O święty Antoni!

Jana zgubiła soczewkę kontaktową.
Wyżaliła mi się telefonicznie. Pocieszyłam ją, że to się zdarza, one lubią wypadać.

Szukała od wczoraj: łóżko, pod łóżkiem, kibel, blat kuchenny… Nie ma.

A ja zgubiłam kartę płatniczą. Znowu.
Paweł się załamał.
Trwa akcja poszukiwawcza.

Póki co, bez spektakularnych sukcesów.

Za to soczewkę Jana znalazła dziś popołudniu.
– Wyobrażasz sobie? Pod powieką była! Zwinięta na pół. Dobrze, że poryczałam się ze złości, to wzięła i wypłynęła. Jeszcze trochę, a by się tam glony zalęgły… A ja nic nie czułam.
– To poszukaj tam mojej karty może…

Jutro podjadę do banku po nową.
Mam nadzieję, że do tego czasu nie zgubię dowodu osobistego.

To skomplikowane

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio miałam w robocie taki młyn. W związku z kończącą się w tym roku kadencją, zmieniają się nam władze i kierownictwo fruwa na wysokości lamperii, dosyć nerwowo.

Paweł też coś nerwowy. Fakt, że w rezydencji rura wzięła i pękła, w związku z czym w piwnicy jest urocze jezioro łabędzie, miał niemały wpływ na samopoczucie naszego bohatera. Jednak bezpośrednią przyczyną nerwa  jest Piotr.

Otóż Piotrek zawinął się i pojechał do Berlina, co zresztą powinni zrobić obaj. Do ojca pojechał konkretnie. Paweł się nie zdecydował, gdyż jest uparty jak osioł. Tak właśnie.

(Stosunki na płaszczyźnie „ojciec – synowie” w tym konkretnym przypadku można określić fejsbukowym: to skomplikowane. Tyle gwoli wyjaśnienia.)

Paweł warczy, ja go uspokajam, ale w sekrecie Wam powiem, że cholernie się cieszę z decyzji Piotrka.
I mam nadzieję, że drugi syn też dojrzeje.

Jadę na wino.
Odreagować.

Luźny temat

Lara ma znowu awarię. Nie będę się bawić w żadne eufemistyczne określonka typu: Larunia ma drobny problemik jelitowy, tudzież nieżyt żołądeczka, ewentualnie luźnawą kupkę. Ona ma – nie bójmy się tego słowa – galopującą sraczkę. Gdy sprzątałam kuwetę, mało mi oczu nie wypaliło.

Oprócz Larciowej sraczki zaposiadam również gości. I, jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało, pobyt gości bardzo szczęśliwie się zbiegł ze sraczką Lary. Jedno z drugim wpasowało się wręcz idealnie. Niczym dwie połówki pomarańczy. Niczym Yin i Yang. Raj dla perfekcjonisty normalnie.
Goście bowiem są wetami i będą grzebać. Znaczy nie w kocie będą grzebać, a w mózgach (własnych) i ewentualnie w literaturze fachowej.

Świat jest jednak skonstruowany perfekcyjnie – wszystko ma swoją przyczynę i skutek, nic nie dzieje się bez powodu, przypadki nie istnieją.
Bowiem od prawie sześciu lat borykam się z nawracającym cyklicznie problemem Lary (z tego powodu pozbyto się jej, gdy miała 6 miesięcy – ja się nie poddałam). Po prawie sześciu latach tułania się po lecznicach, badań, diagnoz, posiewów, antybiotyków zobaczyłam światełko w tunelu.
Spotkałam na swojej drodze młodych, pełnych pasji lekarzy, którzy są gotowi pomóc kotu za wszelką cenę.

Mamy podejrzenia co do przyczyny. Bardzo ostrożne.
Można wykonać prosty test.
(Dlaczego, miauwa, żaden z wetów mi o tym do tej pory nie powiedział?)
Jeśli podejrzenia się potwierdzą, będzie wiadomo, co leczyć i jak leczyć, a to ponad połowa sukcesu.

