Szaruś

Łapałam kota wczoraj. Dzikusa szarego z bezwładną tylną łapą.
Pojechałam o osiemnastej, przygotowana na to, że kot będzie głodny (karmicielka obiecała, miauwa jej mać!) i pójdzie szybko.
Taaa…
Sześć godzin na tę cholerę dybałam! (Na kota, nie na karmicielkę.) Trzy razy do klatki podchodził i zwiewał. Przemokłam do kości, a zębami potrafię już wydzwonić Sonatę księżycową!
Emocje – miauwa – jak na rybach! 

Równo o północy nacisnęłam pilota i klatka-łapka zrobiła swoje.

Obejrzałam stwora… Młode toto, przerażone, chude, drobny pyszczek… Kicia jak nic.
Brak kawałka ucha… Znaczy po sterylce. Panna jak ta lala!

W lecznicy stwór dostał strzała. Potem drugiego. Twardziel znaczy.
Po drugiej dawce stwór padł.
Ułożyliśmy stwora na stole… A tam jaja jak złoto!
Dobrze, że nie dałam sobie wcześniej rąk uciąć, że to panna. Już bym rąk nie miała…
Nie dosyć, że podstępnie nażarty, to jeszcze oszust i transwestyta! 

Mamy paskudne złamanie z przemieszczeniem.
I diagnozę ortopedy.
Opcje są trzy:

– poskładanie kota na druty i śruby,
– zostawienie jak jest (bo wytwarza się tzw. staw rzekomy, łapka będzie krótsza nieco, ale w miarę sprawna),
– amputacja.

Ryzyko polega na tym, że próba ześrubowania łapy może skończyć się martwicą, co może w efekcie również skutkować amputacją.

Jutro konsultujemy z drugim specjalistą.

Proszę o kciuki za Szarusia, bo to naprawdę fajny kitek.
Półdziki. Jak Ósemka.
I ma takie mądre oczy…
Ulokowałam go w DT.
Nie syczy, nie drapie – wie, że chcemy mu pomóc.
Po leczeniu będę szukać cudakowi domu stałego.

I chcę uratować tę łapkę za wszelką cenę.

Tokio City

– Tunia, lecimy do Japonii. Pakuj się.
– Jak to lecimy do Japonii? Pogięło?
– Nikogo nie pogięło. Papiery załatwione. Lecimy. Na tydzień.
– Jak to na tydzień? A koty?!
– Borys z nimi pobędzie. Przeczeka kolejny przeciek dachu u siebie. Pomieszka tutaj, przytuli, dokarmi, wymieni żwir w szczalni, zatem szybciutko załatwiaj urlop w robocie. 

Ja miaukolę!
Lecę do Japonii!
Na tydzień!

Aaa! 

O wifi i blondynkach

Kiedyś, świeżo po przeprowadzce do nowego miejsca, nie miałam tu żadnych znajomych. Nikogo. Zero. Nul.

Miałam za to dmuchany materac, telewizor i laptop.

Gdy któregoś pięknego dnia zabrakło netu na kwaterze, a ja czekałam na ważnego maila w sprawie pracy, zapakowałam się wraz z laptopem do samochodu (jeszcze Felki mojej, kochanej, wysłużonej) i pojechałam na parking pod hotelem Heweliusz, gdzie mogłam liczyć na darmowe wifi.

Ulokowałam się wygodnie, odpaliłam kompa, radyjko i nawiew na maksa – lato było i upał okrutny.

Maila odebrałam, odpisałam, umówiłam się na spotkanie i – zadowolona z zaliczonej misji – zamknęłam laptopa i uruchomiłam silnik. Znaczy taki miałam zamiar… Felka zarzęziła, zakaszlała i stwierdziła: Sorry, stara, ale sił coś nie mam i raczej nie odpalę…

Wykręciłam do siostry. Jako że młoda wówczas była jeszcze przed etapem pieluch, prowadziła bujne życie towarzyskie i oczywiście nie usłyszała telefonu.

