prawdę wygodną. Propagandę.
Tak mieszali dzieciakom w głowach, że dzieciaki łykały. Bez popicia.

Emenemsy czują się niemcami (matka – pół-niemka, pół polka) stanowi rysę w życiorysie, ale nie aż tak niewygodną – są zadowoleni z polskich korzonków.

 

Dziś w pracy miałam w rękach akta sprawy… Polka (rocznik 1936) wytoczyła sprawę Niemcom – za straty moralne, materialne oraz uszczerbek na zdrowiu wskutek pobytu w Auschwitz.

– No bez przesady – odezwał się Piotr. – W obozie Auschwitz zginęło zaledwie kilkaset ludzi! Wskutek chorób zakaźnych.

Stanęłam w bezruchu jako ta żona Lota.
Zatkana.
Zdążyłam tylko wyksztusić: Milcz!

A następnie zaserwowałam im seans filmowy.
Lista Schindlera poszła na pierwszy ogień.

Piotr pod koniec wyszedł do łazienki…
Paweł dotrwał.

Obaj chwilowo nie rozmawiają za mną.
Zaniemówili po prostu.

Dociera, znaczy.

2016 rok, a oni nie wiedzieli.

Uwierzycie?…

Floriana rytm dnia

Godzina 3 nad ranem:
Flor usiłuje smalić cholewy do Iwy – zostaje osyczany, opluty i walnięty w cymbał.

Godzina 4 nad ranem:
Flor uderza w konkury do Ósemki – zostaje osyczany, opluty i walnięty w cymbał.

Godzina 5 nad ranem:
Flor dobiera się do Lary – zostaje osyczany, opluty i walnięty w cymbał.

Godzina 6 nad ranem:
Flor zaczepia dwa pozostałe kocury (desperacja?) – zostaje osyczany, a następnie olany, bez łapoczynów.

Jestem makabrycznie niewyspana i zła.
Floriusz za to śpi sobie w najlepsze już pół dnia.

Moja siostra wyczytała na jakichś portalach plotkarskich, że ostatnio celebrytki oszalały na punkcie klapek z futrem, ponoć sztucznym…
Chyba zostanę celebrytką.
Taką w klapkach z futrem.
Za to naturalnym.
Białym.



Bardzo zły dzień :(

Nie dalej jak parę dni temu zabrałam z ulicy martwą kotkę potrąconą przez samochód. Wypadek miał miejsce dosłownie parę minut wstecz, ciało było jeszcze ciepłe… Stwierdziłam zgon na miejscu, sprawdzając reakcję źrenic na światło. A raczej jej brak.
Odwiozłam małą do lecznicy…

Dziś, ruszając do pracy, miałam powtórkę. Z tą różnicą, że kot leżał w kałuży krwi, cierpiał i straszne płakał.
A wiecie, co jest najbardziej przerażające? Samochody obok niego przejeżdżały, ludzie przechodzili i nikt, kompletnie NIKT nie zwrócił uwagi na fakt, że tuż przy chodniku umiera w wielkim bólu zwierzę…

Zapakowałam go w kocyk i zawiozłam do lecznicy. Jechałam jakieś trzydzieści na godzinę, bo przy najmniejszym wyboju odczuwał ogromny ból i niewyobrażalnie krzyczał…
Na miejscu zrobiłam dla niego to, co mogłam – poprosiłam o szybkie skrócenie agonii i bólu…
Do pracy dotarłam spóźniona półtorej godziny.

Zadzwoniłam do znajomej, podobnie jak ja wrażliwej na krzywdę zwierząt. Wygadać się, wyżalić, wyrzucić z siebie to kolejne okropne doświadczenie…
Usłyszałam: Jak mogłaś?! Trzeba było walczyć! Może miał tylko połamaną szczękę! Jak mogłaś ot tak po prostu wydać wyrok śmierci?!

Dalsza część wpisu tylko dla ludzi mniej wrażliwych, o mocnym nerwach…

Kocurek krwawił z każdego otworu w ciele. Ułożenie ciała świadczyło o pogruchotanych kościach w obrębie łap i kręgosłupa. Zamiast pyszczka miał krwawą miazgę…
Gdy zasnął, odczułam ulgę. Że już nie cierpi, już nic nie boli, już nie trzeba miaukać o pomoc.
Reprymenda „koleżanki” wbiła mnie totalnie w glebę i wzbudziła we mnie ogromne poczucie winy.

I z tym poczuciem bardzo mi teraz źle. 😦

Dlaczego nie piszę… 6

Ano…
Jestem zagoniona jak koń po westernie.

A to Szarutek raczy sobie łapę rozlizać (w kołnierzu!) i trzeba wieźć drania do doktora na cito – łapa rozlizana to łapa ze stanem zapalnym.

A to z Pawłem trzeba spędzić trochę czasu sam na sam, popodziwiać, wyprzytulać i połechtać – facet niedopieszczony, to facet sfrustrowany (znajdzie se w końcu taką, co dopieści).

A to Rudolfowi wyskoczy coś na paszczy, więc się lata i leczy na macanego, a po trzecim podejściu wychodzi grzyb (no przecież od razu żem mówiła!) – Rudolf bez sezonowego grzyba nie byłby Rudolfem w najmniejszym calu.

A to trzeba z Janą się spotkać, poplotkować, ponarzekać, wina się napić i takie tam – zaniedbywana przyjaciółka to wkurzona przyjaciółka i w końcu też mnie rzuci.

A to wkurzyć Piotrka trzeba do białości – Piotr nie wkurzany przez czas dłuższy, narzeka na brak adrenaliny i marnieje (tyle, że nie zdaje sobie z tego sprawy).

