Dlaczego tylko mi przydarzają się takie akcje?
(Pytam retorycznie.)
Dlaczego tylko mi przydarzają się historie mrożące krew w żyłach i mięso w lodówce?
(Nadal pytam retorycznie.)
Czy ja wydzielam jakiegoś super-intensywnego feromona, że te sierściuchy przebrzydłe do mnie lgną, jak muchy do lepu?
(W dalszym ciągu pytam retorycznie.)
Czy nie ma innych jeleni na tym łez padole?
(Wciąż… no wiadomo.)
Wyszłam sobie rano do spożywczego po dwa jogurty – dla mnie i dla szefowej, w imię zasady: „dogadzaj przełożonemu swemu, jak sobie samemu”.
W naszym sklepiku tegoż poranka obecne były dwie sprzedawczynie, jeden chłoptaś na przyuczeniu i jakieś pięcioro klientów. Mamy jako taki obrazek? Mamy.
Zatem zgarnęłam swoje jogurciki, podchodzę do lady, wyciągam portfel i… jak mnie coś nie huknie w plery! Poleciałam na kontuar, rozpierniczając dokumentnie misternie ułożony stosik ze Snickersów.
– O! To pani piesek? – Usłyszałam chłoptasia.
Pełna jak najgorszych przeczuć, odwróciłam się powoli i spojrzałam prosto w ziejącą, obślinioną paszczę.
Jezu! To nie był pies… To był cielak! Rottweiler, tak na oko jakieś siedemdziesiąt kilo żywej wagi, z głową jakoś tak dwa razy większą od mojej.
Bydlę ofafluniło mi dokumentnie prawy rękaw kurtki, a następnie ochoczo rzuciło się do psich chrup na wagę, które stały sobie radośnie w otwartym pojemniku. Wspólnie z chłoptasiem powstrzymaliśmy stwora po jego trzecim klapnięciu paszczą – czyli jakiś kilogram karmy poszedł się… poszedł odbyć stosunek.
Kurna, ośmioro luda w sklepie, a ten bydlak musiał uczepić się właśnie mnie!
Złapałam za smycz, która ciągnęła się za naszym psim bohaterem i podążyłam do wejścia, odprowadzana wdzięcznym wzrokiem personelu. Trzeba było znaleźć właściciela tego potwora, ne spa?
– No tak – wymamrotałam. – Znowu życie całej ludzkości zależy od jednej kobiety. Jedna, drobna, subtelna, niewinna, eteryczna istota…
(No dobra, przegięłam z tą drobną. Ok, z subtelną i niewinną też przesadziłam. O Jezu no, w sumie z tą eteryczną również mnie nieco poniosło.)
… waży w rękach losy świata. Dobrze, poniosę ten krzyż. Historia mnie doceni…
Przystąpiłam do czynu.
Na ulicy zaczepiłam jakiegoś zaopatrzeniowca, pytając z nadzieją:
– Czy to pana ten… ekhm… piesek?
– Nie. Ale widziałem skąd przybiegł. Od strony Długiej.
Zatem majestatycznie udałam się w stronę Długiej… Diabła tam, majestatycznie! Dojechałam tam na podeszwach, kurczowo trzymając się smyczy.
A tam – zamiast stada stęsknionych właścicieli – wycieczka pierwszoklasistów. Jeszcze opierdziel od opiekunki zaliczyłam, że takie duże groźne zwierzę bez kagańca prowadzę. Miauwa…
Co robić?… Na mrozie bydlęcia samego nie zostawię. Do domu nie wezmę, bo zeżre mi koty i poprawi kocią karmą. Do roboty zatargać nie mam najmniejszych szans – na pewno nie przemknęłabym przez recepcję niezauważona…
Zadzwoniłam na zakład…
– Trochę mi tu zejdzie, bo… eee… mały problem mam… – oznajmiłam, odpychając nachalne siedemdziesiąt kilo, fafluniące mi tym razem mój lewy rękaw. – Znaczy się… eee… ten problem jest dosyć spory właściwie…
I w tym właśnie momencie nadeszło wybawienie…
– Mój ci on! Mój! – Wykrzyczał facet, biegnący w moim kierunku.
O dzięki ci, opatrzności!
– Jak to dobrze, że się znalazł! Wie pani, myślałem, że ktoś go ukradł. On jest taki ufny… To szczeniaczek jeszcze…
Szcze-nia-czek?…
(Nie chcę zobaczyć tego psa, gdy dorośnie. Naprawdę. Obejdzie się.)
Tyle dobrego, że właściciel bestii, który okazał się również właścicielem pobliskiej restauracji, zaprosił mnie na gratisowy obiad.
Cóż, może kiedyś skorzystam. 😉