Wyszłam na parking. Obok mnie jakiś gość wsiadał właśnie do renówki.

– Przepraszam pana – zagaiłam uprzejmie. – Czy zna się pan na samochodach?
– Jako tako. A co się dzieje?
– Zainteresował się ochoczo.
– Bo wie pan… Auto mi nie chce zapalić… Gdyby pan mógł rzucić okiem i zasugerować, co się stało. Myślę, że to akumulator, ale muszę mieć pewność, dzwoniąc po pomoc…

Pan rzucił okiem, a jakże.

– Akumulator! – Wykrzyknął odkrywczo. – Ale wie pani co? On zapali. Tylko trzeba popchnąć…

Rozejrzeliśmy się i zauważyliśmy dwóch facetów, wychodzących z pobliskiego sklepu.

– Panowie! – Zawołał mój wybawca od renówki. – Trzeba panią popchnąć! Pomożecie?

Panowie okazali się pomocni i po chwili już trójka dzielnych samców turlała mój samochód, a ja dzielnie usiłowałam odpalić na dwójce.
I w tym momencie oddzwoniła moja siostra…
– Sorry, młoda. Nie mogę teraz. Trzech facetów popycha mnie pod Heweliuszem!
– Aaa… Hm… Hmm… Hmmm… Zajęta jesteś… To nie przeszkadzam…

No.
🙂

Tak mnie na retrospekcje naszło, bo jednej blondynce zabrakło paliwa przy naszym domu. No i Paweł ją holował. A Piotr manewrował jej samochodem.
Chciałam się zakładać, że Piotrek ma już numer telefonu blondynki, na bank.
– Przegrasz – ostrzegł mnie Paweł lojalnie. – On nie lubi blondynek. Obaj nie lubimy blondynek.

Wybryki natury.
Albo co.
Nie wiem.

Ja tam lubię blondynki. 

Poszukiwania…

– Zobacz, jakie mieszkanie znalazłem! – Triumfalnie obwieszczono mi od progu. – Podejdź no, dziewczę, do płota i oglądaj.

Siadam. Oglądam.

– Zobacz… Dwupoziomowe… Ponad sto metrów… Na dole parkiet… Na górze wykładziny…
– Wykładziny? Pawełku, wykluczone. Sierściuchy czasem puszczają pawia, pamiętasz? Albo coś za nimi wyłazi z kuwety… Wykładziny noł łej.
– No to się zerwie i położy panele. Jaki problem? Popatrz, jaki balkon…
– A jakie ogrzewanie?
– Centralne, spoko. Są dwie łazienki. O tu. I tu. Popatrz, a tu masz garderobę. Czujesz to? Garderobę!
– Fajna. Jaka cena tego cuda?

(Słyszę cenę.)
– Ile?! Z Marsa dopiero wylądowałeś?!
– No co? Przecież tanio.
No właśnie. I w tym problem… Gdzieś jest haczyk… Ile wynosi czynsz?
– ?
O czynsz administracyjny pytam.
– Eee… Wiesz, jakoś nie zapytałem…

No właśnie…

Mężczyźni…
Nie mogę wyjść ze zdumienia, że ten gatunek jeszcze nie wyginął w drodze selekcji naturalnej… Serio serio.

(A ten czynsz ustalę, bo chata faktycznie cudna… Do odmalowania, wymagająca drobnych poprawek, ale cudna… A cena taka, że spłaciłabym zaległe długi i jeszcze na jakieś oszczędności bym się załapała. Miauwa no.)

Babcia

Moja świętej pamięci babcia chorowała długo i bezobjawowo. Tak właśnie.
Umierała dzień po dniu, zamęczając najbliższą rodzinę owym umieraniem i – mogę się założyć – miała z tego niezłą frajdę.

Jej córki (siostry mojego ojca) zadręczały się owego każdego dnia. Niepotrzebnie. Babcia tak miała i należało wyluzować się w tej kwestii.

