Miałam przygotowaną dużą notkę. Zamieściłam.
I wcięło.
Nie, nie miałam kopii zapasowej.
Tak, pieprzę to.
I tak straciłam cierpliwość i serce do tego bloga.
Skończy jak poprzednie.
Niestety.
Pozdrawiam.
Miałam przygotowaną dużą notkę. Zamieściłam.
I wcięło.
Nie, nie miałam kopii zapasowej.
Tak, pieprzę to.
I tak straciłam cierpliwość i serce do tego bloga.
Skończy jak poprzednie.
Niestety.
Pozdrawiam.
Weszła ekipa i skuła tynki. Instalacja elektryczna była położona na odwal się i nie rozumiem, jak można było nie patrzeć elektrykowi na ręce w trakcie roboty. Nie ogarniam, naprawdę. Faceci, miauwa.
Szczęście w nieszczęściu, że jacyś przytomni sąsiedzi w porę zadzwonili po straż. Bowiem rezydencja miała spore szanse zjarać się w całości do samych fundamentów.
Dziś specjalnie wzięłam urlop na okoliczność tych nieszczęsnych tynków, żeby nadzorować. Brałam też czynny udział w rozpierdusze, co by ciśnienie ze mnie zeszło. I przy okazji nasłuchałam się pięknej mowy ojczystej.
– Kierowniczko, tu w przedpokoju też by się przydało rozjebać.
– Skoro by się przydało, to rozjebujcie, panowie. Spoko.
I tak o.
Nadal mam lekkiego nerwa i nie pomógł nawet Pawłowy pasztecik z selera. Ani Piotrkowa zapiekanka ziemniaczana. Ani pół lodówki piwa. (Ledwo się drzwiczki domykają, jak pragnę zdrowia.)
A gdy jeszcze pomyślę, że kiedyś rozważałam powierzenie opiece Emenemsów Floriana, i że on akurat wtedy mógłby tam być… Jezu.
W ferworze walki prawie odcięłam sobie środkowy palec u lewej dłoni. Mój ulubiony. Trzyma się na ostatnich nerwikach, przysięgam.
– Misiek, może trzeba wynająć pijawki?… Wiesz, żeby krążenie przywrócić…
No proszę, miauwa, jak się co niektórym dowcip wyostrzył…
Jak wywalę z laczka w dziąsło, to nie będzie co zbierać.
Przysięgam.
Chcę do mamy.
Emenemsy wracają na mój mymłon.
W sensie pod mój dach.
(Uzupełniam informację, żeby niezdrowych spekulacji uniknąć.)
W związku ze zwarciem w instalacji elektrycznej, instalowanej od zera przez fachowców, zjarało im się pół kuchni wraz z większością salonu.
Spoko. Jest faktura – jest reklamacja.
Ewentualne negatywne rozpatrzenie reklamacji – jest pozew.
Ewentualny pozew – jest gigantyczne odszkodowanie.
Spoko.
Fajnie było, gdy przez miesiąc mieszkali u mnie dochtory wet.
Bez dwóch zdań.
Po ich wyjeździe za to mogłam kontynuować łażenie po domu w samych ino galotach.
Komfort? Bezsprzecznie. Choć nudno.
Aktualnie znowu galoty pójdą w odstawkę.
Nie chciałam nudy? No to mam.
Zaczynam się przyzwyczajać.
Emenemsy vs dochtory?…
Wolę dochtorów.
Nie przypierniczali się do pierdół i nie usiłowali mi dyktować, jak żyć.
(Mam nadzieję, że Paweł tego nie przeczyta.)
Pamiętacie klęskę żywiołową w postaci czerwonego dywanika?…
(Odsyłam do archiwum.)
Szczerze boję się o mój dach nad głową…
I o koty…
;))
Florian, nazywany przez Pawła Esem-Floresem, robi postępy. Wprawdzie wolniej mu to idzie, niż Ósemce, ale – umówmy się – zbitek chromosomów X i Y z zasady wolniej się ogarnia. Tak ten świat jest skonstruowany.
Flor już nie kuli się na widok ludzkiej dłoni nad swoją głową. Wprawdzie nie wali w nią ochoczo kocim baranem, ale już się nie cofa. Wie już, co nastąpi. Głaskanie.
I, gdy już głaskanie następuje, ochoczo odpala traktor i przymruża oczy z zadowolenia.
Przychodzi też w nocy do łóżka, czego wcześniej nie robił. Nie w smak to Ósemce, ułożonej wygodnie pod moją pachą, i wówczas załącza standby mode:off, przechodząc w tryb sycząca kobra mode:on (kot, nie pacha, ofkors!). Pokazuje też ostrzegawczo pazur. Flor na tryb kobry ma totalnie wylane, albowiem go nie słyszy, zatem kładzie się i zasypia. A zaraz po nim zasypia zrezygnowana Ósemka.
