Żyję…

Przyszło kocie żarcie kurierkiem. Żarcie jak żarcie – rzecz nabyta, ale karton… Karton stał się obiektem pożądania społeczeństwa. Niestety społeczeństwo nie wypracowało kompromisu i podzieliło się na dwie frakcje – partię rządzącą SBS* i opozycję.

(*Stowarzyszenie Białych Skarpet)

Aktualnie w kartonie przebywają głównie dwie przedstawicielki SBS, a męski rodzynek osłania je z zewnątrz.

Opozycja dzielnie usiłuje zdobyć twierdzę. Przewodzi im całkiem cwana kobita, zatem pewnego dnia może im się udać obalić tyranię SBS. Tym bardziej, że SBS posiada słabe ogniwo w osobie pewnej drobnej brunetki, która ostro smali cholewy do jednego z opozycjonistów.

Codziennie z poziomu mojego łóżka obserwuję poczynania obu frakcji z niekłamaną fascynacją.

W trakcie kolejnego odcinka brutalnie wdarł się w kadr Paweł:
– Co słychać? Jak się czujesz?
– Czuję się jak młody bóg. Kwitnąco, powiedziałabym. Dawaj kolejne pytanie z serii zajebistych… Poza tym laska z SBS ma romans z gościem z opozycji. Mówię ci, „Wichry namiętności” to pikuś!
– Uhm
– mruknął mój miły, sadowiąc się obok na wyrku i dyskretnie lustrując stosik leków na mojej nocnej szafce.

(Owszem, jest wśród nich środek, którym ponoć z lubością szprycują się nastolatki. Ale staram się nie nadużywać, tak?)

Chyba idzie ku lepszemu.
Choć jeszcze trochę w wyrze pokwitnę…
Co się naumierałam przez te kilka dni, to moje.
Parę kilo w plecy, ale za to ogień w płucach zaczyna w końcu przygasać.
To był niewyobrażalny ból…
Nikomu, miauwa, nie życzę.

Chora jestem

Trochę.
Trochę bardzo.

I umieram.

Lekarzy zazwyczaj staram się omijać szerokim łukiem…

(No dobra, nie zawsze mi to wychodzi perfekcyjnie, ale nie czepiajmy się pierdół, tak?)

… zatem przystąpiłam do akcji: „Cudowne samouleczenie”.

Przedwczoraj było mi dziwnie, wczoraj zaś gardziel zaczęła mi dokuczać całkiem serio. Strzeliłam se zatem pyralginkę, przepłukałam ją flegaminą i palulu.

A dziś rano… O żesz miauwa!
Na trzęsących się nóżkach, z pierońsko obolałymi strunami, tchawicą i oskrzelami, saganem z bólu pulsującym w rytmie macareny, starając się opanować dreszcze, pojechałam na zakład. Kretynka.
Na szczęście moja szefowa kretynką nie jest i powitała mnie czule: Zabieraj się stąd razem ze swoimi wirusami do lekarza. Won!

No to się zabrałam.

W gabinecie siedziałam półprzytomna, telepało mną jak alkoholikiem po miesięcznym ciągu, przez ból makówki ledwo widziałam dochtorskie biurko…
A tymczasem dochtore obejrzała mi gardło, osłuchała mi plecy i cycki, i stwierdziła:
– Eee… Nic się poważnego nie dzieje. Zupełnie nic. Pewnie pani zwolnienie potrzebuje, tak? – Wymierzyła we mnie oskarżycielsko palec wskazujący, przyozdobiony w gustowny sygnet (pewnie rodowy).
No raczej. Ale, pani doktor, umówmy się… Ja jestem u lekarza naprawdę raz na ruski rok i gdybym nie czuła, że jest ze mną kiepsko, siedziałabym teraz w pracy i darowałabym sobie wątpliwą przyjemność odwiedzania przychodni…
– Taaak… – palec z sygnetem oskarżycielsko stukał w biurko. – Nic poważnego się nie dzieje. Wypiszę zwolnienie. Wie pani, my tu dużo zwolnień wypisujemy. Szczególnie przed długimi weekendami jest pomór… Ludzie symulują…
– To dlaczego wypisujecie?

Sygnet zatrzymał się w miejscu, zdaje się lekko zirytowany.
– Pani doktor, nie przedłużajmy. Ja się naprawdę źle czuję. Poproszę o leki i zwolnienie lekarskie, żebym miała czas dojść do siebie. W poniedziałek chciałabym już wrócić do pracy.

W domu naszprycowałam się medycyną i zmierzyłam sobie temperaturę. 39 stopni.
Eee, przecież nic poważnego się nie dzieje. Ależ skąd. W najmniejszym nawet stopniu.