My – młode pokolenie znaczy – staraliśmy się przyjąć fakt umierania naszej babci na klatę i nieco ulżyć nieszczęsnym ciotkom.

Scenka pierwsza:
– Czuję, że jutrzejszego dnia nie dożyję – jęknęła babcia.
– Babcia, to ty się myj – poprosiła moja siostra dość stanowczo. – Ty się dokładnie myj, a ja dzwonię po księdza!

Scenka druga:
– Michaś, dziecko – sapnęła babcia do mojego brata. – Czy tę płytę z grobu dziadka to da się ściągnąć?
– A po co, babciu? – Wzruszył ramionami wnuczek.
– Bo ja, synuś, czuję, że jutrzejszego dnia nie dożyję… I chciałabym spocząć z dziadkiem…
– A kto babcię tam będzie wlókł?
– Obruszył się z mega empatią. – Zakopiemy babcię w ogrodzie pod orzechem! Obok Miśka, Kai, Hery i Czopera!*

(* Psy babcine, które kolejno schodziły z tego łez padołu w jesieni wieku swojego.)

Scenka trzecia:
– Tuniu, skarbie – westchnęła babcia. – Ja jutra nie dożyję…
– Babciu… Babcia tak często nie umiera, ja bardzo proszę
– westchnęłam z kolei ja. – Bo gdy babcia w końcu faktycznie umrze, to nie zauważymy.

Uprzedzam ewentualne hejty: bardzo ją kochaliśmy, a dystans i humorystyczne podejście do jej umierania było jedynym sposobem, aby nasza babcia choć na chwilę wybiła sobie z głowy zejście śmiertelne.

Odeszła dwadzieścia lat później.

Czemu o tym opowiadam?
Ano rzecz się ma podobnie z tym blogiem.
Zarzekam się, że usunę, bo już czas, bo mi się nudzi, bo nie mam tematów, bo coraz rzadziej ktoś go odwiedza…
Ale lubię go. W sumie.
I – jak znam życie – ten blog któregoś dnia zniknie nagle. Bez marudzenia, bez uprzedzenia i bez przeprosin…
Tak jak moja babcia.

Widać geny to potęga. 😉

Pytanko delikatne

Czy ktoś ma mnie jeszcze ochotę odwiedzić na starych śmieciach?
Jeśli tak, to ciepło zapraszam, bowiem ostatnia szansa jest.

(Wiem, gadam jak mistrz Yoda…)

Zamierzam sprzedać moje ukochane mieszkanko.
Mam nadzieję, że będzie dobrze traktowane i nikt go nie będzie kopał po ścianach.

Ani po suficie.
Chlip. 😦 

Flor u weta bram

Glut u nozdrza Floriana wymagał interwencji.
Zatem zapakowałam onego do transportera (całego Flora, nie gluta jeno), władowałam do samochodu, jedziemy… 
Cisza… Cisza do Flora niepodobna. Zerknęłam raz i drugi – kot żyje i paczy. W ciszy.

W lecznicy uprzedziłam, żeby aniołkowaty wygląd Floriana nikogo nie zwiódł. Że to bullterier czystej krwi. Nieważne, że nie wygląda. Ważne, jakie ma ambicje.

Flor został zbadany palpacyjnie. Następnie osłuchany. W końcu – co tygrysy lubią najbardziej – przyjął termometr na klatę (niekoniecznie była to klata, ale nie czepiajmy się szczegółów).
Wszystko to nadal w kompletnej ciszy… Absolutne zero Florowego ŁAŁ! Nic.

