Tymczasem w Biedronce…

Stoimy przy kasie. Pani kasjerka nabija poszczególne produkty, za nami ludzie rozkładają się na taśmie z zakupami. Zbliża się kolejny pan z koszyczkiem…

– Czy ktoś może otworzyć jeszcze jedną kasę?! Nie widzicie, ilu jest klientów?! No skandal! – I tak dalej, w ten sam deseń.

Pojawia się drugi kasjer.

– W końcu! – Krzyczy pan z koszyczkiem, wznosząc dłoń w iście teatralnym geście, którego sama Modrzejewska by się nie powstydziła. – No ileż można czekać!
– Ależ, proszę pana – skonsternowany kasjer delikatnie przerywa monolog. – Przed panem są raptem dwie osoby…
– Ale ile towaru na taśmie! – Bulgocze pan z koszyczkiem.
– Zapraszam do kasy numer trzy – odpowiada kasjer zrezygnowanym tonem.

– Faktycznie, to skandal – wtrąca niniejszym Paweł, mierząc pana z koszyczkiem pełnym zrozumienia wzrokiem. – Skandal, że nie macie tu kasy dla vipów.

Chwila ciszy… A następnie salwa śmiechu, jakim wybucha naród, niemal wyrzuca szyby z witryn. :))

Kurtyna.

Marzy mi się stop klatka

Jakoś tak wyszło, że z dalszą rodziną spotykam się ostatnio wyłącznie na pogrzebach. Życie gna niczym mustang z adhd i nie znajdujemy dla siebie chwili czasu.

Zobaczyłam się po latach z byłą żoną mojego brata. Była z synami.
Starszego bratanka pamiętam siedzącego w ogromniastym pampersie, zaplutego kaszką. Im bardziej był zapluty, tym bardziej szczęśliwy.
Dziś gość ma osiemnaście lat, metr dziewięćdziesiąt wzrostu i zarost.
Poznałam go tylko dlatego, iż jest chodzącą kopią swojego ojca.
Jezu…

Czuję się jak grzyb. :/

Zwykła kuchenka, a tyle frajdy dać może…

Nie ma mnie trochę, bo latam, fruwam, załatwiam…

Mieszkanie już zaklepane przez nowego najemcę, ale potrzebny jest remont kuchni i kupno pewnych sprzętów, których wymiana jest niezbędna. Zatem latam, fruwam, załatwiam głównie na olxie.

Jedziemy po wersalkę…

– Piotrek, przedzwoń proszę do tego gościa. Jest zapisany w moim telefonie pod hasłem „kanapa”.

Piotr chwyta moją komórkę, przystępuje do wyszukiwania kontaktu i…

– Paweł, staryyyy! Ty uważaj, bo to strasznie rozwiązła kobieta jest! Wiesz, jak ma tu facetów pozapisywanych? „Kanapa”, „lodówka”, „ława”, „kabina prysznicowa”… Ja cię… Niezły kamuflaż! Tunia, ja już nawet rozpracowałem twój algorytm nadawania tych zaszyfrowanych nazw! Ha! Nie wiedziałem że masz taką fantazję! Czekaj, czekaj.. „Kuchenka gazowa”… Nie no, kochana… – Otrzymuję w tym momencie spojrzenie pełne szczerego uznania. – Figlować na kuchence gazowej to nawet ja bym się bał…Wielkie szapoba!

Idiota!

🙂

Refleksja taka…

Najemcy mieszkania, którym się opiekuję, niniejszym opuścili lokal.

Tadam!

Nie przestaje mnie zadziwiać umiłowanie naszego narodu do mieszkania w syfie. Ale ok, jeśli ktoś lubi, cóż… Zadziwia mnie za to uporczywy nawyk zostawiania owego syfu właścicielowi.

(Zaznaczam: nie jestem pedantką. Ba! Jestem bałaganiarą, jakich mało, i każdy mój znajomy to potwierdzi. Pfff!)

Mamy za sobą prawdziwy survival.
Uzbrojeni po zęby w ściery, szczoty, detergenty wszelakie i gumowe rękawice do łokci, pół dnia doprowadzaliśmy mieszkanie do stanu używalności.

(Szczota, szmata i frotera zrobią z ciebie bohatera!)