Mi też się czasem od Osiem dostaje. Ale wobec mnie ona stosuje kompletnie inny algorytm. Gdy moja ręka, w trakcie miziania Ósemkowego jestestwa, zapędzi się w zakazane rejony (brzuch), zostaję krótko acz treściwie ofuknięta, a następnie ostrzegawczo nadgryziona w palec. Przy czym Osiem gryzie mnie bardzo delikatnie, z wyczuciem. Taka, wiecie, wyrafinowana przemoc domowa, która nie zostawia śladów na ciele i umyśle.
Skomplikowane te moje dachowce. Miaukuny to przy nich kaszka z mleczkiem.
Serio serio.
I tamże odkryłam w sobie całkiem nowy talent.
Jest nim straszenie małych dziewczynek.
Nie mogę zdradzić szczegółów, bo mnie zamkną w więzieniu.
Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że niejaka mała Dorotka (z krainy Oz) była zachwycona.
Piotrek zresztą też.
Co prawda, umówmy się, Piotr nie jest małą dziewczynką, choć mentalnie… nie jestem pewna.
Macałam też krowę.
Krowa ma się dobrze.
Ja też.
Kocham ją bezgranicznie.
(W razie wątpliwości.)
SOBOTA…
Zajeżdżamy. Parkujemy na podjeździe. Tarabanimy się z samochodów.
Emenemsy z tobołami przodem, potem ja z Janką, na końcu Borys i Robert z dwoma psami…
– Chłopcy moi kochani! Ależ się stęskniłam!
– Mamo, tu jestem. To ja. Twoja córka. Rodzona. Halo!
NIEDZIELA…
Mamcia, po trzeciej butelce domowego wina z porzeczki, wyciągnęła album rodzinny…
– O, tu jest Tunia – obwieściła triumfalnie, pokazując palcem zdjęcie gołego niemowlaka na kocyku, z dupą na wierzchu. – Prawda, że była śliczna?
– Mamo, śliczna to ja byłam, nie przeczę – mruknęłam z zakłopotaniem. – Ale ja miałam włosy. A toto na zdjęciu jest łyse. Myślę, że to…
– Faktycznie! Zapomniałam. W takim razie to…
– To ja – mruknął mój brat tonem Wiktora Czyściciela. – To ja, mamo…
– Ale jaja! – Zachichotała moja rodzicielka.
No owszem, jaja jak się patrzy. Nie da się ukryć…
PONIEDZIAŁEK…
Wstaję o ósmej rano – mamunia biega z półlitrową butelką, rozsiewając aromat spirytusu przemysłowego…
– Muszę smarować, wiesz? Czuję, że mi się opryszczka robi. Muszę ją utegodzić w zarodku…
Pa-to-la, ne spa?
Miauwa, uwielbiam ją. 🙂
Borys jest pedantem. Lubi, gdy wszystko jest poukładane, posprzątane, ogarnięte do perfekcji… On prasuje nawet skarpetki…
I ostatnio wrócił z imprezy. Dość mocno nietrzeźwy.
Wkroczył do domostwa, zdjął z siebie ciuchy, złożył je w idealną kosteczkę, a następnie… włożył je do lodówki.
Wielkie LOVE. 🙂
Poznajcie Alicję.
Alicja ma 22 lata. Jest piękną dziewczyną z anielskimi blond loczkami, wielkimi niebieskimi oczami i promiennym uśmiechem.
Jest pełna energii, tryska zdrowiem, nie nadużywa alkoholu, nie pali papierosów…
Ma cudownych, kochających rodziców i fajnego, przystojnego chłopaka.
Świeżo obroniła pracę licencjacką.
Alicja właśnie rozpoczyna swoje dorosłe życie. Świat stoi przed nią otworem.
Któregoś dnia, zjeżdżając z górki, spada z roweru, zaliczając kilka sporych siniaków. W przychodni postanawiają zachowawczo zrobić Alicji prześwietlenie klatki piersiowej, aby wykluczyć złamanie żebra. Rentgen nie wykazuje złamań ani pęknięć kości. Widać za to coś innego…
Lekarz reaguje błyskawicznie. Alicja zostaje natychmiast poddana chemioterapii. Przy olbrzymim wsparciu rodziny, dzielnie walczy.
Przegrywa po sześciu miesiącach.
Z agresywnym nowotworem złośliwym płuc.
Pogrzeb odbył się dwa dni temu…
Alicja była pierworodną córką mojej znajomej. Wprawdzie nie jest to znajomość zażyła, ale bardzo dla mnie ważna. Kiedyś miałam moment w życiu, kiedy znalazłam się po pachy w gównie. A ona podała mi rękę i z tego gówna wyciągnęła. Bezinteresownie. Ot tak. Bo tak należało, jak stwierdziła potem.
