Taka sytuacja

Rzecz się działa wczesnym popołudniem, w centrum miasta, na pewnym dużym skrzyżowaniu.
Stałam sobie przed przejściem dla pieszych i czekałam na zielone światło. Tuż obok mnie – na sąsiednim pasie – stał sobie karawan. Duży czarny samochód, na karoserii rzucik z ze stylizowanego białego listowia, w środku firaneczki – karawan jak karawan. Stał i też czekał na zielone światło.

Gdy żeśmy się w końcu doczekali, nie zdążyłam nawet gazu wcisnąć, gdy… ziuuuuu! Karawan dał po garach, ruszając z piskiem opon niczym Kubica. Zza kłębu spalin zdążył mi jeno mignąć jego tylny zderzak z ogromnym żółtym nadrukiem: BATMOBIL.

Kurtyna.

Jestę kretynkom

Błysnęłam dziś, jako ta gwiazda polarna. Eee tam, gwiazda… Błysnęłam niczym Wenus wśród gwiazd na bezchmurnym niebie. Eee tam, Wenus… Gdyby Jowisza było widać z Ziemi, to błyszczałabym jak ów Jowisz.

Dziś bowiem zorganizowaliśmy burzę mózgów w temacie: „Jak spacyfikować Floriana – mission jak najbardziej possible”.

Wprawdzie Flor coraz częściej odpuszcza, ale akcje zdarzają się cały czas. Gania Larę i Ósemkę.

Lara sama go zaczepia, a chłopak wychodzi z założenia, że laska na niego leci, i bezceremonialnie przystępuje do gry wstępnej. Lara wtedy drze paszczę na pół dzielnicy: Jezus Maria! Gwałcą! A ja lecę rozdzielać towarzystwo. Tak to mniej więcej wygląda.

Problem z Ósemką jest ciut poważniejszy, gdyż mała się go po prostu boi. Jest dosyć żywiołowy i – z racji głuchoty – nieco głośnawy. Ósemka na jego widok daje dyla, a w nim odzywa się instynkt łowcy. Gdyby ona nie wiała, on by jej nie gonił. Kółko się zamyka.

Propozycji dziś padło kilka.
Szczypanie w kark i groźną minę nasz bohater ma w głębokim poważaniu. Odpada.
Karny jeżyk w łazience (copyright by Kotkinsiu) – Flor mógłby wydrzeć japę na cały pion. Odpada.
Pryskanie wodą w sytuacjach, kiedy trzeba kota skarcić – czytałam, że wtedy kot zacznie nienawidzić pryskającego. Odpada.

I nagle… Olśniło mnie!

– Słuchajcie! A może ja mu puszczę tę muzykę relaksacyjną dla kotów, co?
Paweł spojrzał na mnie z lekkim zakłopotaniem i westchnął: Misiek…
– No co? Sceptyków nie brakuje. Ale nie musisz tak od razu negować. Na Ósemkę podziałało przecież.
– Misiek…
– westchnął ponownie, znacząco dotykając swoich uszu…

Miauwa.
Idę do łazienki na karnego jeżyka…
I zakopię się pod terakotę…

Koniec świata

Koniec świata bliski, proszę Państwa. Pakujcie się i uciekajcie. Nie wiem, dokąd no… Ale koniec świata nastąpi niechybnie.
Koty podobno wiedzą pierwsze.
I mój rudy kot chyba wie – siedzi w wannie i się wymownie patrzy.
Także pakujcie się, tak?

Koło południa dostałam sms. Numer nieznany.
To ja, Twój pingwin. Niedobrze mi…

W ogóle się nie zdziwiłam. A pingwinowi też się nie dziwię – koniec świata idzie, mówię przecież. Ma prawo mu być niedobrze…

Otóż uwaga, achtung, wniemanje…

Dostałam podwyżkę.

W obliczu tego faktu wizja rychłego końca świata jest słuszna, ne spa?

P.S. Mimo to zdążę jeszcze zamordować pewnego białego kota. Zamorduję i przerobię na kapcie. To jest jakiś koci terminator… Nie, wróć! To jest kocia wersja laleczki Chucky!
(Piotr stwierdził, że nawet trochę podobny.)