Po lekach i po godzinie drzemki spadło o pięć kresek.

A potem przyjechał Paweł, władował mi jakiś zastrzyk w tyłek (mam teraz martwicę w lewym pośladku, przysięgam!) i leżę. Gorączka spadła – mam 37,3. Zatem nie umrę jednak.

Do smutnych wniosków doszłam…
Moi weci – gdy zwierz ma choćby podejrzenie jakiejkolwiek infekcji – nie wypuszczą mnie z gabinetu bez zmierzenia zwierzowi temperatury.
Ale wet ma inne podejście do swoich pacjentów. Lepsze.
Poza tym wet inkasuje gotówkę.
A u lekarza rodzinnego jesteśmy tylko klientami ZUS-u, płacącymi co miesiąc haracz, i przychodzimy li tylko jedynie, żeby wyżebrać zwolnionko i wypocząć w chałupce.
Przykre to.

Dlaczego?…

Dlaczego tylko mi przydarzają się takie akcje?
(Pytam retorycznie.)
Dlaczego tylko mi przydarzają się historie mrożące krew w żyłach i mięso w lodówce?
(Nadal pytam retorycznie.)
Czy ja wydzielam jakiegoś super-intensywnego feromona, że te sierściuchy przebrzydłe do mnie lgną, jak muchy do lepu?
(W dalszym ciągu pytam retorycznie.)
Czy nie ma innych jeleni na tym łez padole?
(Wciąż… no wiadomo.)

Wyszłam sobie rano do spożywczego po dwa jogurty – dla mnie i dla szefowej, w imię zasady: „dogadzaj przełożonemu swemu, jak sobie samemu”.
W naszym sklepiku tegoż poranka obecne były dwie sprzedawczynie, jeden chłoptaś na przyuczeniu i jakieś pięcioro klientów. Mamy jako taki obrazek? Mamy.
Zatem zgarnęłam swoje jogurciki, podchodzę do lady, wyciągam portfel i… jak mnie coś nie huknie w plery! Poleciałam na kontuar, rozpierniczając dokumentnie misternie ułożony stosik ze Snickersów.

– O! To pani piesek? – Usłyszałam chłoptasia.

Pełna jak najgorszych przeczuć, odwróciłam się powoli i spojrzałam prosto w ziejącą, obślinioną paszczę.
Jezu! To nie był pies… To był cielak! Rottweiler, tak na oko jakieś siedemdziesiąt kilo żywej wagi, z głową jakoś tak dwa razy większą od mojej.
Bydlę ofafluniło mi dokumentnie prawy rękaw kurtki, a następnie ochoczo rzuciło się do psich chrup na wagę, które stały sobie radośnie w otwartym pojemniku. Wspólnie z chłoptasiem powstrzymaliśmy stwora po jego trzecim klapnięciu paszczą – czyli jakiś kilogram karmy poszedł się… poszedł odbyć stosunek.

Kurna, ośmioro luda w sklepie, a ten bydlak musiał uczepić się właśnie mnie!
Złapałam za smycz, która ciągnęła się za naszym psim bohaterem i podążyłam do wejścia, odprowadzana wdzięcznym wzrokiem personelu. Trzeba było znaleźć właściciela tego potwora, ne spa?

– No tak – wymamrotałam. – Znowu życie całej ludzkości zależy od jednej kobiety. Jedna, drobna, subtelna, niewinna, eteryczna istota…

(No dobra, przegięłam z tą drobną. Ok, z subtelną i niewinną też przesadziłam. O Jezu no, w sumie z tą eteryczną również mnie nieco poniosło.)

… waży w rękach losy świata. Dobrze, poniosę ten krzyż. Historia mnie doceni…

Przystąpiłam do czynu.

Na ulicy zaczepiłam jakiegoś zaopatrzeniowca, pytając z nadzieją:
– Czy to pana ten… ekhm… piesek?
– Nie. Ale widziałem skąd przybiegł. Od strony Długiej.

