Człowiek zepsuł – człowiek musi naprawić…

Pojechałam dziś z Floriuszem do weta – odbębnić ogólny przegląd techniczny kota, dla spokojności. Zostały obejrzane uszy, oczy i nochal, obmacane zostały węzły chłonne, poddana oględzinom została również gardziel zwierza.
Zwierz w gabinecie albo struga bohatera, albo po prostu wyjątkowo lubi te klimaty. Świetnie współpracował.

Przy okazji zwróciłam uwagę wet na jeden szczegół… Na zdjęciach nie widać, na żywo w sumie też ledwo… Da się zauważyć przy oględzinach sierściucha z bliskiej odległości, w trakcie głaskania na przykład – niewielka asymetria z boku pyszczydła.
Wet zainteresowała się i z czystej ciekawości zrobiła rtg.
Wnioski wgniotły mnie w podłogę…

Florian ma stary uraz czaszki. Został albo uderzony z wielką siłą, albo po prostu kopnięty w pyszczek. Wskazuje na to nierówno zrośnięta kość policzkowa oraz ubytki w dolnych siekaczach.

A ja, kretynka skończona, wyszłam z założenia, że jego przejawy agresji wynikają z genów – ot, charakter taki…
Durna niutax, oj, durna… 😦

Przyznaję, że na początku naszych wspólnych chwil z Florianem miewałam chwile zwątpienia. Nigdy przedtem nie miałam do czynienia z tak trudnym kotem. Ba! Miałam do czynienia z mco, a to cieniasy, wiadomo.
Najpierw Ósemka sprowadziła mnie do pionu i uświadomiła mi, że prawdziwe koty wcale cieniasami nie są. Pracuję nad nią cały czas i osiągnęłam już tak wiele, a zarazem tak niewiele (znawcy kotów zrozumieją). Osiem zaczyna mi ufać, bardzo powoli. Daje się wygłaskać, śpi ze mną w łóżku, ale zachowuje pewną rezerwę… I nie pozbędzie się jej długo. Może nigdy.

A Flor… Na początku na widok dłoni nad swoją głową kulił się w niemym przerażeniu. Teraz nadstawia łebek do głaskania. Wmauwia się tylko, gdy dotykam jego brzuch.
Ganiał Ósemkę od momentu, kiedy wyczuł, że jest ona najniżej w hierarchii stada. Osiem bała się go okrutnie.

I nagle…

Ganianie straciło na częstotliwości. Flor ładuje się w nocy na łóżko i ma głęboko w nosie syczenie leżącej tam Ósemki – w końcu jest głuchy jak pień, syczenia nie słyszy, to co sobie będzie chłopak głowę zawracał pierdołami. Najwyraźniej z ruchu warg nie czyta. I tak sobie śpią w odległości około pół metra od siebie.
Jest dobrze.

A dziś…
Od dziś jest jeszcze lepiej.
Osiem powoli przestaje się go bać. Przyzwyczaja się do jego kociej roszczeniowej obecności.
Flor powoli przestaje atakować Ósemkę. On z kolei przyzwyczaja się do obecności kici, która również – w mniejszym lub większym stopniu – została skrzywdzona przez ludzi.
A wspólna niedola łączy.

Dużo jeszcze pracy przede mną, ale dziś zobaczyłam światełko w tunelu.
To wspaniałe uczucie, gdy się odnosi sukces.
Choćby taki malutki:

Mam budę w domu

Taką dla psa.
A właściwie dla kotów.
A bardziej właściwie – dla kociej kuwety.
Emenemsy zrobili.
Bo najbardziej okazała kuweta stoi w przedpokoju i ponoć aż się prosiła o kamuflaż.

Buda miała być prezentem gwiazdkowym, ale chłopaków przerosły terminy. Więc została dostarczona teraz.
I jest przepiękna. 🙂

Wprawdzie jeszcze trzeba ją pomalować, bo póki co jest koloru sosny, który to kolor pasuje do całokształtu mieszkania, jak pięść do nosa, co równocześnie sprawia, że buda rolę kamuflażu spełnia kiepściuchno… Wręcz przeciwnie, rzekłabym.

– Wiesz, chcieliśmy pomalować, ale nie byliśmy w stanie dobrać koloru… Wprawdzie był pomysł, żeby zaiwanić ci niepostrzeżenie kawałek jakiegoś mebla… Nie no, spoko! Myślałem o krześle na przykład… W całości. Ale brak krzesła plus „niepostrzeżenie” jakoś tak mi się gryzło…
– Jaki problem dobrać kolor? Calvados albo coś podobnego…
– Tunia… Jestem facetem. My odróżniamy tylko szesnaście barw, pamiętasz?

