Mam już siebie dość. Wszystko gubię. Gubię jak leci: karty płatnicze, klucze, dokumenty, portfel, rękawiczki, parasolki… Tak mam. Gdy dostanę nową kartę/klucze/rękawiczki/parasolkę* (* niepotrzebne skreślić), wiadomym jest, że zaraz je posieję w diabły. Jestem tak przewidywalna, że aż nudna.
Zgubiłam kolejne kluczyki. Tym razem od samochodu Pawła, do którego nie ma zapasu. I on tam został, ten biedny samochód, na parkingu, i nie było jak go ruszyć. Wizja rozbierania go na części, żeby dostać się do środka, dobiła mnie ostatecznie.
– A gdy zaparkowałaś i szłaś potem do sklepu, to czy ci te kluczyczki przypadkiem nie wypadły z rączeczki na uliczeczkę? – Zapytał Paweł retorycznie. – No właaaśnie…
– Nie wiem. Nie pamiętam. Nie jestem sobie w stanie odtworzyć. Tobie się nigdy nie zdarzyło?
– Nie.
Pogmerałam w odmętach pamięci… Faktycznie nie.
I to był jeden z momentów w moim życiu, kiedy chciałam umrzeć. Albo gorzej – pojechać do mamy.
Miauwa.
W podbramkowych sytuacjach, takich właśnie ja ta, zawsze mogę liczyć na Piotra. Zawsze.
Wsparł mnie i tym razem…
– O kurtka na wacie! – Ryknął zza laptopa. – Wiecie, ile kosztuje wymiana stacyjki?!
Wówczas postanowiłam ze sobą skończyć i poszłam do osiedlowego sklepu tzw. wielobranżowego po sznurek. A tam taka jedna miła pani poprosiła, żebym tego nie robiła, ponieważ ona ma te kluczyki, bo je zostawiłam na ladzie wczoraj, i że wszystko będzie dobrze, i że każdemu mogło się zdarzyć, i w ogóle.
– Pawełku, możesz się ze mną rozwieść. Nie będę miała żalu – oświadczyłam dramatycznie.
– Misiek, nie mogę się z tobą rozwieźć, bo nie mamy ślubu.
– Jeśli postanowisz się ze mną rozwieść bez ślubu, też nie będę miała żalu.
– Widzisz… Na logikę rzecz biorąc, jakby nie mam takiej możliwości. Bo, ponieważ nie mamy ślubu, nie mogę się z tobą rozwieść. Zatem, idąc dalej logicznym tokiem rozumowania, ponieważ nie mogę się z tobą rozwieść, jestem na ciebie jakby skazany. Cóż, taka karma…
Wszystko przez karmę zatem.
Ne spa? 😉