Nie będę mówić, ile druciaków zutylizowałam podczas dokopywania się do kuchenki.
Nie wspomnę o stanie muszli klozetowej, bo ktoś akurat może spożywać posiłek.
Nawet nie pisnę o tym, CO Janka znalazła za wersalką, bo do teraz mi niedobrze.
Brakowało tylko trupa w wersalce. Jego brakiem byłam szczerze rozczarowana.

Padam na pysk. :/

Rusztowanie

Takie właśnie cóś tkwi przy ścianie mojego bloku, ustawione do samego czwartego piętra, przy samym tarasie. Z racji faktu, że wszyscy jesteśmy zimnolubni, przy zamkniętym oknie spać się nie da. Zaś przed otwarciem lufcików na noc skutecznie powstrzymywały nas mroczne wizje tabunów chytrych przestępców, żądnych naszych portfeli…

A kto wie, mojej cnoty najpewniej też…
(Choć prawdopodobnie należałoby się bardziej martwić o Pawła, który zaposiada twarz cherubinka… Szczególnie, gdy śpi.)

Wczoraj zasiedliśmy do kolacji składającej się z wina, tortilli z kukurydzą, wina, ogórów kiszonych, wina, lazanii ze szpinakiem oraz wina.
Wszyscy ochoczo spożywaliśmy ową kolację, bowiem każdy z nas miał robala, który go trawił.
Piotr rozkminiał pozew rozwodowy, gdzie głównym powodem rozpadu podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina, była notoryczna kradzież kryształów dokonywana przez małżonka.
Paweł rozmyślał nad sposobem zatrzymania swoich osobistych bakterii, narażonych na śmierć, wskutek umycia się nosiciela przed zabiegiem – jałowo czysty, bez swoich bakterii, czuł się samotny i wszystko go swędziało.
Ja dochodziłam do siebie po kolejny po sprzątaniu chlewu po lokatorach w wynajmowanym mieszkaniu rodziców. Doszedł mi też problem z moim ojcem namba tu, który koniecznie chce mnie widzieć, a ja nie posiadam aktualnego paszportu.
I tak o.

W końcu Piotr wpadł na genialny pomysł w związku z ewentualnym najściem złodziei z rusztowania – założy pułapkę pod oknem! Precyzyjnie skonstruowana piramida z krzeseł i stolika, którą projektował z wypiekami na twarzy, chytrze zamaskowana i opleciona sznurkiem, przewleczonym przez klamkę okna i przeciwległą framugę, który po namyśle Piotruś przywiązał sobie jeszcze do nogi, dawała jako takie poczucie bezpieczeństwa i cała nasza rodzinka spokojnie zasnęła.

Jak łatwo się domyślić, w nocy obudził nas łomot potworny. Na tle księżycowej poświaty zobaczyliśmy przerażającą czarną postać, jęczącą dziwnie i macającą się po głowie.
Już chciałam atakować, niczym tygrysica, uzbrojona w lampę, ale wtem postać odezwała się zbolałym głosem Piotra: To ja, Tunia… yyy… chciałem do kibla i…

Oczywiście spania już nie było. Niewdzięczny brat onego zanosił się ze śmiechu całą noc, żadnego współczucia dla obolałego ciemienia Piotra nie okazując.
Na pocieszenie i aby osłodzić nieco gorycz porażki (choć uchachana niemożebnie), rano pochwaliłam: No, Piterro… Co jak co, ale pułapkę zrobiłeś świetną!

Komuś wina?… 😉

Poranki

Poranna rzeczywistość wygląda następująco:

5:55: Misiek, chyba komórka ci dzwoni (głos Pawła spod kołdry). Zatem lecę. Pomyłka. Wracam do łóżka.
6:04: Piotr: Achtung! Rudolf walnął pawia przy łazience!
6:08: Uzbrojona w ręcznik papierowy usuwam zagrożenie.
6:20: Paweł: Podejść mi tu do płota! Kawę wam zrobiłem!

Kawa.
Sprzątanie kuwet.
Papieros.
Uzupełnienie kocich misek.
Śniadanie.

