Dylematy Prawdziwego Mężczyzny

– Ech… – westchnął Prawdziwy Mężczyzna. – Czas tak galopuje… Nie ma teraz o czym pogadać z dziewczynami, bo mają w głowie selfie, iphony, hasztagi… Można je tylko przelecieć. I nie zarzucaj mi, że traktuję kobiety przedmiotowo…
– Traktujesz – niczym maczeta ucięłam brutalnie wywody Prawdziwego Mężczyzny. – Znam wiele mądrych, oczytanych, inteligentnych kobiet. Niestety, dwudziestek wśród nich nie uświadczysz. W każdym razie rzadko. Powinieneś po prostu nieco podnieść przedział wiekowy swojego targetu.
– Masz rację. Ale widzisz, ja po prostu nie mam szczęścia do kobiet – oświadczył Prawdziwy Mężczyzna (który w przeciągu ostatniego roku nawiązał tyle przygodnych relacji tete a tete, że na spisanie imion wybranek nie wystarczyłoby mi kartki A4). – Chociaż… Fajnie rozmawia mi się z sąsiadką…
– O!
– Jest emerytowaną nauczycielką, ma siedemdziesiąt sześć lat, tylko wiesz… Jakoś mnie nie pociąga…

Prawdziwi Mężczyźni mają w tych czasach przerąbane, mówię Wam.

(Jakakolwiek zbieżność cytowanych przeze mnie jęków i stęków Prawdziwego Mężczyzny z osobą Piotra jest absolutnie przypadkowa.)

Tylko dla mocnych żołądków…

Stwierdziłam u Ósemki malusi problemik.
Ósemka ma bogate życie wewnętrzne.
Znaczy Osiem ma tasiemca.
Czy jestem pewna?
Tak, jestem pewna.
Tasiemiec dał radę częściowo już mi się przedstawić. Jest całkiem przystojny.

Aaa!

Wdech. Wydech. Spoko.
Nie z takimi sprawami ciocia niutax sobie radziła, ne spa?

Osiem dostała Profender na kark i…

Waiting…

Następnego dnia, niczym wytrawny archeolog, uskuteczniłam dogłębną analizę zawartości kocich kuwet, uzbrojona w rękawiczki chirurgiczne, wykałaczki i bambusowe pałeczki do sushi… I NIC.

Zadzwoniłam zatem do wet:
Nic nie ma. No nic! Przeryłam wszystkie kuwety! Na pewno źle podałam lek. Matko święta… Ryć dalej?…

Wet:
Pani Marto, pani nie ryje. Profender zabija pasożyta w organizmie. I on nie zostaje wydalony… Koci organizm go trawi. Rozumie pani… Dodatkowe źródło białka…

Pani ro-zu-mie.
Niniejszym Państwa przeproszę grzecznie, bo muszę się udać na stronę…

Niedobrze mi!

Porannie

Dzwoni budzik…
Półprzytomna uruchamiam drzemkę i z powrotem zapadam w płytki sen…

Szuuu szuuu szuuu…

Co jest, cholera?…
Otwieram deliktanie jedno już częściowo rozespane oko…

Szuuu szuuu szuuu…

Iwa dorwała torebkę foliową i szaleje z nią w przedpokoju. Szuuu jest bardzo irytujące…

– Iwka, zostaw… – Kwękam żałośnie w półśnie.

Szuuu szuuu szuuu…

Ósemka, śpiąca u mojego boku, wstaje, przeciąga się leniwie i udaje się w miejsce akcji.
Tamże raz a dobitnie strzela Iwie z plaskacza w czoło.
Głęboko w tyle mając Iwowe zdębienie (Co to, miauwa, miało niby być, ke?), z godnością powraca w pielesze i kładzie się z powrotem, jak gdyby nigdy nic.

– Dzięki, Ósema… Piąteczka… – Mruczę błogo i ponownie zapadam w sen.

Mówię Wam, pingwinie (szczególnie takie znaleźne) są w dechę. 🙂

Dla równowagi w przyrodzie

Opowiastka o innym psie.
W tym samym kraju.
Kilka lat później.

Na ulicy widzę gościa z psem – białym w czarne łaty (albo czarnym w białe, któż to wie), wielkim, dostojnym i pięknym..

Facet nawołuje zwierza czule: C’mon doggie! C’mon honey! C’mon…!

Szybko układam sobie w myślach terefere w ingliszu, jakiż to bjutiful dog i jakież to niestworzone pokłady czułości we mnie drzemią, że muszę jego psa pogłaskać teraz, natychmiast, nał!

Zbliżam się nieśmiało…
– C’mon doggie!…

Otwieram usta, zamierzam zacząć się przymilać, już prawie…
I nagle słyszę…
– C’mon doggie… No idziesz, ty kurwo, czy nie?!