Nie wiem, co czynić potem…
Ozłocić ich, zamówić mszę w ich intencji, czy po prostu zwyczajnie postawić flaszkę?…

Uświadomić czy nie uświadomić? Oto jest pytanie…

Mojej małej szwagierce, aniołkowi ślicznemu z blond loczkami, kończą się ferie. Nieuchronnie zbliża się czas powrotu do domu.
W związku z tym aniołek lat trzynaście umawia się ze swoim chłopakiem lat czternaście onlajn.
Ha! Wszystko już wiem. Wszystko.
Chodzą ze sobą od stycznia, od długiej przerwy w szkole. A teraz – rozdzieleni przez los – wiszą na telefonie lub na skejpie.

– Wiesz co? – Zagaił Paweł. – Nie wiem, czy mama z nią już rozmawiała… Myślę, że chyba już czas pogadać z nią poważnie.
– O czym? – Uniosłam podejrzliwie brew.
– No wiesz, o wszystkim. O tym, że gdy chłopak mówi, że będzie uważać,  że zdąży… To żeby nie wierzyła.  Rozumiesz… Nie ufała…
– Że tak zapytam uprzejmie… Pawełku, pogięło cię? Współczesnej młodzieży nie znasz? Chcesz gimnazjalistkę uświadamiać?… Przybliżać temat stosunków płciowych, przerywanych bądź nie?…
– Ale że co?… Za wcześnie?…
– Paweł… Śmiem twierdzić, że ona jest w stanie sama zreferować ci temat celująco.
– Chyba żartujesz?!…

Nie no… Ocknął się, no naprawdę.
Trochę wymiękłam, proszę Państwa…

Do kogo podobny?…

Pojechaliśmy do znajomych z wizytą. Na kawusię.
Nie do końca bez powodu, albowiem znajomym urodziło się pierwsze dziecko – syn.
Ona – wymęczona, wymemłana, niedospana…
On – równie niedospany, ale wniebowzięty okrutnie:
– No?… Do kogo bardziej jest podobny? No?… Do Magdy czy do mnie?

Mnie dzieci – szczególnie te nowo narodzone – nigdy specjalnie nie powalały na łopatki. Nie rozumiem tego fałszywego zachwycania się pomarszczonym, zaślinionym niemowlęciem. No trudno, ten typ tak ma.
Zatem milczałam taktownie.

Paweł uśmiechnął się niepewnie.

Zaś Piotr… Na Piotra zawsze można liczyć. Wypalił po swojemu, z grubego kalibru:
– No weź, stary! On się urodził raptem cztery dni temu! Jest podobny do ziemniaka!

Powalił mnie…
Nie wstanę…
Tak będę leżeć…

Aniołek

Floriusz się zrehabilitował. W ramach przeprosin rzucił nad ranem pawia tuż przy moich kapciach. Ja wiem, że miało być do kapci, a nie obok, ale chłopak nie wycelował. Starał się, ale nie wyszło. Mój kochany kotecek…
Cóż, nikt nie jest doskonały.
Trening czyni mistrza.  Podobno.
Następnym razem będzie lepiej.
Dopinguję mu, aby się nie poddawał.

Zasadniczo to świat mi chwilowo zwariował, bo przyjechała moja szwagierka. Bowiem mam szwagierkę. Trzynastoletnią.
Rozbuchany blond aniołek ma ferie, stringi oraz piersi.

(Szlag… Ja w wieku trzynastu lat błagałam matkę o stanik, żeby jakiekolwiek wypukłości zaposiadać. Niestety, w czasach mojego szczenięctwa pushupów o rozmiarze zero w sklepach nie było. Właściwie to niczego nie było, ale to już odrębna historia.)

Aniołek ma również cztery niebieskie pasemka na włosach, które sobie zrobiła w szkolnym kiblu.
Oraz koszulkę ze Slayerem.
I pisze wiersze.