🙂

Wspólnie zatem zakupiliśmy bejcę do drewna.
Paweł pomalował próbkę i zostawił ją w łazience, żeby wyschła.
Bejcę odstawił na wannę, opuścił przybytek i załączył wentylator (bo smród nieziemski).
No.

A w tak zwanym międzyczasie postanowiłam umyć włosy.
Zwiesiłam łeb nad wanną, odkręciłam natrysk i przez jakieś dziesięć minut doprowadzałam moją strzechę do odpowiedniego poziomu nawilżenia (włosów u mnie dostatek, zatem jest to nie lada wyzwanie). Następnie po omacku sięgnęłam po szampon i…

Paweł w ostatniej chwili wyrwał mi butelkę z bejcą z ręki.

A mogło być tak fajnie…
Hamerykańsko…
Wybuch w radzieckiej fabryce makaronu w odcieniu kasztanowym…
I ten zapach…
Bejcy…
Rustykalnej…

Ignorant z niego totalny…

I po świętach

Święta stanowią okazję do licznego spędu ludzi wszelakich w moim domu rodzinnym. To już swojego rodzaju tradycja. Nawet moja koleżanka z pracy, sfochowana na rodzinę, wykazała w tym roku nieśmiałą chęć… Ale uległa presji. No nic – za rok znowu ma szansę.

A w Anno Domini 2015 na prowincję przybyli:

  • znajoma mojej mamy, poznana w sanatorium w Ciechocinku urocza wdówka-imprezowiczka (jeśli moi rodzice mieli jakiś tam zapas nalewek na tzw. czarną godzinę, to już nie mają);
  • kolega z pracy mojego ojca – gej o spojrzeniu znudzonego basseta, acz bardzo sympatyczny, z cygarem w zębach;
  • moja siostra z całym przychówkiem (małżon na morzu);
  • mój brat (współwinny eksterminacji nalewek);
  • my, czyli Emenemsy, Jana z Robertem, Borys i ja.

Przyznacie Państwo – towarzystwo liczne i nader absorbujące.

Gdy starsze pokolenie legło w pieleszach, my przesiadywaliśmy do białego rana gawędząc o minionych świętach, życiu i innych pierdołach (nadal utrzymuję, że za deficyt w nalewkach odpowiada jeno mój brat i pani z Ciechocinka).

Ale nad ranem przyzwoitość nakazywała sen. A wcześniej standardowe ablucje.

Z racji faktu, iż moi rodzice posiadają dwie łazienki – na dole i na górze – podzieliliśmy się na grupy i wyznaczyliśmy kolejność. Organizacja bdb.

I… Akcja.

Piotr wkroczył do pokoju z oświadczeniem: Ja już się ogarnąłem. Kto następny?
Ja: A ogarnąłeś się na górze, czy na dole?

Cisza zapadła.
Ogólna konsternacja.
Paweł podniósł brew i zapytał z żywym zainteresowaniem: Dlaczego się troszczysz o higienę genitaliów mojego brata? O czymś nie wiem?

I dopiero wówczas chałupa zatrzęsła się od ogólnego rechotu.
Pfff!
Śmieszne!
Zaiste!

Mój brat tylko rzucił z uciechą: Tunia, twoja ulubiona książka Kinga, ta trzecia od prawej, strona 125. Wniknij.

Wniknęłam potem.

Cytuję:
Przydałaby się ustawa, że zanim człowiek będzie miał prawo otworzyć usta, musi zdać egzamin, a przynajmniej uzyskać tymczasowe zezwolenie. Dopóki nie zdobyłoby się takiego zezwolenia, powinno się być niemową. Rozwiązałoby to wiele problemów.

No bardzo śmieszne, ne spa?

🙂

Takie tam w robocie…

Jako że dziś nawalała mi nieco percepcja i mój mózg jakoś bronił się przed tzw. logicznym myśleniem, doszłam do wniosku, że posprzątam swoje służbowe biurko, albowiem jest syf.
Udałam się zatem do schowka, gdzie znajdowała się tajna broń naszej pani sprzątającej – wybrałam Pronto i jakiś psik-psik flałer pałer do czyszczenia.
Uzbrojona po zęby zabrałam się do roboty podśpiewując pod nosem…

Na głowie kwietny ma wianeeeeek…
W ręku zielony badyleeeeek…

Ogarnęłam masakrę. Wysmarowałam biurko Pronto, psik-psikiem potraktowałam monitor. Gra!