6:45: Paweł: Misiek, to ja lecę! Cmok w usta. Trzask drzwi.
6:50: Piotr: Tunia, śmigam! Cmok w policzek. Trzask drzwi.
6:52: Paweł: Miauwa, zapomniałem telefonu! Tupot. Trzask drzwi.
6:54: Piotr: Miauwa, zapomniałem kluczy! Tupot. Trzask drzwi.

A potem…
Błoga cisza…
Spokój… 
Przeciągam się leniwie…
Dopijam kawę…
Smyram kota…
Patrzę na zegarek…
Miauwa! 

http://www.znowusiespoznilamdoroboty.blox.pl

No co ty! Ja?!

Takimi oto mniej więcej słowy przywitał mnie dziś wyraz pyszczydła Floriana.

Ja?! Że niby ja ganiam Ósemkę, stawiam się Iwie i molestuję Larę? Ależ proszę cię, tak? Mnie kocice nie interesują. Jestem ponadto. Mam swoje ważne sprawy i nie zajmuję się pierdołami. Nie rozpraszam się. Porządny kocur jestem. A tu takie oskarżenia. Pfff… – Wyrażały ni mniej, ni więcej święcie oburzone kocie oczy, a z rozdziawionego w zdumieniu pyska wystawał malowniczo świeżo zdobyty Larciny kołtun.

Chromolę!
Wypatroszę drania, a następnie przerobię na gulasz i kapcie!

(Faceci to samo zło. I tyczy się to każdego gatunku.)

Karma

Mam już siebie dość. Wszystko gubię. Gubię jak leci: karty płatnicze, klucze, dokumenty, portfel, rękawiczki, parasolki… Tak mam. Gdy dostanę nową kartę/klucze/rękawiczki/parasolkę* (* niepotrzebne skreślić), wiadomym jest, że zaraz je posieję w diabły. Jestem tak przewidywalna, że aż nudna.

Zgubiłam kolejne kluczyki. Tym razem od samochodu Pawła, do którego nie ma zapasu. I on tam został, ten biedny samochód, na parkingu, i nie było jak go ruszyć. Wizja rozbierania go na części, żeby dostać się do środka, dobiła mnie ostatecznie.

– A gdy zaparkowałaś i szłaś potem do sklepu, to czy ci te kluczyczki przypadkiem nie wypadły z rączeczki na uliczeczkę?  –  Zapytał Paweł retorycznie. – No właaaśnie…
– Nie wiem. Nie pamiętam. Nie jestem sobie w stanie odtworzyć. Tobie się nigdy nie zdarzyło?
– Nie.

Pogmerałam w odmętach pamięci… Faktycznie nie.

I to był jeden z momentów w moim życiu, kiedy chciałam umrzeć. Albo gorzej – pojechać do mamy.
Miauwa.

W podbramkowych sytuacjach, takich właśnie ja ta, zawsze mogę liczyć na Piotra. Zawsze.
Wsparł mnie i tym razem…

– O kurtka na wacie! – Ryknął zza laptopa. – Wiecie, ile kosztuje wymiana stacyjki?!

Wówczas postanowiłam ze sobą skończyć i poszłam do osiedlowego sklepu tzw. wielobranżowego po sznurek. A tam taka jedna miła pani poprosiła, żebym tego nie robiła, ponieważ ona ma te kluczyki, bo je zostawiłam na ladzie wczoraj, i że wszystko będzie dobrze, i że każdemu mogło się zdarzyć, i w ogóle.

– Pawełku, możesz się ze mną rozwieść. Nie będę miała żalu – oświadczyłam dramatycznie.
– Misiek, nie mogę się z tobą rozwieźć, bo nie mamy ślubu.
– Jeśli postanowisz się ze mną rozwieść bez ślubu, też nie będę miała żalu.
– Widzisz… Na logikę rzecz biorąc, jakby nie mam takiej możliwości. Bo, ponieważ nie mamy ślubu, nie mogę się z tobą rozwieść. Zatem, idąc dalej logicznym tokiem rozumowania, ponieważ nie mogę się z tobą rozwieść, jestem na ciebie jakby skazany. Cóż, taka karma…

Wszystko przez karmę zatem.
Ne spa? 😉

Wanna

No teraz żeśta pojechali w drugą stronę, no ja żesz miaukolę
Człowiek strzela se focha, szuka pretekstu, chce godnie się wymeldować, a Wy mi tu z grubej rury…

