Pierwsze problemiki

Ekipa budowlana mi się wycofała.
Całe trzech chłopa z kością.

Czy się wnerwiłam?
Oczywiście, że tak.

Czy się z owej złości poryczałam?
A juści.

Ale dziś jest nowy dzień.
Poprawiłam koronę, cyc do przodu i do dzieła.
Jestem w trakcie rozmów z trzema potencjalnymi wykonawcami stanu surowego otwartego.

Zdaję sobie doskonale sprawę, że to nie pierwszy mój wkurw związany z budową.
Ale to nie powód, żeby się spalać – dam radę. 😉

KTOŚ leje do wanny…

I nie jestem to ja.

Nie podejrzewam też Emenemsów (nawet Piotr by na to nie wpadł, na największej bani).

Właścicielka mieszkania – mimo że kociara – też nie wygląda na zaburzoną.

Moja ciotka, która wpadła wczoraj na herbatkę, również jakoś nie wzbudziła moich podejrzeń.
(Bywa dziwaczna, ale nie przesadzajmy.)

Pozostaje nam sześcioro podejrzanych, z których każdy ma motyw.

Z miejsca zbrodni postaram się relacjonować na bieżąco.

(Aż ujmę sprawcę tego haniebnego czynu.)

Przeprowadzka w skrócie

Kręgosłup generalnie rozpękł mi się na trzy podkręgosłupki.
Od dźwigania.

Zasadniczo nagromadziłam tyle śmieci przez te lata, że sama jestem wstrząśnięta, nie mieszana…

W trakcie przenosin nie byłam w stanie do końca się określić, co mi jest potrzebne, a co nie. Masa pierdół poszła do śmietnika. Część rzeczy nadal to czeka, ale w końcowej fazie przeprowadzki nie miałam już za bardzo czasu na weryfikację i pakowałam wszystko, jak leci.

Z kotami poszło średnio.
Miaukuny zapakowałam wprawdzie bez większych trudności, ale problem zaistniał przy Florianie i Ósemce.
Flor niniejszym w stresie zmasakrował transporter – trzeba było owinąć go taśmą dla bezpieczeństwa ( transporter, nie Flora).
Ósemka zaś wpadła w panikę.

(Ona do dziś pamięta pierwszą łapankę i co ją po niej spotkało… 😦 )

Osiem łapałyśmy z Margo na żywca. Miałam oczywiście pod ręką sedalin, ale – szczerze mówiąc – bałam się podać. Kotka jest nieduża i minimalne przekroczenie dawki leku mogłoby ją zabić. 😦
Owszem, durnie podeszłyśmy do tematu, bo łapałyśmy pannę bez żadnych rękawic, kocy, zabezpieczeń – ot, na żywioł. Ósemka była przerażona. 😦
Udało się, ale Margo aktualnie liże rany. 😦
Następnym razem będziemy mądrzejsze.

Margo liże rany fizyczne, ja psychiczne.
Koty powoli przystosowują się do nowego miejsca.
Mają już swój drapak, zatem poczuły dom.
Ja powoli też zaczynam go czuć.

Jest to lokum tymczasowe, ale jednak na parę miesięcy. 
Dwoję się i troję, rozpakowuję, mebluję, organizuję przestrzeń…

Czuję się tu dobrze.
Koty chyba też.

Będzie dobrze.

Prawda?…

Ten uczuć…

Kiedy pakujesz graty, ogarniasz kurze, podłogę zostawiając na koniec, bo i-tak-się-pobrudzi, a WTEM pojawia się szansa przetransportowania dywanów, a ty brniesz po kolana w kłakach i wtedy to właśnie twój odkurzacz dochodzi do wniosku, że AKURAT TERAZ, W TYM MOMENCIE sobie weźmie i zdechnie.

Fenkju. Gutnajt.