Piękna mowa ojczysta!
Na krańcu świata!
Alleluja! 
🙂 

Pewien pies, w pewnym kraju, pewnego dnia…

W krajach arabskich psy nie są zbyt mile widziane. Niestety, zgodnie z religią islamu, świnia i pies to zwierzęta nieczyste. Za to koty są poważane w dwójnasób. Tyle dobrego.

W bardziej liberalnych państwach arabskich, gdzie bytują obcokrajowcy ze swoimi psami, miejscowi nie robią z tego problemu. Ot, żyj i daj żyć innym.

Gdy wybuchła wojna nad Zatoką Perską, wiele psów uciekło, a część została porzuconych, gdy właścicieli z obcym obywatelstwem dla bezpieczeństwa przymusowo deportowano.
Owe psy stworzyły stada i starały się przetrwać, polując na pustynną faunę. Walcząc między sobą, stworzyły swoją wewnętrzną hierarchię. Zdziczały. I stały się niebezpieczne dla ludzi.
Zresztą rzadko podchodziły do skupisk homo sapiens. To mądre zwierzęta. Wiedziały, że człowiek to zło.

Wojna się skończyła. Ludzie zaczęli wracać, zasiedlając na nowo swoje opuszczone domy.
A psy… Pozostały na pustyni, obserwując ową reemigrację z bezpiecznej odległości.

Pewnego popołudnia kilkunastoletnia dziewczynka wyszła ze swojego domu i usiadła przy stoliku z książką. Dom ów bezpośrednio graniczył z pustynią. Było bezpiecznie. Przejechał rowerzysta, przeszedł beduin ze swoim wielbłądzim stadem, przejechał samochód, słońce zbliżało się do horyzontu…

I wtedy psie stado, w poszukiwaniu jedzenia, wyszło na łowy…

Jako że nowi osadnicy wciąż przybywali, hałas płoszył potencjalną zdobycz. Zatem stado podeszło niebezpiecznie blisko ludzkiego osiedla…
Na jego czele stał wielki pies rasy nieokreślonej. Wysoki, masywny, o maści kawy z mlekiem, cały w bliznach, nowych i tych już całkiem zagojonych… Samiec alfa po przejściach i wielu walkach o przetrwanie i prym w stadzie.

Zbliżył się do dziewczynki. Dzielił ich zaledwie metr.
Dziewczynka odłożyła książkę, wstała i bardzo powoli wyciągnęła do niego rękę…
– Piesiu piękny. No chodź, kochanie. No chodź. Pogłaszczę cię. Chodź, śliczny…

Pokryty starymi bliznami nos zmarszczył się natychmiast, psie wargi podniosły się ostrzegawczo, odkrywając ociekające śliną żółtobiałe zęby… Warczał…

– Dawno cię nikt nie głaskał, prawda? Chodź, kochanie… Piesiu… Nie bój się…

Pies ugiął łapy w stawach. Przyjął pozycję półleżącą. Spuścił głowę. Zbliżał się powoli w przykucu. Nadal warczał, choć jakby ciszej…
I nagle dziewczynka poczuła ciepły psi jęzor na nadgarstku…

– Malutki… – Już wyciągała drugą rękę, by dotknąć psiej głowy.

Psi ogon drgnął. Jakby chciał zamerdać… Dziąsła jakby lekko opadły na zęby… Wark jakby ucichł…

– Jezus Maria! Co ty robisz, dziecko! – Krzyknął ojciec dziewczynki z okna. – Nie ruszaj się! Już idę!

Pies warknął. Odskoczył.
Uciekł, chowając ogon pod siebie.
Obejrzał się.
Dwa razy.
I zniknął wraz ze swoim stadem.

Spędziłam długi łikend z Haną. Fajne spacery zaliczyłyśmy.
Psy są fajne.

Tą kilkunastoletnią dziewczynką byłam ja.
I wiem, że tamten pies nie zrobiłby mi krzywdy.
Żałuję, że byłam za mała, żeby mu pomóc, nakarmić, ukochać i dać dom.
Dałoby się.

On do dziś mi się śni…
Jak się na mnie ogląda…
Dwa razy…

To właśnie miłość

Swojego czasu ekipa, zajmująca się wykończeniem mojego mieszkania, zapewniała mnie i przysięgała na wszystkie świętości, że futryny mam drewniane. Moi mili, powiem tak… Jeśli to jest drewno, to ja jestem primabaleriną z teatru Balszoj. Rozumiemy się?

Równie świetnie wyłożyli mi cokół z kafli na balkonie, który to cokół stopniowo lądował w ogródku sąsiada. Tak z częstotliwością jednego kafla na miesiąc. Sąsiad miał niezły survival… I prawdziwy twardziel z niego – raczył poinformować mnie o fakcie w dniu zebrania z trawnika szczątków przedostatniego kafla (widocznie mu się już wówczas ulało).

