Zadzwonił mój telefon. Zerknęłam – dziwny kierunkowy, siakiś taki nie nasz.
Nie odebrałam.
Po jakiejś godzinie telefon zadzwonił ponownie. Zerknęłam – ten sam numer, siakiś taki nie nasz. Znowu nie odebrałam.
Zapytałam Google. Holandia.
Wykręciłam więc do siostry…
– Młoda, mamy kogoś w Holandii?
– Nic o tym nie wiem. A co?
– Holandia dobija się nachalnie na moją komórkę. Zatem pytam…
– Odbierz, głupia! Może to jakaś zaginiona ciocia-emigrantka i szukają spadkobierców!
Holandia zapragnęła ponownie kontaktu ze mną po jakichś dwóch godzinach. Odebrałam.
W słuchawce usłyszałam miły kobiecy głos, który wyartykułował poprawną polszczyzną:
– Dzień dobry. Chciałabym zarezerwować lot 16 listopada z Holandii do Polski. Pasażerem będzie pan Jurgen, obywatel holenderski…
Konsternacja, lekka zawiecha, szybki reset i…
– Proszę pani, to pomyłka. To jest numer prywatny…
– Ależ co mi tu pani opowiada! Ja wizytówkę mam!
– Powtarzam pani, że zaszła pomyłka…
– Poproszę o tę rezerwację. Potwierdzę dane esemesem. Dziękuję. Do widzenia.
Jeb.
Po chwili otrzymałam esemesa o treści: Potwierdzam rezerwację na 16. 11. 2015 na lot z Holandii do Polski na nazwisko Jurgen. Dziękuję. Pozdrawiam.
Hm… Hmmmm… Hmmmmm…
(Niestety, obawiam się, że pan Jurgen, obywatel holenderski, daleko nie zaleci. Co najwyżej na lotnisko i z powrotem…)
Zadzwoniłam zatem do Jany i oznajmiłam grobowo:
– Koniec z winem. Muszę stanowczo ograniczyć alkohol. Pamięć mi szwankuje. Zapomniałam, że jestem posiadaczką samolotu… Mało tego! Co gorsza, dosiadam go po pijaku, bo za diabła nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go zaparkowałam!
– Tunia! Cokolwiek bierzesz, ja też chcę!
I tak o.
Że tak zapytam uprzejmie:
Czy ktoś może ma ochotę się przelecieć?
Służę zatem.
(Ale najpierw – pókim trzeźwa – muszę namierzyć aktualne miejsce pobytu mojego samolotu, rozumiecie…
Obstawiam pas startowy na Zaspie, bo tam kupa miejsca…)