W krajach arabskich psy nie są zbyt mile widziane. Niestety, zgodnie z religią islamu, świnia i pies to zwierzęta nieczyste. Za to koty są poważane w dwójnasób. Tyle dobrego.
W bardziej liberalnych państwach arabskich, gdzie bytują obcokrajowcy ze swoimi psami, miejscowi nie robią z tego problemu. Ot, żyj i daj żyć innym.
Gdy wybuchła wojna nad Zatoką Perską, wiele psów uciekło, a część została porzuconych, gdy właścicieli z obcym obywatelstwem dla bezpieczeństwa przymusowo deportowano.
Owe psy stworzyły stada i starały się przetrwać, polując na pustynną faunę. Walcząc między sobą, stworzyły swoją wewnętrzną hierarchię. Zdziczały. I stały się niebezpieczne dla ludzi.
Zresztą rzadko podchodziły do skupisk homo sapiens. To mądre zwierzęta. Wiedziały, że człowiek to zło.
Wojna się skończyła. Ludzie zaczęli wracać, zasiedlając na nowo swoje opuszczone domy.
A psy… Pozostały na pustyni, obserwując ową reemigrację z bezpiecznej odległości.
Pewnego popołudnia kilkunastoletnia dziewczynka wyszła ze swojego domu i usiadła przy stoliku z książką. Dom ów bezpośrednio graniczył z pustynią. Było bezpiecznie. Przejechał rowerzysta, przeszedł beduin ze swoim wielbłądzim stadem, przejechał samochód, słońce zbliżało się do horyzontu…
I wtedy psie stado, w poszukiwaniu jedzenia, wyszło na łowy…
Jako że nowi osadnicy wciąż przybywali, hałas płoszył potencjalną zdobycz. Zatem stado podeszło niebezpiecznie blisko ludzkiego osiedla…
Na jego czele stał wielki pies rasy nieokreślonej. Wysoki, masywny, o maści kawy z mlekiem, cały w bliznach, nowych i tych już całkiem zagojonych… Samiec alfa po przejściach i wielu walkach o przetrwanie i prym w stadzie.
Zbliżył się do dziewczynki. Dzielił ich zaledwie metr.
Dziewczynka odłożyła książkę, wstała i bardzo powoli wyciągnęła do niego rękę…
– Piesiu piękny. No chodź, kochanie. No chodź. Pogłaszczę cię. Chodź, śliczny…
Pokryty starymi bliznami nos zmarszczył się natychmiast, psie wargi podniosły się ostrzegawczo, odkrywając ociekające śliną żółtobiałe zęby… Warczał…
– Dawno cię nikt nie głaskał, prawda? Chodź, kochanie… Piesiu… Nie bój się…
Pies ugiął łapy w stawach. Przyjął pozycję półleżącą. Spuścił głowę. Zbliżał się powoli w przykucu. Nadal warczał, choć jakby ciszej…
I nagle dziewczynka poczuła ciepły psi jęzor na nadgarstku…
– Malutki… – Już wyciągała drugą rękę, by dotknąć psiej głowy.
Psi ogon drgnął. Jakby chciał zamerdać… Dziąsła jakby lekko opadły na zęby… Wark jakby ucichł…
– Jezus Maria! Co ty robisz, dziecko! – Krzyknął ojciec dziewczynki z okna. – Nie ruszaj się! Już idę!
Pies warknął. Odskoczył.
Uciekł, chowając ogon pod siebie.
Obejrzał się.
Dwa razy.
I zniknął wraz ze swoim stadem.
…
Spędziłam długi łikend z Haną. Fajne spacery zaliczyłyśmy.
Psy są fajne.
Tą kilkunastoletnią dziewczynką byłam ja.
I wiem, że tamten pies nie zrobiłby mi krzywdy.
Żałuję, że byłam za mała, żeby mu pomóc, nakarmić, ukochać i dać dom.
Dałoby się.
On do dziś mi się śni…
Jak się na mnie ogląda…
Dwa razy…