Flor vs odkurzacz

Ten uczuć…

… gdy ma się w domu głuchego kota, który ma tak totalnie wylane na odkurzacz, że trzeba owego kota przez minutę odkurzać po grzbiecie (z włosem i pod włos), żeby załapał, że ma się przesunąć…

… BEZCENNY.

🙂

Chrupek is back…

Dziś Piotr dosiadł tego gruchota.
Gruchot zarzęził…
Stojąc w oknie, obserwowaliśmy z Pawłem rozruch Chrupa i nerwowo przełykaliśmy ślinę.
Gruchot ponownie zarzęził,  zakaszlał, znowu zarzęził i jakby zdechł…
Yes! – Wykrzyknęliśmy oboje radośnie, przybijając sobie piąteczkę.
I w tym momencie trup powstał z martwych – wydał z siebie serię wystrzałów, zasmrodził soczyście środowisko i… zapalił.

(No ja miaukolę! Miauwa! Niech to szlag!)

Piotr wyczuł chyba naszą frustrację, bo spojrzał w górę – prosto w okno – i uśmiechnął się szeroko…
– No co? Myśleliście, że mój Chrupuś nie da rady? A chała!

Po czym z godnością pojechał tym trupem po jakąś kanapę (okazyjnie zdobytą), naklejając wcześniej na tylną szybę naklejkę wielkości Alaski: POŚCIG ZA MNĄ NIE MA SENSU!

W związku z powyższym muszę po cichu zapytać: macie może jakiegoś znajomego złodzieja samochodów, na tyle zdesperowanego i żądnego przygód, że uprzejmie znalazłby chwilę czasu, żeby rąbnąć Chrupka?…
Będę wdzięczna po grób.

Paweł też.
Oraz jakaś połowa dzielnicy.
Proooszę!

Nadprogramowe zwierzątko na stanie :/

Jesień przylazła i mam w domu szpital.
Jak nie urok, to przemarsz wojsk, mówię Wam…

Gdy tylko zdołałam ogarnąć stan zapalny uszu Kuzcusa, do Lary i Rudolfa przypętał się koci trądzik. Dodatkowo Rudolfin zaglucony po same pachy, taki gratisik.
Sytuacja w miarę opanowana. Leczymy.

A dziś… Dziś, proszę Państwa, otrzymaliśmy tak zwaną wisienkę na torcie.

Otóż Iwa zaczęła podejrzanie kłaść lewo ucho. Zajrzałam, a tam… masakra.
Popędziłam na sygnale do weta.
Tadam!
Mamy świerzbowca.
Miauwa.

Cała kudłata populacja została zakroplona. Profilaktycznie.
Jest bardziej niż pewne, że to Ósemka jest źródłem zarazy. A ponieważ nadal jest kotem nieobsługiwalnym, moje pole manewru przy kontroli uszu jest mocno ograniczone. Wiem, że świerzb miała i najprawdopodobniej nie został doleczony. Osiem to twardzielka i ulicznica, nawykła do tego rodzaju niedogodności, zatem nie okazywała zbytnio dyskomfortu.
(Przytulały się z Iwą… :/)
Równocześnie zakroplenie karku Ósemki to nie lada wyczyn.
Z pomocą przyszedł niezawodny tuńczyk w sosie własnym. Gdy pingwinia ma przed nosem ów cud spożywczy, mogę jej nawet wygolić na tyłku znak Zorro. Jest tak podekscytowana, że nie zauważy. Na szczęście nie zauważyła też pipetki nad karkiem.

Obserwuję podejrzliwie Floriana.
Wyłamie się, czy też mnie czymś zaskoczy?…
Waiting… :/

Linie lotnicze Air-Niutax… Nawet nieźle brzmi.

Zadzwonił mój telefon. Zerknęłam – dziwny kierunkowy, siakiś taki nie nasz.
Nie odebrałam.
Po jakiejś godzinie telefon zadzwonił ponownie. Zerknęłam – ten sam numer, siakiś taki nie nasz. Znowu nie odebrałam.
Zapytałam Google. Holandia.

Wykręciłam więc do siostry…
– Młoda, mamy kogoś w Holandii?
– Nic o tym nie wiem. A co?
– Holandia dobija się nachalnie na moją komórkę. Zatem pytam…
– Odbierz, głupia! Może to jakaś zaginiona ciocia-emigrantka i szukają spadkobierców!