Pojechali sobie w chłopakami do Sopotu, a ja siedzę w chałupie i usiłuję się doprowadzić.
Po lekach i tej całej chemii, jaką w siebie wpompowałam ostatnimi czasy, mam na pysku jaszczurze łuski. Normalnie mam tak wysuszoną skórę, że spokojnie mogę na czole zetrzeć parę kilo kartofli na placki ziemniaczane.
Żaden krem nie pomaga. Żaden.
Chyba wysmaruję się wazeliną. Takie przyjemne z pożytecznym – w końcu będę mogła bezpiecznie przejść po zmroku przez pasy dla pieszych. I to bez odblasków.

Zły… Bardzo… zły… dzień… :/

Zaczęło się od przecudnego poranka kolejnego dnia roboczego, kiedy to muszę zwlekać się z betów o nieludzkiej porze.
W budziku mam ustawioną drzemkę, dzięki której mogę powolutku dojrzewać do owego przykrego faktu, z łbem słodko wciśniętym w poduszkę.
Ale nie dane mi było. No, miauwa, nie dane!

Na szafce nocnej mam stos płatków z lekami. I Florian, słodki kiciuś… Nie, miauwa, koci skurwiel w anielskiej kociej postaci, postanowił się nimi pobawić. (Dla słabo zorientowanych: płatki z lekami szeleszczą, jak jasna cholera!) Micha pusta, to trzeba interweniować, ne spa?! Bo przez kolejne dziesięć minut słodki kiciuś zejdzie z tego łez padołu w spazmach głodowych!

W półśnie raz zrzuciłam ręką z szafki białe nienażarte dupsko…
Potem drugi raz…
Za trzecim razem – totalnie już rozbudzona i wściekła – wyrzuciłam grube białe dupsko z sypialni i trzasnęłam drzwiami.
Szybko wróciłam do podusi, ratując resztki drzemki…

– Jak mogłaś tak bezceremonialnie wyprosić mojego ukochanego kotusia? – Miauknął Paweł, strzelając sobie niniejszym uroczo w kolano.
– Jeszcze słowo, a wylądujesz razem ze swoim ukochanym kotusiem za drzwiami – warknęłam złowrogo, desperacko próbując reanimować mój sen.
– Yyy…

I takim oto sposobem szlag trafił moją drzemkę.

Na zakład pojechałam już mocno wkurwiona.
Bez kawy, bez makijażu, z sińcami pod oczami do kolan.

Następnie wpieniłam się w robocie.
Tym razem na moich najemców.

(Wspominałam już kiedyś, że wzięłam sobie na łeb opiekę nad dwoma wynajmowanymi mieszkaniami. Z jednym nie ma problemów, z drugim zaś co chwila coś.)

I powiem tak… Jestem wyrozumiała, ugodowa i mam miętkie serce. Staram się być fair.
Mam tylko jedną wadę – oczekuję w zamian tego samego.
I zniesę wszystko, z wyjątkiem kłamstwa.
Na kłamstwo jestem uczulona.
Dzięki mojemu ex-mężowi mam na nie wręcz alergię – dostaję wysypki, wybroczyn, ślinotoku i wpadam w dziką furię.

Od przyszłego miesiąca będę szukać nowych najemców.

Oko mi lata.

(Wiem, magnez.)

Jestem niewyspana, nadal chora i wkurwiona.

Nie przytulać, nie głaskać, nie pocieszać.
Gryzę!
:/

Młoda w akcji…

…czyli moja siostra tankuje.
Samochód tankuje.

  • Podjeżdża pod dystrybutor. Zamyka samochód. Otwiera wlew kluczykiem… Wlew nie z tej strony.
  • Podjeżdża pod dystrybutor od strony właściwej. Zamyka samochód. Otwiera wlew kluczykiem… Dystrybutor za daleko.
  • Podjeżdża znowu pod dystrybutor. Bliżej. Zamyka samochód. Otwiera wlew kluczykiem… Dystrybutor nieczynny.
  • Podjeżdża pod następny dystrybutor. Zamyka samochód. Otwiera wlew kluczykiem… W końcu tankuje.