Zatem majestatycznie udałam się w stronę Długiej… Diabła tam, majestatycznie! Dojechałam tam na podeszwach, kurczowo trzymając się smyczy.
A tam  zamiast stada stęsknionych właścicieli  wycieczka pierwszoklasistów. Jeszcze opierdziel od opiekunki zaliczyłam, że takie duże groźne zwierzę bez kagańca prowadzę. Miauwa…

Co robić?… Na mrozie bydlęcia samego nie zostawię. Do domu nie wezmę, bo zeżre mi koty i poprawi kocią karmą. Do roboty zatargać nie mam najmniejszych szans – na pewno nie przemknęłabym przez recepcję niezauważona…

Zadzwoniłam na zakład…
– Trochę mi tu zejdzie, bo… eee… mały problem mam… – oznajmiłam, odpychając nachalne siedemdziesiąt kilo, fafluniące mi tym razem mój lewy rękaw. – Znaczy się… eee… ten problem jest dosyć spory właściwie…

I w tym właśnie momencie nadeszło wybawienie…
– Mój ci on! Mój! – Wykrzyczał facet, biegnący w moim kierunku.
O dzięki ci, opatrzności!
– Jak to dobrze, że się znalazł! Wie pani, myślałem, że ktoś go ukradł. On jest taki ufny… To szczeniaczek jeszcze…

Szcze-nia-czek?…

(Nie chcę zobaczyć tego psa, gdy dorośnie. Naprawdę. Obejdzie się.)

Tyle dobrego, że właściciel bestii, który okazał się również właścicielem pobliskiej restauracji, zaprosił mnie na gratisowy obiad.
Cóż, może kiedyś skorzystam. 😉

Fryzjersko

Znowu dałam czadu z włosami. No znowu, miauwa.
Ja mam chyba jakiś problem, obsesję na punkcie kłaków, cholera jasna!
Albo nerwicę natręctw.
Nie wiem.
Niezdiagnozowana jestem póki co.

Myłam sobie rano zęby, gdy oko me niespodziewanie zerknęło do lustra, a tam… wiecheć nad czołem jak u chochoła. Zaczęłam więc przygładzać, przeczesywać, stylizować, rozrzucać w artystycznym nieładzie… Wpadłam w taki trans, że nagle ocknęłam się, trzymając w jednym ręku nożyczki, w drugim – połowę mojej grzywki. Miauwa!

W robocie siedziałam w czapce z ogromniastym pomponem, ludziom wmawiając, że mam arcy-mega-problem z zatokami. No ja cierpię dolę!…

Paweł starał się zachować jak dżentelmen… Nawet oko mu nie drgnęło. Twarz blacha.

– Eee… Nie jest tragicznie. Wiesz, eee… Odrosną…
– Proszę cię, tak?

Piotrek natomiast nie bawił się w konwenanse. A gdzieżby tam.

– Kurczę, kogoś mi przypominasz… Czekaj, czekaj… Wiem! Wyglądasz jak panna Migotka! Ta z Muminków!

(Fakt, że Piotr jeszcze żyje, jest jawnym niedopatrzeniem z mojej strony, przyznaję. Zwlekam z tematem tylko dlatego, że póki co nie mam pomysłu na pozbycie się zwłok.
Ale spoko, pracuję nad tym.)

Survival auto-moto

Jeszcze przed świętami ukochane autko mojej siostry grymaśnie odmówiło współpracy. Młoda mu wówczas głośno oświadczyła: No chyba się pogniewamy, koleś!
Kwestię tę, okraszoną przerywnikami narodowymi oraz epitetami traktującymi o męskich narządach płciowych, wygłosiła o ósmej rano raczej donośnym głosem, kątem oka zauważywszy paru sąsiadów mknących do sklepu. Na pewno ma już opinię osoby niezrównoważonej i potencjalnie niebezpiecznej…

Jako że teraz autko dostało nowy akumulator, paliwa ma na ful, opony zimowe zainstalowane we właściwym miejscu, a o wymianę rozmaitych części, które mogłyby dyskretnie odpaść w czasie brawurowej jazdy w kilometrowych korkach, przezornie zadbano, nie miało zbyt wiele możliwości.
Wymyśliło jednak coś ekstra.
Tym razem zachorowało na psikacz do szyby, fachowo zwany spryskiwaczem.

(Uprzedzając ewentualne jadowite uwagi – płyn zimowy nalany jest z meniskiem wypukłym.)

Krótko mówiąc – psikacz odmówił psikania.
Na domiar złego, podczas obsługi odpowiedniego przycisku, wydaje odgłosy krytej jałówki.