Dostaliśmy tablety i syropek.
Wróciliśmy do domu.
Otworzyłam  transporter…
Flor powoli wyszedł, lekko się zataczając…
Nieco zaniepokojona, złapałam kota i mocno przytuliłam.
ŁAAAŁ! – Radośnie zaświdrowało mi w końcu w uszach i poczułam szorstki jęzor na policzku.
Spojrzałam…
I zobaczyłam długie mokre ślady pod oczami.
Płakał w transporterze…
Myślał, że go tam zostawię!
Boże…

Jest kawałem cholery, to prawda.
Choć jest tym kawałem cholery nie bez powodu. 
I  w sumie  pokochałam tę jego cholerowatość. Wraz z resztą kota.
Ale nigdy, przenigdy nie pogłębiłabym jego stadium cholerowatości. 
Byłby wówczas zdolny do zniszczenia świata…

Trochę ciepło…

Czy tylko ja obudziłam się dziś w strefie międzyzwrotnikowej? Rozumiem lato, ciepełko, te sprawy, ale dzisiejszy dzień leciutko przesadził. Cholerne, miauwa, tropiki.

A w łóżku rano miałam kłębowisko futrzanych rogali oraz Janę.
Uprzejmie donoszę, że Jana śpi naprawdę pięknie, jak to Jana – na plecach, z kaskadą rozrzuconych na poduszce rudych włosów. Anioł.

Wczoraj zmusiła mnie tym swoim wzrokiem Jany do opowiedzenia tylu głupkowatych historii z mojego życia, że do teraz czuję przeponę. Orzekłyśmy zgodnie, że pierwszy gruby numer wycięłam już w dniu swoich narodzin. A potem było już tylko gorzej. Cóż, nikt nie jest doskonały, ne spa?

Chlałyśmy martini, jarałyśmy fajki i omawiałyśmy ważne życiowe kwestie. No dobra, głównie obgadywałyśmy facetów, wiadomo.

Zadzwonił mój brat i kazał mi powtarzać: I cóż, że ze Szwecji. Powtarzałam.
Było fajnie.

A teraz czekamy na Pawła.
I na burzę.
Kolejność dowolna.

Jestem, ale…

Nie jestem w stanie niczego fajnego napisać.
Chodzę zgaszona i zrezygnowana.
Źle sypiam.
Nasze międzynarodowe petycje nic nie dały…
Dwudziesty pierwszy wiek i nadal pozwala się na taki horror…

Miłośnicy zwierząt, będący na czasie, mnie rozumieją i wiedzą, o co chodzi…

Reszcie nie będę nic wyjaśniać. 
Będą spać spokojniej.
Normalnie.
Bez koszmarów.

Wyć mi się chce! 
Z bezsilności.
I z rozpaczy. 

U mnie wszystko w porządku

Czy wspominałam już, że jadę na gody?
Do mojej kuzynki jadę.
Nie chce mi się, jak jasna cholera, ale mama mnie poprosiła…
– W końcu to rodzina… Jest, jaka jest, ale rodzina. Nie traćcie kontaktu z rodziną…

Kiedyś owa kuzynka zaprosiła mnie na swój ślub. Zaproszenie było imienne, nie uwzględniające osoby towarzyszącej, mimo iż kochana kuzynka wiedziała, że sama nie jestem…
– Jedź, proszę – zaskamlała standardowo wówczas moja matka. – Ona nie zrobiła tego złośliwie. Ot, prosty człowiek i nie wie, że to nietakt. Ale to w końcu rodzina…

Taaa, jasne.

Owszem, pojechałam. Złożyłam lodowate życzenia i wyjechałam, nie zaszczycając swoją obecnością wesela.

A teraz moja kuzyneczka przysłała mi kolejne zaproszenie. Na dwudziestolecie małżeństwa.
Tym razem zaproszenie opiewa na dwie osoby, zatem – przynajmniej częściowo – wyrobiła się dziewczyna. Może wyciąga wnioski. Choć daleka jestem od stwierdzenia, że odburaczowieje z wiekiem.

Jedziemy w sobotę.

Dobra…
Jak mam się ubrać?
Czy – biorąc pod uwagę mój nieco abstrakcyjny stosunek do osoby jubilatki – mogę wystąpić w satynowych czarnych spodniach i białej podkoszulce na ramiączkach z napisem NICE PUSSY? Bardzo ją lubię.

Proszę, proszę, proszę! Moja kuzynka znać trochę angielski. Proooooszę.

MOGĘ?