Szłam se – wielce zadowolona, tanecznym krokiem – korytarzem, w celu odniesienia Pronto i psik-psika na miejsce, nadal ze śpiewem na ustach…

A przed nią bieży baraneeeeek…
A nad nią lata motyyyyylek…

I wtem natknęłam się na panią sprzątającą.
Ta – blada jak śmierć – przewróciła wzrokiem na prawo i lewo: to na Pronto, to na psik-psika flałer pałer
– A co pani robi?…

Ekhm…
Pomyślałam sobie, że kobieta się zestresowała faktem, że sprzątam. Bo być może ona nie sprzątnęła porządnie, a ja muszę poprawiać.
Zatem usiłowałam wybrnąć z niezręcznej – bądź co bądź – sytuacji:
– A wie pani… Wzięłam na chwilę sobie to Pronto i tego psik-psika… Monitor sobie podrasowałam nieco. Taka trochę pedantka ze mnie… (Taaa…)

Pani – nadal wyraźnie przerażona i jeszcze bledsza: Tym psik-psikiem pani rasowała swój monitor?…
– No tak… Flałer-pałer… Ładnie mi pachnie teraz… A co?

– Bo wie pani, ja sobie przelałam do tej butli… Bo mi wygodniej było… To jest odkamieniacz do sedesu…

Kurtyna, proszę Państwa!

Jestem wmauwiona…

Bo ktoś, kto jest moim przyjacielem, łamie moje i ponoć swoje zasady. Ale najwyraźniej nie ma żadnych. 

– Tunia, ale o co ci chodzi? Przecież to nie twoja sprawa!

Owszem, moja. Jeśli mój przyjaciel… (ujmę to w bardzo delikatnych słowach) …uwodzi moją koleżankę, której męża znam i lubię, nie ma potrzeby wytłumaczenia się przede mną?

– Ciebie to, Tunia, nie dotyczy. Dlaczego się ciskasz? Odbierasz to zbyt osobiście.
– Ona jest mężatką. Umknęło ci to?
– A gdzież on jest całymi dniami?
– To nie twój problem, ne spa?

Widać fakt, że utrzymuję częste kontakty z rzeczoną koleżanką i jej mężem, nie ma większego znaczenia. Oraz to, że owemu mężowi patrzę prosto w oczy i nie mogę się odezwać, że wiem, to też drobiazg nie wart uwagi.

– Tunia, co to za mąż, który jej nie docenia? Którego wiecznie nie ma?

No to trafiła na gościa, który omamił ją swoimi wyćwiczonymi tekstami w pięć sekund.
Jest w tym mistrzem.
I za chwilę ją porzuci.

No – do miauwy nędzy – moje koleżanki mógł sobie odpuścić. Wszak wyrabia normę w klubach nocnych.

Ktoś, kto twierdzi, że jest wobec mnie zawsze lojalny, nie powinien wykręcać takich numerów.
Jest mi przykro. 

😦

Niestety politycznie…

Nie życzyłam sobie polityki na tym blogu. Nie chciałam jej. Broniłam się wszystkimi czterema kopytami. Jednak…

Przeraża mnie bezczelne łamanie prawa. I oburza.

Jeśli Was też, mam tu linczka:

KLIK

Apeluję do ludzi trzeźwo myślących. 

Nie pozwólmy na kontrolowanie naszego życia, wyznania i łóżka.

Amen. 

Dzięki Floriuszowi poznałam hierarchię w kocim stadzie

Bezapelacyjnie rządzi Iwa. Co do tego nie ma wątpliwości. Kiedyś rządził Rudolf, ale mu się odechciało po utracie jajek, so… Panuje królowa.
Flor wystartował do niej tylko RAZ. Spuściła mu taki łomot, że klękajcie narody. Przyjął do wiadomości, że Iwa jest alfa i z nią się nie zadziera.

Rudolf jest vice. Gdy Florian stanął z nim w szranki, Rudi potraktował go z wyższością i lekceważeniem: Spadaj, kurduplu, tak?
To był dla Floriana większy policzek niż lańsko od Iwy, zatem również zakodował.

Kolejna jest Lara. Przed Kuzco. Tak, mnie też to zdziwiło. Chociaż w sumie nie powinno, bo Kuzcus jest taką mameją, maminsynkiem i ofiarą losu, że Larze może co najwyżej pazurki czyścić.
Z Larą starć było kilka. Flor oczywiście dostał po mordzie. Po którymś razie spasował.

Aktualnie Flor walczy o pozycję z wyżej wymienionym. Wiem, że – dopóki krew się nie leje – nie powinnam się wtrącać. Ale muszę, bo ta czarna oferma, mimo że jest ze trzy razy większa od białej zarazy, nawet nie próbuje się bić i spiernicza z wrzaskiem.