– Piotruś, a może być się tak ogolił w końcu? – pytam nieśmiało, lustrując krytycznie jego kilkudniowy zarost. – Typ drwala z puszczy przestaje już być kul, dżezy i fanky. Serio. Pożyczyć ci maszynkę?
– Zamilcz, kobieto. Usiłuję dodać sobie trochę męskości.
– I co, pomaga?

Mistrzostwo taktu i wredoty level expert.

I tak o.

A co u Was?

Skrzyżowanie zaskrońca z padalcem to…?

Rozłożyliśmy się z grillem nad  stawkiem.
(Znaczy przy zbiorniku retencyjnym, ale umówmy się – dla mnie to staw i już.)
Usadowiliśmy się na kocykach, gdy nagle moja siostra złapała mnie kurczowo za ramię i zaskowytała:

-Wąż! Wąż!!!

Zerknęłam ciekawie. Faktycznie, po trawniku dość zwinnie popierniczała sobie mała jaszczurka bez nóg w poszukiwaniu cienia. Z racji małych rozmiarów bestii oraz jej ewidentnego braku zainteresowania nami jako potencjalnymi ofiarami, jakoś nie budziła mojego przerażenia i podeszłam bliżej celem dokonania klasyfikacji.
Po czym z pobłażliwym uśmiechem odwróciłam się do młodej, patrzącej nieufnie i oznajmiłam:

– Eee, siostra, to tylko zakalec…

Towarzystwo radośnie rżało piętnaście minut.
Widać nie stosują skrótów myślowych.
Pfff!

Zadano mi pytanie

Wyłapujesz bezdomne zwierzęta… Leczysz, pielęgnujesz, wozisz do weta… Nie śpisz po nocach.. Zastanawiasz się, jak się czują… Wydzwaniasz… Histeryzujesz… Te zwierzaki to ułameczek zaledwie z całej populacji cierpiących zwierząt na świecie. A świata nie zmienisz. Co to da? Warto?

Całego świata nie zmienię. Niestety.

Ale byłam w stanie zmienić świat Szarusia…

I Ósemki…

I Floriana…

I kilku innych zwierząt…

Dla nich świat stał się lepszy.
Dla nich było warto.

O edukacji słów kilka

Gdy byłam w podstawówce, wbijano mi do łba, że potem koniecznie muszę iść do liceum. Nic to, że liceum w zasadzie nie daje niczego poza możliwością przystąpienia do egzaminu maturalnego i jest tylko stadium larwalnym, to jest przejściówką pomiędzy szkołą podstawową a studiami wyższymi… Tylko liceum wchodziło w grę, bo w zawodówkach kończyły ostatnie miernoty, którym jakimś cudem, w bólach i mękach, udawało się ukończyć podstawówkę. Tak wtedy było.

Żałuję, że poddałam się presji. Bardzo żałuję. Ale jakąż to inną decyzję mógł podjąć mój wówczas czternastoletni mózg?…

Ukończyłam studia. Dwa kierunki.
Potem machnęłam dwie podyplomówki.
Znam trzy języki obce.
Powinnam aktualnie spijać śmietankę, realizować się zawodowo i czerpać korzyści wszelakie z satysfakcjonującej pracy.
Powinnam.
A gdzie teraz jestem?
W dupie, proszę Państwa.

Złożyłam zatem dziś papiery.
Od października się kształcę.
W szkole zawodowej.
Tak tak, moi mili. 😉

Zmiana planów…

Pani nie zaadoptuje Szarusia. Ewela się nie zgodziła…

Bo Ewela przemyślała sprawę…

Ewela ma trzy koty. Wszystkie po przejściach – wyleczone i odchuchane. I doszła do wniosku, że Szarusiem powinien się zająć ktoś z doświadczeniem.

Zatem jest klops.

Szarutek został dziś przeniesiony do Eweli. 

Na zawsze. 🙂

Wieści…

Szaruś dziś miał swój wielki dzień. Ale po kolei…

Połamańca trzeba było zawieźć do lecznicy o piętnastej i odebrać po liftingu – wieczorem. Podzieliłyśmy obowiązki. Urwałam się z roboty i dostarczyłam chłopaka. Ewela miała go odebrać.

– Nie wiem, czy grzebać w tej łapie – zadumał się wet. – Nie wiem, czy nie lepiej zostawić jak jest. To uraz sprzed jakichś dwóch tygodni. Zrośnie się, kot będzie utykał, ale noga się względnie zagoi…
– Panie doktorze… Widział pan zdjęcia? Widział pan. Zdajemy się na pana. Wierzę, że podejmie pan decyzję najlepszą z możliwych. Ufamy panu, tak?
– Oki doki.

Przez te trzy godziny oczekiwania na telefon od Eweli obgryzłam sobie paznokcie do łokci. Przysięgam!

I w końcu…

– Jadę z Szarusiem do domu. Morfologia ok. Biochemia ok. Czekamy na wyniki testów na fiv/felv/fip. Jajka poszły won. W łapie są dwie śruby. Operacja się udała. Była konieczna. Przemieszczona kość lada moment przebiłaby skórę… Jutro popołudniu kroplówka. Pracuję… Mogę cię prosić?
– Tak… Zawiozę go.
– Jakby co, ja za dwie godziny go odbiorę…
– Nie ma potrzeby. Posiedzę z nim… I przywiozę po…
– Serio?…
– …
– Tunia, jesteś?… Tunia?… Halo!

Poryczałam się właśnie, proszę Państwa.
Niniejszym rozmazałam się jak ostatnia mimoza.
Ze szczęścia.