A ja teraz pojęcia nie miałam, co ona aktualnie przeżywa… Nie zwierzała się. Nie wspomniała nawet słowem…
O śmierci Alicji dowiedziałam się dziś rano. To było jak uderzenie bokserską gruchą w twarz. Szok. Niedowierzanie. Chęć po sięgnięcie po telefon natychmiast, wybranie numeru i…
Co jej niby miałam powiedzieć? Że jest mi przykro? Żeby się trzymała? Że będzie dobrze?
Nigdy już, kurwa mać, nie będzie dobrze.
Wiem, jakie cierpienie niesie za sobą odejście ukochanego zwierzęcia. Tyle wiem.
Natomiast ogrom cierpienia, jaki odczuwa matka, chowająca własne dziecko, jest dla mnie niewyobrażalny i totalnie nie do ogarnięcia rozumem.
Pękłam dopiero po pracy. Wsiadłam do samochodu, oparłam głowę o kierownicę i rozpłakałam się.
I dochodzę do wniosku, że naprawdę nie warto w życiu się ograniczać. Nie warto stronić od przyjemności, tylko dlatego, że coś jest niezdrowe czy tuczące. Nie warto rezygnować z czegokolwiek. Lubisz piwo? Pij do woli. Lubisz zapalić fajkę? Pal do upojenia.
Bowiem życie jest niczym rosyjska ruletka. Śmierć nie sporządza sobie ankiet, nie prowadzi statystyk, nie ocenia, kto ma odejść teraz, a kto trochę później.
Śmierć po prostu rzuca monetą.
Musiałam pomóc siostrze i zabrać jej autko na przegląd, bowiem lada dzień autku kończy się ważność. Dosiadłam więc jej suzuki-pogoń za mną nie ma sensu-swifta i podjęłam heroiczną próbę dotarcia w godzinę na drugi koniec Trójmiasta, w czasie – jak to brzydko mówią – szczytowym na ulicach.
Stałam jak ta pipa w masakrycznym korku. Tempo ślimacze to jest sprint przy tym, co uprawiałam przez dobrą godzinę. Miauwa, myślałam, że z majtek wyjdę i stanę obok, pohukując niczym puszczyk z zespołem Tourette’a.
Po drodze zaczęła mi pikać na kokpicie jakaś lampka, czerwona i złowroga, ale ją lekkomyślnie zignorowałam.
Jechałam taka zamyślona, gdy nagle uwagę mą przykuły kłęby pary. Wraz z nimi malowniczo korespondowała lampka, pikająca jakby wścieklej, którą pospiesznie zidentyfikowałam jako wskaźnik temperatury silnika. Wspinając się na wyżyny inteligencji, połączyłam szybko oba fakty i wyszło mi niezbicie, że – ni mniej, ni więcej – silnik mi się zagrzał. A ja stoję sobie na lewym pasie, jako ta sardynka – z boku TIR, z przodu autobus, dookoła dżungla…
Z godnością wepchnęłam się na pas prawy, roztaczając wokół malownicze dymy, sunąc niczym pradawna bogini w oparach industrialnego kadzidła. Z nie mniejszą godnością zaparkowałam sobie na małym placyku w pobliżu stacji benzynowej, gdzie jak byk było napisane, że nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Uznałam, że nie potrafię sobie wyobrazić osoby bardziej upoważnionej do parkowania, niż ja w owej chwili.
Otworzyłam maskę – buchnęło niczym z dna piekieł.
Wokół zebrała się gromada tłuszczy żądnej sensacji, która rozproszyła się po krótkiej chwili, zawiedziona, że baba za kierownicą nie panikuje, jak jej dym spod maski leci.
Melancholijnie wachlując chłodnicę, zapaliłam se papierocha.
Z odsieczą przybył Piotr, albowiem wracał akurat z siłowni i wyglądał bardzo męsko, co odstraszyło potencjalnych dżentelmenów, chcących nieść pomoc zagubionej niewieście.
Zagubiona niewiasta, postawiwszy męskiego prawnika na straży dobytku, udała się na stację benzynową, gdzie nabyła pięć litrów borygo, celem uzupełnienia niedoborów w układzie chłodzenia, i cała ta fantastyczna przygoda zakończyła się nad wyraz pomyślnie – spożyciem pizzy.
Niniejszym przytyłam w lewe biodro.
Fenkju. Gute nacht.
Dramat – mój osobisty.
Osoby dramatu: dochtór 1, dochtór 2, ja.
Dochtór 1: Zaintubowałem dziś psa.
Dochtór 2: A ja zrobiłam kotu wkłucie pachwinowe.
Ja: Hm… A ja zaksięgowałam wyciąg… Za to miał 115 stron!
Idę se wpaść w kompleksa.
Wracam niebawem.