Ja naprawdę mam dosyć tego bloga. Nudzi mnie. Piszę tu wyłącznie o moich frustracjach i pmsach. 
Notki o kotach trochę ten blog ratują. Ale tylko trochę.
Chętnie popsioczyłabym też na moją robotę, okraszając opisy pikantnymi szczegółami, ale mi nie wolno… Miauwa

Narodził się kolejny pomysł na nowego bloga w tak zwanym międzyczasie:

http://www.zabilamgowkoncumiauwamac.blox.pl

Rzecz tyczy się Piotra. Normalnie, trzymajcie mję, bo nie wytrzymję.
Mam dokładny plan na usunięcie tej kreatury z naszego łez padołu.
Ok, to mój przyjaciel, przyznaję. Ale każda przyjaźń ma swoje granice.
I kiedyś się kończy.
Ne spa?

Jana zaoferowała się nawet z miejscówką w swoim prosektorium:
– Tunia, spoko! Henryka się trochę przesunie, Pitera upchnie się obok… Jak?… Jak to jak? Kolanem! Kochana, u mnie to nie pierwszyzna, wyluzuj! Zawsze dbam o to, żeby moim pacjentom było wygodnie i ciepło

Nie wiem, co na to Henryk, ale ja będę miała czas na zaplanowanie dalszej strategii, co zrobić z ciałem.
A może Piotrek będzie na tyle miły, że poczeka w lodóweczce, aż Wiktor-Czyściciel (syn mojej siostry) osiągnie wiek w miarę dojrzały?…
Jakby co – wannę mam. 

http://www.tajemnicemojejwanny.blox.pl

www

Jako że powoli dojrzewam do decyzji, żeby się stąd wynieść, rysuje mi się pewien plan.
Otóż powinnam założyć nowego bloga, o którym nikt nie będzie wiedzieć, aby tam spokojnie oddawać się histerii. Plan się rysuje, ale pomysłu na nazwę bloga, która najwierniej odda mój kryzys wieku średniego, głębię czarnej rozpaczy oraz stany depresyjno-maniakalne, BRAK.

Pewne koncepcje mam, owszem, ale nie mogę się zdecydować i miotam się jak wesz na grzebieniu…

O!

http://www.miotamsiejakwesznagrzebieniu.blox.pl

Ponieważ lepiej mi się myśli, jak coś robię, postanowiłam wyciągnąć na światło dzienne wiosenne odzienie wierzchnie. A wyciągnięcie czegokolwiek z tego burdelu, jaki mam w szafach, to prawdziwa orka, proszę mi wierzyć.

http://www.mamburdelwszafie.blox.pl

Znalazłam swoje ukochane dżinsy. Tęskniłam bardzo. I…
Rozegrał się dramat

– Paweł, jestem gruba! Powiedz mi, że nie jestem gruba!
– Nie jesteś gruba, misiek.
– No, ale popatrz… Jak tak usiądę, to mam tu fałdkę. O TU!
– Misiek, każdy, kto tak usiądzie, ma fałdkę O TU.
– Ale moje dżinsy… Miałam je na sobie, jak się poznaliśmy, pamiętasz? A teraz nie mogę się dopiąć!
– Bo jak się poznaliśmy, wyglądałaś jak niedożywiony chłopiec. Miałem ochotę dać ci kanapkę. A teraz wyglądasz jak prawdziwa kobieta. Apetyczna.
– O Boże!…

http://www.jestemgruba.blox.pl

Miauwa! Pieczywo won! Ziemniaki won! Piwo won!
Od prawdziwej, apetycznej kobiety już tylko mały kroczek do dorodnego spasionego walenia z niedoczynnością tarczycy, nadciśnieniem, jęczącymi stawami i permanentnym pmsem.
(„Mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Neil Armstrong.)

http://www.jestemnadiecie.blox.pl

Zatem lekko nie jest. Mam chandrę jeszcze większą, niż tydzień temu, i jestem całkowicie usprawiedliwiona.
(Czy na diecie można pić wino?)

http://www.zycieniejestrozamiuslane.blox.pl