Wracając do futryn… Lite drewno okazało się tekturą, a częstotliwość używania drzwi łazienkowych zrobiła swoje – zamek był już nieco wypaczony, a nieszczęsna futryna pęknięta i posklejana metodą „aby się trzymało”.
Ale dziś poległa…

Otóż w dowód sympatii i z chęci poprzekomarzania się (broń Boże ze złośliwości czy wyrachowania, tak niskie pobudki są mi całkowicie obce) wyrwałam Piotrkowi kluczyki od znienawidzonego przez resztę wszechświata Chrupa i zwiałam do łazienki, z zamiarem wyrzucenia rzeczonych kluczyków do kibla.
(Nie zrobiłabym tego, no co Wy! Hyhy…)

Piotr ruszył za mną niczym andaluzyjski el toro. Już prawie zamykałam za sobą drzwi, kiedy wyrwał mi klamkę z ręki… Razem z zamkiem… I kawałkiem mojej mega super wytrzymałej „drewnianej” futryny…
Normalnie love w czystej postaci.
(Jakoś wątpię, żeby porwał się na masakrowanie moich drzwi dla jakiejkolwiek kobiety. Ale dla Chrupa wszystko! )

Piotr ma focha. Ale w grobowym milczeniu doprowadzili mi futrynę i zamek do jako takiej używalności.
A ja odczuwam lekki niedosyt. Takie uczucie niespełnienia mną targa.
Bo nie wiem, kiedy jeszcze nadarzy mi się taka super okazja, żeby unieruchomić Chrupa na zawsze. Ku uldze gawiedzi. I sąsiadów. I połowy dzielnicy.
Miauwa.

Foch

Łikendzik. Słoneczko. W końcu święty spokój. Mieszkanie zrobione, sprzątnięte i wynajęte. Luz blues. No pięknie jest.
I ową ciężko wywalczoną harmonię zakłóca mężczyzna. Jak zawsze. W końcu po to oni są, ne spa?

Otóż wpada Paweł z miną kota srającego na puszczy, zalega na kanapie, odpala telewizornię i milczy wymownie.
– Co się stało? – pytam ja ci się ostrożnie.
– NIC!

Hm…
Wyraz oblicza mojego miłego jako żywo przypomina wyraz pyska kocura Rudolfa, który właśnie dostał biegunki i – poza podstępnym wepchnięciem mu do paszczy węgla – bezceremonialnie wyprano mu tyłek, odbierając mu tym samym resztki samczej godności.

– No przecież widzę – drążę. – Co jest?
– Powiedziałem: NIC.

Hmmm…

– Ok. Skoro nic, to może kawki ci zrobię, co?…A może coś zjesz?
– Takiego ci dziś ognistego smsa wysłałem, a ty NIC!
– Nie wytrzymuje.

Hmmmmm…
Łapię swój telefon. Przeglądam. Odebrane… Nieodebrane… No faktycznie: NIC.

Za to teraz Borys patrzy się na niego cosik podejrzliwie…
Obawiam się, że ich męska relacja już nigdy nie będzie taka sama…
Oj nie…

(Hihi. 🙂 )

Zrobiłam dziś coś bardzo głupiego…

Nie przyznam się. Noł łej!

Jestem idiotką.

Dodatkowo wysiadł mi aparat foto.

Masakra.

Tyle w skrócie.

Mam doła i celebruję go w zachwycie.

(Po kim jestem taka durna?… Jeszcze nie wiem. Ale zgłębiam temat i analizuję swoje drzewo genealogiczne. Jak nic zaplątał się tam jakiś debil. Nie ma innej opcji.)

Dziś dla odmiany na stacji Shell…

Wszyscy znamy panów ze stacji benzynowych, którzy molestują nas swoim nieśmiałym: „Pomóc zatankować?” Zdarzają się też tacy grubszego kalibru, pewniejsi siebie, ćwierkający na pół stacji: „To za ile nalać?” Czasem trafiamy też na gatunek level expert, który za wszelką cenę usiłuje nam wyrwać wąż z ręki: „Ja pomogę!”

Wszystkich grzecznie wysyłam na drzewo. Zazwyczaj słodkie „dziękuję, poradzę sobie” załatwia sprawę.

Dziś za to trafił mi się prawdziwy kosmita…

Podjeżdżam ci ja na stacyjkę, otwieram bak, sięgam po pistolecik, tankuję.
Podchodzi pan usłużny i niniejszym wbija mnie w glebę: Sama pani skończy?…
Sztywnieję.
Mierzę gościa bardzo zimnym spojrzeniem.
Wycedzam w końcu: Wie pan… Kobietę poznać nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy…
Pan, wycofując się w popłochu kurcgalopkiem: Eee… Yyy… Ok.

(Jana stwierdziła, iż powinnam dodać, że zawsze sama kończę, bo ci dzisiejsi mężczyźni to jacyś tacy… Ale – umówmy się – Jana jest bardzo wredna, a ja tylko troszeczkę. 😉 )