Holandia zapragnęła ponownie kontaktu ze mną po jakichś dwóch godzinach. Odebrałam.
W słuchawce usłyszałam miły kobiecy głos, który wyartykułował poprawną polszczyzną:
– Dzień dobry. Chciałabym zarezerwować lot 16 listopada z Holandii do Polski. Pasażerem będzie pan Jurgen, obywatel holenderski…

Konsternacja, lekka zawiecha, szybki reset i…

– Proszę pani, to pomyłka. To jest numer prywatny…
– Ależ co mi tu pani opowiada! Ja wizytówkę mam!
– Powtarzam pani, że zaszła pomyłka…
– Poproszę o tę rezerwację. Potwierdzę dane esemesem. Dziękuję. Do widzenia.

Jeb.

Po chwili otrzymałam esemesa o treści: Potwierdzam rezerwację na 16. 11. 2015 na lot z Holandii do Polski na nazwisko Jurgen. Dziękuję. Pozdrawiam.

Hm… Hmmmm… Hmmmmm…

(Niestety, obawiam się, że pan Jurgen, obywatel holenderski, daleko nie zaleci. Co najwyżej na lotnisko i z powrotem…)

Zadzwoniłam zatem do Jany i oznajmiłam grobowo:
– Koniec z winem. Muszę stanowczo ograniczyć alkohol. Pamięć mi szwankuje. Zapomniałam, że jestem posiadaczką samolotu… Mało tego! Co gorsza, dosiadam go po pijaku, bo za diabła nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go zaparkowałam!
– Tunia! Cokolwiek bierzesz, ja też chcę!

I tak o.

Że tak zapytam uprzejmie:
Czy ktoś może ma ochotę się przelecieć?
Służę zatem.

(Ale najpierw – pókim trzeźwa – muszę namierzyć aktualne miejsce pobytu mojego samolotu, rozumiecie…
Obstawiam pas startowy na Zaspie, bo tam kupa miejsca…)

Smętnie nieco

Co łączy Janę, Pawła, Piotra i mnie, oprócz przyjaźni?… 
Łączy nas praca. A raczej współpraca.
Jesteśmy ze sobą ściśle powiązani zawodowo.

O ile Piotr i ja głównie mamy do czynienia wyłącznie z aktami spraw i zdjęciami z miejsc zdarzeń jeno, o tyle Jana i Paweł stykają się z owymi miejscami i ofiarami przestępstw bezpośrednio.

Może trudno w to uwierzyć, ale na zdjęcia zwłok w stanie różnym napatrzyłam się tyle, że mało co robi już na mnie wrażenie. Zabity w wypadku samochodowym, ofiara nożownika, wiszący samobójca, topielec…
Człowiek przywyka. Serio.

Jednak sprawa, z która miałam do czynienia dziś, sprawiła, że nic nigdy nie będzie już takie samo.
I – mając świadomość, do jakiego bestialstwa człowiek jest zdolny – jest mi cholernie źle. :/

Dlaczego jest tyle zła na tym świecie?…

(Idę przytulić Pawła. W międzyczasie poprzytulam koty, z tą białą cholerą włącznie.)

Śliwkowo

No dobra. (Nie zaczyna się zdania od no.) Postanowiłam przestać marudzić, wziąć się w garść i zrobić coś konstruktywnego. Nie będą mi czterołapy wredne pluć w twarz. Dosyć tego. Będzie ordnung jak w wojsku. Ja tu rządzę! (Taaa…) A jak się któreś nie dostosuje, to przerobię na kapcie i skończy się rumakowanie. No.

Zostawiłam gadziny na los pastwy, żeby przemyślały sobie swoje zachowanie, i pojechałam do znajomej do Gdyni po śliwki. Dostałam pięć kilo. Resztę niedzieli spędzę drylując. Na naleweczkę.

W drodze powrotnej korek na obwodnicy był taki, że w-mordę-jeża-ja-pierdziu. Spędziłam w nim jakieś dwie godziny, stojąc w dodatku za jakąś śmierdzącą ciężarówą, która koniecznie musiała jechać lewym pasem, bo chciała się poczuć jak porsche i kto jej zabroni. Na pewno nie 454853 wpienionych kierowców jadących za nią.

W związku z tym muszę odpocząć.
A potem zabieram się za śliweczki…

(O matulu, do jakich poświęceń człowiek jest zdolny, żeby się wódki napić, no naprawdę…)