Kryzys miałam

Było z jajem, a tym razem będzie bez.
Znaczy się bzu nie będzie. Chciałam powiedzieć, że będzie bez jaja, jaj i w ogóle.

Swojego czasu zbyt pochopnie uznałam, że jestem mistrzynią dokacania. Że wszystko idzie w deseczkę, z płatka i w ogóle łatwizna no…
Z tym, że do pewnego momentu w tym domu były wyłącznie mejnkuny. A jakie są mejnkuny – wiadomo – przyjacielskie, mamejowate i generalnie raczej bardziej psie niż kocie.

Natomiast prawdziwe koty są, proszę Państwa, bardziej skomplikowane. I trudniejsze.

Ja w sumie lubię wyzwania. Zawsze wierzę uparcie, że im podołam. Gdy – o dziwo – coś nie idzie po mojej myśli, ufam, że jest to jeno kwestią czasu.

Jednakowoż…
Kilka nocy nieprzespanych z powodu kocich awantur spowodowanych:

  • wrzeszczeniem Flora,
  • wrzeszczeniem Lary, atakowanej przez Flora,
  • wrzeszczeniem Ósemki, atakowanej przez Flora,
  • w końcu wrzeszczeniem Iwy na Larę, która próbowała na niej odreagować frustrację,

spowodowało, iż doszłam do wniosku, że jestem osobą nieodpowiedzialną, złą, samolubną, która naraża wszystkie obecne u siebie koty na niewyobrażalny stres.

– Przestań, finansowo spoko. Jakoś się da radę, co nie? – Uspokajał mnie Paweł.
– Jest ok – zawyrokowała znajoma z zaprzyjaźnionej fundacji. – Metraż spoko, nie ma zagęszczenia, koty nie będą miały problemu z wzajemnymi ustaleniami terytorialnymi. 
(Na temat fundacji wszelakich opinię mam wyrobioną konkretnie, ale akurat dla tej znajomej mam szacunek, respekt oraz liczę się z jej zdaniem.)

Tyle, że nie chodzi o kasę czy metraż, chodzi o relacje.
Dziś zauważyłam sznyt na Florianowym nosie.
Ok, nos różowy, otoczenie białe – widać bardziej. Nie pocieszyło mnie to. :/
Podcięłam kocicom pazury (ostatnio robiłam to niechętnie, bo zdziwione spadały z drapaka i było mi ich szkoda.)
Ale… Jedna przerażona we wnętrzu kanapy, druga pod łóżkiem, Flor zdziwko…

I zastanowiłam się nad decyzją…
Trzeba wyadoptować…
Pytanie: kogo?
Ósemkę, dzikuskę zgarniętą z ulicy, która ufa i daje się dotykać tylko i wyłącznie mi?…
Czy niesłyszącego Flora, który wymaga co pół roku badania krwi z biochemią, osłonowych leków na wątrobę oraz kontrolnego usg raz na rok?…
Już widzę te maile zabijających się o koty chętnych!
I już widzę wzrok Ósemki i Flora: Zdradziłaś nas! 

I wiecie, tak usiadłam zrezygnowana na środku pokoju i jęknęłam apelem do kociastych: Weźta się w garść, tak? Współpracujmy, TAK? Miauwa, pomóżcie mi, TAK?

I nastąpił cud.
Przyjęły do wiadomości.

Przemyślały.
Nastał spokój.
Ósemka śpi na fotelu, Flor kładzie się obok na podłodze i oboje kompletnie nie zwracają na siebie uwagi…
Florian dziś zjadł kolację razem z Larą, łeb w łeb, bez ganiania…

Jezu…
Nie wiem, co powiedzieć…

Będę brał cię w aucie…

Dzieje się w Krainie Czarów. Równo się dzieje.

Dzieje się tak, że od kilku dni chodzę niewyspana. Jak mamę kocham, sińce pod oczami sięgają mi do kolan.

Flor bowiem jest w nastroju romantycznym i kieruje nim odwieczna potrzeba przedłużenia gatunku. Zasuwa mi więc smętnymi serenadami gościa cierpiącego na permanentną chcicę, a uaktywnia się tak między czwartą a szóstą rano.
Mówię Wam, miodzio.