Piotr litościwie obiecał, że naprawi.
Zatem zapakowaliśmy się do Piotrkowego wozu i pomknęliśmy po autko mojej siostry.
Na miejscu przesiadłam się i…

Jak nietrudno się domyślić, jazda bez psikacza w zimie jest dosyć irytująca
Nie mniej zresztą, niż zafascynowane spojrzenia innych kierowców, gdy z okiem uzbrojonym w nowy okular przeciwsłoneczny, przyklejonym do jedynego nie zasyfionego centymetra kwadratowego szyby, usiłowałam prowadzić  samochód…
Albo bezbrzeżne zdumienie przechodniów na pasach, gdy nagle w małym pierdzącym brudasie otwierała się szyba, ze środka majestatycznie wypływała damska rączka, uzbrojona w spryskiwacz Jan Niezbędny, i – pod niesamowitym kątem – usuwała wszelkie zabrudzenia z pola widzenia kierowcy, poprawiając wycieraczkami…

Strasznie to upierdliwe było, mówię Wam.
Zrąbana jestem jak koń po westernie.
Zatem idę na drinka.

Kuchenne rewolucje

Kupiliśmy świeżutkie boczniaki.  Mieliśmy z nimi związane dalekosiężne plany – są  przepyszne z patelni, obtoczone jajkiem i mąką.

Po powrocie do domu przeszliśmy do szeroko rozumianego czynu: ja zabrałam się za gastronomię, a Paweł za renowację wnętrza.

(Pedałem od roweru popełniłam w ścianie dość efektowną dziurę, która wymagała załatania.)

Każde z nas wyciągnęło swoje gadżety: ja – mąkę, Paweł – gładź szpachlową. Oba gadżety znalazły się na kuchennej szafce.

I tu powstaje pytanie z gatunku podchwytliwych:
Czym niutax obtoczyła boczniaki przed smażeniem?

(Idę sobie strzelić w łeb. Siekierą.)

Ech…

Ósemka ma nawrót świerzbu w uszach. 😦
Wczorajsze cierpienie koteńki było straszne – trzepała główką, płacząc głośno.
Pojechałam po lek.

Osiem jest kotką inteligentną. I ma świetną pamięć. Od razu swój ból plus moje podchody z ampułką skojarzyła z czymś bardzo nieprzyjemnym. Uciekała, jeżyła się, buczała i nie dała się dotknąć. Nie wierzyła, że chcę jej pomóc i że nie będzie bolało… Gdy zapędziłam ją w kozi róg, popatrzyła na mnie tak jakoś… Od razu przed oczami stanął mi Majkel z tym swoim przejmująco smutnym wzrokiem, gdy coś było nie tak… Takie przeraźliwie smutne, załzawione oczy… Jej wzrok był właśnie taki… Majkelowy…

– Daj spokój – przemówił Pawłowy głos rozsądku. – Zostaw ją. Idziemy spać. Zobaczy, że leżymy, i przyjdzie sama.

(To niestety nie jest tak, że gdy zalegam w pieleszach, Ósemka ochoczo wskakuje na pościel i usypia mnie swoim błogim mruczeniem. Nie, nie. Jej mruczenie zresztą słyszałam dotąd tylko raz w życiu. Prawdziwy delikates znaczy.
Zazwyczaj dołącza do mnie, gdy już zasnę. Budzę się co rano z pingwinkową pchełką pod pachą. I wówczas – w przeciwieństwie do mnie – nie rusza jej ani budzik, ani moje wiercenie się. Gdy wstaję, ona niewzruszenie śpi dalej. 🙂 )

Przyszła.
Paweł głaskał ją delikatnie po grzbiecie, a ja znienacka uderzyłam. Strongholdem na kark.

Dziś jest lepiej.
Nie boli.
Nie swędzi.
I kocie oczy jakieś takie inne.
I szmaciana myszka została zmasakrowana.
I łosoś podany, zeżarty na pniu. 

Wysłałam Jackowi na służbowego maila świeże zdjęcia Ósemki. Należy mu się. Przez wiele miesięcy kupował jej co rano świeże wątróbki drobiowe, gdy koczowała przy naszym biurowcu. 

Jacek maila odebrał.
Zdjęcia obejrzał.
Łza popłynęła.
Albo i dwie.

(Przyznał się do jednej.) 

Oboje ją kochamy. 🙂 

Antonio

Paweł siedział nad kosztorysem. Zamyślony jak Salomon. Pykał se w tym zamyśleniu długopisem. Klik, klik…

– Wiesz, widziałam ostatnio mema z panem Macierewiczem…

Klik, klik…

– Skoro narodowi nie pasowało, że uprzedni minister MON był psychiatrą, PiS wziął sobie do serca opinię społeczeństwa…

Klik, klik…

– Zatem teraz ministrem MON został pacjent…

Klik, klik…. Jebut – zmaltretowana skuwka nie wytrzymała napięcia i poleciała w kierunku sufitu, odbiła się rykoszetem od lampy i wpadła do zlewozmywaka.
Paweł westchnął, nadal zadumany:
– Cóż… Jaki kraj, taki Banderas…

🙂