(Suchar taki się mi przypomniał na tę okoliczność:
Wielki brytan ucieka przed malutkim ratlerkiem. Brytan spanikowany, śmierć w oczach, ogon podkulony, skowyta, oddycha ciężko, ucieka przed niestrudzonym szczeniakiem.
Obserwuje to kot. I w końcu pyta: Czemu uciekasz przed takim maluchem? Pogięło cię? Przecież jesteś od niego większy i silniejszy!
Brytan na to: Może i tak. Ale wiesz, jaki on ma zimny nosek?!)

Ósemkę Flor goni dla zasady. Osiem jest najsłabszym ogniwem i on to wie.
Odnoszę wrażenie, że w tej chwili robi to nie z miłosnych zapędów, a żeby jej pokazać, że jest wyżej.
Bo jest.
Na moje oko lada dzień ustawi się na poziomie między Larą a Kuzco.

P.S. Jeśli Rudolf akurat znajduje się na trasie Florian-Ósemka i jest świadkiem jego szarży na kotkę, Flor otrzymuje bezpardonowy strzał w nos z rudego liścia. Znaczy Iwa – jako alfa – rządzi , a Rudi – jako vice – broni słabszych.

Świat kotów jest fascynujący.

O poranku

Na męskim obliczu maluje się intensywny proces myślowy…

– Jakoś tak inaczej wyglądasz… Nowa bluzka?
– Błagam cię… Mam ją od liceum.
– Aha…

Neurony staczają ostrą batalię…

Wiem! Nowe kolczyki!
– Dałeś mi je na urodziny trzy miesiące temu. Paweł, proszę cię, tak?
– Aha…

Na czoło wystąpiła dodatkowa zmarszczka, szare komórki rozgrzane do białości…

Wiem! Farbowałaś włosy!
– No tak…
– Ha! Wiedziałem, że w końcu trafię!

Rozchichotałam się szczerze.

– Jezu, jesteś taki sam jak mój ojciec. Wszyscy jesteście identyko!

Tyle od niutaxa na temat mężczyzn jako takich. 🙂

Albowiem…

Kolejny pogrzeb mam w rodzinie.
I w związku z tym mama moja zamierza być obecna.
I przy okazji odstawi inspekcję u mnie i u młodej.
Zatem sprzątam i czekam, tak? 

W związku z powyższym jakiś czas mnie nie będzie.

Ale – ponieważ rzadziej mnie ostatnio odwiedzacie – wnioskuję, że nikogo z tego powodu serducho nie zaboli.

Zatem do poczytania.
Za jakiś czas…
Kiedyś tam…
W odległej galaktyce…

Romantyczny wieczór

Tak, zasługujemy od czasu do czasu na zorganizowanie sobie takowego.
Kiedy to mój brat nie przyjeżdża.
Kiedy to brat Pawła nie wymaga pocieszenia z tytułu braku podbojów miłosnych w danym tygodniu.
Kiedy to moja siostra nie kwęka, że chce umrzeć.
Zasługujemy bezdyskusyjnie.

Nabyte zostało wino. Świeczki były na stanie. Romantyczna komedia również („Koszmar z ulicy Wiązów 4” – klasyka). Jednym słowem: psiejsko-czarodziejsko.

I JEBUT.
Zaczęły się schody…

Pierwszym schodem była stacjonująca na pościeli Ósemka, z miną pt.: Mi tu dobrze. Nie zlezę. I co mi zrobicie?

Ok, zaczęłam głaskać.
Wtedy na scenę wtargnął Florian, łaknący krwi dziewic.

(Hmmmm, jeśli chodzi o Osiem i jej ewentualne dziewictwo, to nieco się spóźnił chłopak, ale niech się łudzi, co mi tam…)

– Wiesz, on jest pewnie zazdrosny! – Stwierdził Paweł. – Ty tak Ósemkę głaszczesz i głaszczesz… On nie rozumie, że to w celu oswojenia… On nie kuma tego słowa. Też chce, jak to facet, wiesz…

Zatem ja głaskałam zbulwersowaną Ósemkę, a on głaskał Flora-agresora…. I tak jakieś trzy boskie nocne godziny spędziliśmy w pozycjach w chińskie zero, dopieszczając kotusie…

Romantyczne chwile szlag trafił. Since pod oczami od niewyspania mam do kolan, przysięgam.

Osiem trochę opanowała strach.

Flor dziś dostał w prezencie obrożę feromonową. I jest obrażony po życia kres.
Ale i wyluzowany (mruczy przez sen).

Oczekuję, że nadchodząca noc będzie przełomowa.
Inaczej mogę skończyć w wariatkowie…