Idzie na stację płacić.
Pracownicy, w trakcie jej dzielnych zmagań przyklejeni do witryny niczym glonojady – w momencie jej wkroczenia do środka – biją gromkie brawa.

Kurtyna.

Paweł na dywaniku

Otóż – przy opisywaniu nowych pacjentów – osoby, którym to superanckie zajęcie przypadnie, zobowiązane są wypełnić druk o wdzięcznej nazwie: badanie przedmiotowe. „Leci się” całego pacjenta po kolei. 

Pustki na ostatniej stronie czarownego druku zazwyczaj dają po oczach, albowiem znajdują się tam poważnie brzmiące rubryki: układ moczowo-płciowy lub narządy płciowe oraz badanie per rectum.
Jak łatwo się domyślić, nasze wstydliwe społeczeństwo z jednej strony niechętnie obnaża narządy płciowe i inne intymne otwory, a z drugiej niekoniecznie pozwala w nich grzebać bez wyraźnej emocjonalnej więzi z grzebiącym. Zatem rubryki te zazwyczaj pozostają niewypełnione.
Czasem ktoś w przypływie nadgorliwości wpisze: nie badano. Takiej właśnie obywatelskiej postawy wymaga się od studentów – pisać rzetelnie i skrupulatnie.

Traf chciał, że akurat Pawełkowi się nudziło i postanowił wspomóc kształcącą się dopiero przyszłość narodu. Zaczął od niechcenia wypełniać. No i we wspomniane wyżej rubryki powpisywał: narządy płciowe – niezbadane, jako i wyroki Pana…

Ordynator poprosił o wyjaśnienie.
(Gość wyprany z poczucia humoru kompletnie, no naprawdę…)
Paweł wyjaśnił niniejszym:Tyle było do zrobienia tych debilnych papierów, aż się prosiły o krztynę urozmaicenia…

L-O-V-E! 🙂

Klimaty męsko-damskie…

– No ja cierpię dolę! – huknęła Jana od samych moich drzwi, rzuciła kurtkę na krzesło, opadła ciężko  na kanapę i zapaliła szluga.
– Co jest? – Zapytałam ostrożnie.
– Kuźwa, pożycie mi kuleje! Robert ewidentnie robi mnie w balona. Obiecał być, a go nie ma. Co gorsza, nie wiadomo dlaczego go nie ma. Takie traktowanie to ja sobie wypraszam.
– A próbowałaś zadzwonić w celu uzmysłowienia mu, jak bardzo sobie wypraszasz?…
– Nie mam nawet szans, albowiem nie odbiera telefonu. Chwilowo nie posiadam informacji, czy nie odbiera wybiórczo, czy jak leci. Bardzo podejrzanie się ostatnio zachowuje, a ja doprawdy nienawidzę się domyślać przyczyn idiotycznego postępowania wybranych mężczyzn. Z reguły wychodzą mi rzeczy mało atrakcyjne… Niech no ja się tylko dowiem, że ten skurwiel robi mnie w wała na wielka skalę…
– Ale tylko na wielką. Mała skala się nie liczy, pamiętaj. Na małą skalę to my ich też robimy, a sprawiedliwość być musi.
– Racja. Jedyną jego szansę na przebaczenie stanowi możliwość pobytu w szpitalu w śpiączce. Jeśli tam nie jeszcze bytuje, to ja mu tę śpiączkę zafunduję własnoręcznie.

Żebyśmy chociaż były w miarę normalne i umiały się po prostu poryczeć przez kolesia… Byśmy se obie pochlipały i Jance by przeszło.
A tak…
Już nawet wizja karczemnej awantury, którą urządzi z całą pewnością, jej nie uspokaja. Pała przegięta została bowiem już jakiś czas temu, a obecnie zawiązany na niej został supełek z kokardką.