W tak zwanym międzyczasie napastuje seksualnie kotki.
Z jakichś przyczyn tylko Iwa nie została obdarzona kocurzą atencją. Albo nie jest w jego typie, albo ją poważa jako kocicę alfa, albo mają konflikt serologiczny. Nie wiem.
Molestowana jest za to Ósemka i Lara.

Jako, że Osiem nałajdaczyła się już w swoim życiu po same kokardy, wie już, czym to grozi (skalpel, a potem dwutygodniowy areszt w klatce w DT), odrzuca Florianowe zaloty, ostentacyjnie go olewając albo dając dyla na parapet.
Lara natomiast broni swojego wianuszka niczym lwica. Co nie znaczy, że sama Flora nie zaczepia (ladacznica!), by zaraz potem wiać z wrzaskiem pod łóżko. Typowa kobieta, ne spa? 😉

Dobrze, że Floriusz nie próbuje dosiadać kocurów.
Znaczy się nie ma problemu z tożsamością płciową.
(Choć, jeśli w przyszłości da mi do zrozumienia, że całe swoje życie żył rozdarty wewnętrznie, gdyż od urodzenia czuł się kotką, i żąda operacji zmiany płci – rozważę to. Wszak jestem osobą empatyczną i tolerancyjną.)

Uprzedzam pytania i wątpliwości: tak, Flor nie ma już nabiału. Został go pozbawiony równocześnie ze śledzioną. Takie wash&go.
Nie mam doświadczenia z kastracją kocura w późniejszym wieku (Flor ma jakieś trzy lata), zatem podobne atrakcje są dla mnie novum. Wujek Google poinformował mnie, że hormony przestaną nim „rządzić” maksymalnie za trzy miesiące po odjajczeniu.
Zaczekam zatem cierpliwie kolejne dwa.
(O ile wcześniej nie osiwieję albo nie zejdę z niewyspania.)

Z oka cyklonu nadawała Wasza dzielna i cierpliwa niutax.
(Bardzo, miauwa, dzielna i cholernie, miauwa, cierpliwa, niech-to-szlag-jasny-trafi.)

Zły dzień mam zasadniczo

Martwię się o rodziców. 

Mama siorpie mi w słuchawkę, kłamiąc, że ma katar. A ponieważ jest ostatnio na mnie lekko sfochowana – nie mówi mi, co się dzieje.
Podejrzewam, że znowu się rozwodzą. To będzie już jakiś piąty rozwód w tym roku. Rozwodzą się tak często, iż obawiam się, że gdy to w końcu zrobią, jakoś mi ten fakt umknie.
Martwię się, bo od wielu lat obserwuję, jak wzajemnie działają sobie na nerwy.  A równocześnie zdaję sobie sprawę, że nie są w stanie bez siebie żyć.

Bez sensu.

(Stwierdziła niutax i poszła napić się wina.)

Zakochałam się…

…po raz trzeci.
W tym samym facecie.

Albowiem dziś dobiegło mnie z pokoju:

Taki śliczny kocurek jestem. Taki biały przystojniacha. I taki cudny mam ogonek. Taki malusi.
A kto koteczka w różowy nosek walnął? No kto? Koteczek ma strupka na nosie! Która to baba poczyniła taki nietakt? Wskaże mi koteczek pazurem, a ukarzę francę. No która?
Moje białe kochanie…

Paweł pokonał mnie w czułościach przez nokaut! 🙂

Co dwa psy, to nie jeden

Wspominałam niejednokrotnie, iż Lara uważa, że jest owczarkiem. Odbicie w lustrze, przedstawiające drobną kotunię, w ogóle do niej nie przemawia. Na każdy dźwięk dobiegający zza drzwi dzielnie przybiega i warczy, jak na dzielnego owczarka – obrońcę domu przystało.

Florian natomiast reprezentuje rasę grubszego kalibru. Mianowicie uważa, że jest bulterierem. Tak, proszę Państwa. I szczerze nienawidzi innych psów. Jako, że słuch Florianowi szwankuje, nadrabia to iście sokolim wzrokiem. Wskakuje na parapet i wodzi oczami za każdą poruszającą się za oknem sylwetką. A gdy zobaczy psa… Świętapannojezusienazareński!