Mam

Otóż na dzień dzisiejszy bilans przedstawia się następująco:

  • Mam działkę. Dużą. Kupioną za okazyjną cenę.
  • Mam na owej działce prąd i kanalizację.
  • Mam przy drodze gaz i wodę.
  • Mam już warunki przyłączenia do gazu, a na wodę jeszcze czekam.
  • Mam projekt fajnego domu.
  • Mam czadowego architekta, który doradził mi, co mogę w projekcie zmienić, żeby zaoszczędzić.
  • Mam czadowego geodetę też.
  • Mam inspektora budowlanego za free, po starej znajomości.
  • Mam kierownika budowy – najlepszego z możliwych.
  • Mam elektryka, hydraulika i specjalistę od sanitarki.
  • Mam fajnych ludzi, którzy kupili moje mieszkanie i którzy zakochali się w nim od pierwszego wejrzenia.
  • Mam klucze do nowego mieszkania tymczasowego, w którym pobędziemy kilka miesięcy.
  • Mam w miarę spokojną głowę i przeświadczenie, że skoro tak fajnie się wszystko układa, to ułoży się do końca.

A przede wszystkim mam obok siebie cudownych ludzi, rodzinę i przyjaciół, bez których nie miałabym wszystkiego powyżej.

Dziękuję.

Dylemat mam…

Jak przeprowadzić Ósemkę?…

Jest dziczą nieobsługiwalną.
Śpi w łóżku. Przytula się. Daje się miziać.
Za dotknięcie brzucha i łapek dostaję reprymendę.
Nie ma mowy o wzięciu na ręce…

Miauwa, za parę dni akcja, a ja nie mam planu…

Padam na ryj

Znalazłam lokum do wynajęcia, chętne na sześć kotów (sic!).
Lokum owe znalazłam już wcześniej, ale właścicielka nie była mnie w stanie zapewnić w stu procentach, czy wynajmie…
– Sześć kotów, mówi pani?… Hm… Hmmm… Hmmmmm… A od kiedy? A na długo? Hm… Ale pani jest od Eweli, tak? No tak… Ona tu miała cztery. Plus piąty nasz Szarcio… Ej no, pani go łapała, dobrze pamiętam? Składałyście go do całości z kawałków… Ależ oczywiście, że pamiętam!

Nie sądziłam, że to mieszkanie jest tak duże. Myśmy z Ewelą przesiadywały tam głównie w kuchni – również dużej – bo tam była klatka naszego rekonwalescenta Szarusia…
Właścicielka wynajęła je za fajną cenę, na zasadzie: Pani sobie mieszka, ile pani chce.

Miauwa. 58 metrów, sierściuchy w swoim całym stresie przynajmniej mi na klaustrofobię nie padną.

 

Znalazłam działkę. Narożną. Dużą. Ładną. Trochę ponad 1500 metrów. W fajnym miejscu. Całkowicie uzbrojoną. Właściciele twardzi…
– Negocjacja? My mamy kredyt. Musimy spłacić. To miała być inwestycja. Mowy nie ma. Pierwotnie wystawiliśmy drożej. I tak już zjechaliśmy dużo. Cena jest ostateczna.
– Koszty notarialne mam. I archeologa. I równanie terenu. Lekkie, bo lekkie, ale zawsze. Dziewięć tysięcy?… 
– Nie no, nie ma takiej opcji. Dziewięć?!
– No dobra… Pięć…
– Ok. Cztery…
– Jesteśmy dogadani!

 

Umowa przedwstępna sprzedaży mieszkania…
– A czy pani te szafy mogłaby zostawić?…
(Yes!)
– A ten stół z krzesłami?…
(Yes!! Yes!!!)
– A ten otwierany blat przykręcony do ściany?…
(Yes! Yes!! Yes!!! I po trzykroć yes! Ileż to dla mnie mniej roboty i gratów do wynoszenia!)

Prę do przodu z siłą buldożera.
Ciąg dalszy wkrótce.
Szczegóły budowy również.
Ponieważ – jak w temacie. 😉