Florian uznał najwyraźniej, że jest władcą trawnika. Dopóki pies idzie chodnikiem, Flor jest czujny i bacznie obserwuje. Lecz, gdy tylko jakiś nieświadomy niebezpieczeństwa psowaty postanowi powąchać krzaczek, skubnąć trawkę, czy – co gorsza – obsikać drzewko, Flor dostaje piany.
Miota się za oknem i wrzeszczy (a głos ma jak dzwon), jak to on zaraz na tym biednym psie pojedzie na oklep, że po rodeo z biednego psa polecą wióry i że w końcu przerobi biednego psa na kocią karmę.

No ryk jest taki, że ludzie głowy do góry zadzierają w celu namierzenia źródła. Serio serio.
Flor musi mieć najwyraźniej pewność, że intruz go usłyszy.
Gdy tylko pies powróci na chodnik, Florian przeciąga się leniwie, ze stoickim spokojem kładzie się na parapecie i obserwuje sobie ptaszki.

Dziś rano przechodził chodnikiem facet z cudnym dogiem niemieckim. I tenże dog, idiota ciężki, nastąpił łapą na trawnik Floriana…

– Szybko zamknij okno – powiedział Paweł. – Zamknij, odejdź od okna i nie przyznawaj się. Bo się przeciśnie i przywlecze tego zagryzionego psa na balkon…

Wiem już też, czemu Florian nie lubi brania na ręce. Przy każdej próbie patrzy na mnie z oburzeniem, cedząc: Widziałaś kiedyś bulteriera na rękach niesionego? Oszalałaś?!

Czy widział ktoś kagańce dla kotów?…

Anielski orszak

Przyjechał mój brat. Zatem liżę dziś rany po lekko zakrapianej domówce, obfitującej suto w występy wokalne. Brat mój jest bowiem wyjątkowo uzdolniony w tej dziedzinie, a talent ów objawia się zwykle po kilku głębszych.

Lata świetlne temu, w czasach, gdy byłam jeszcze młodą mężatką, brat mój zajechał w nasze progi w celach rozrywkowych. Mój ex małżonek zwykł otwierać drzwi i widząc za onymi promienny uśmiech brata mego, szeptał ze zgrozą: Jezu… Znowu on?…
Wbrew pozorom, panowie bardzo się lubili i z lubością zasiadali wspólnie do flaszeczki. A na etapie trzeciego drinka brat mój uaktywniał się wokalnie.
Któregoś razu cichaczem włączyłam nagrywanie w starym kaseciaku marki Grundig, który to zarejestrował calusieńki recital – począwszy od utworu wysokich lotów „Majteczki w kropeczki”, poprzez cały wachlarz pieśni biesiadnych, następnie zestaw psalmów, na grobowym „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie” kończąc. A wszystko to w wykonaniu mocno nietrzeźwego barytonu, usiłującego nieudolnie łapać wysokie c.
Z mściwą satysfakcją odtworzyłam to dnia następnego, na cały regulator, umilając panom syndrom dnia następnego. No.

– Niech cię ręka boska broni puszczać to komukolwiek. Zabiję – wycedził wtedy mój brat.

Spoko.
Taśmę przesłuchały wszystkie moje koleżanki, uchachane po pachy, oraz połowa dzielnicy. Ba! Powstało nawet kilka kopii.
Kaseta zaginęła nieszczęśliwie, ale pamięć ludzka bywa niezawodna…

Minął bowiem szmat czasu…
Pewnego dnia zmarło się naszej babci starowince.
Mały wiejski kościółek, trumna na środku, góra wieńców, zgromadzona wokół rodzina, typowy pogrzebowy klimat…
Czujecie, prawda?
Msza dobiegła końca, trumna zostaje wynoszona z kościoła i wtedy… organista zaczyna zawodzić: Anielski orszak niech…
Błyskawiczna retrospekcja. Rzut oka na brata. On – rzut oka na mnie. Neurony w obu naszych mózgach się zderzyły i…
– Nie patrz się na mnie, deklu jeden – wysyczałam. – Nawet nie próbuj…

Miauwa! Prawie ryknęłam śmiechem nad trumną własnej babci…
Trauma straszliwa… 

Od tamtej pory mamy cichy układ – nie jeździmy razem na pogrzeby.
Wyższa konieczność taka.

Winny kot…

Już zauważyłam, że Flor trafnie odczytuje moje emocje. Czyta z ruchu warg (serio – gdy patrząc na niego wypowiadam jego imię – przybiega natychmiast).

Odgaduje też natychmiast, co moja mina i gesty wyrażają.

Gania Ósemkę…
Wie, że mu nie wolno.
Ósemka – jak wiemy – mimo postury spasionego chomika, uważa, że jest wielkim MCO. W związku z tym stroszy się i wrzeszczy ostrzegawczo…

Florianowi (gabarytów również nędznych) ubzdurało się, że jest olbrzymim kotem brytyjskim, z racji pokaźnych polików…
Wydaje mu się zatem, iż może pretendować do stołka redaktora naczelnego.
Ale tylko mu się wydaje…

Słysząc wrzask, materializuję się w centrum konfliktu i widzę: najeżoną Ósemkę (przekonaną o swej miaukunowości) oraz atakującego Floriana (przekonanego o swej brytkowości)…
Tupię nogą, przyodziewam się w srogi wyraz twarzy, ręce groźnie opieram na biodrach i patrzę…

A wtedy…

Osiem na drapaku triumfuje: No! To teraz pokaż, jaki jesteś mocny w gębie!

Natomiast Flor…
Rozdziawiona w udawanym zdumieniu mordka, oczy większe od reszty pyszczka (kot ze Shreka to pikuś, serio), łapunia w górze w geście poddania…

Jestem totalnie winnym kotem!

Nadal miażdżę go wzrokiem, chcąc pokazać, że był złym, bardzo złym kotkiem…

(Ręka świerzbi, żeby głaskać, ale byłoby to niepedagogiczne…)

Florian czmycha na drapak, a jego wzrok nadal wyraża ni mniej , ni więcej: Ok, jestem winny! 

Zajebisty jest, wiecie? 😉

W załączeniu zdjęcie najbardziej winnego kocura na świecie…

(Spoko, już został wyprzytulany na maksa. 😉 )

Gdyby mi się chciało…

Powiedziałabym, co sądzę o „kierowcach”, dla których nie istnieją kierunkowskazy…
O palantach, którzy zmieniają pas bez użycia wyżej wymienionych, zmuszając innych do gwałtownego  hamowania (Z drogi, wieśniaki! Panisko jedzie!)…
O deklach, którzy – zamiast użyć kierunkowskazu  jadą dwoma pasami i czyhają na moment, kiedy odstęp pomiędzy samochodami jadącymi obok zwiększy się o dwadzieścia centymetrów i jadą prosto w nasz błotnik…
W końcu o debilach, którzy po wykonaniu któregoś ze wspomnianych manewrów, czyli po wpierdzieleniu się chamsko przed nasz zderzak, łaskawie raz migną kierunkowskazem…

Powiedziałabym…

Ale mi się nie chce.

I cenzuralnych słów mi brak.

Muszę przestać obżerać się na noc…

Śniło mi się, że wypadły mi wszystkie zęby. Co do jednego.
Zatem obudziłam się w środku nocy z wrzaskiem piekielnym…

– Jezuuuu! – Wyrwało się Pawłowi, razem z wyrzuconą kopem w powietrze kołdrą. – Misiek, co się stało?

Spod kołdry wypełzł oburzony Rudolf i spojrzał na mnie z wyraźnym obrzydzeniem.
Obmacałam sobie dokładnie szczękę.
– Normalnie, jak mi się śniło… Matko bosko, jak mi się śniło…

Rudolfin gapił się na mnie wymownie.
Paweł, zaplątany w kołdrę, również się gapił.
– No co? Śniło mi się, że wszystkie zęby zgubiłam. Wszystkie. To zły znak. Na pewno umieram.
Paweł położył mi rękę na czole i westchnął:

– Misiek, nie umierasz. Spokojnie. Gorączki już nawet nie masz. Pozbieraj zęby i śpimy, tak?
Po czym szybko zakopał się głęboko w pościel, wciągając mnie pod kołdrę. Następnie kolejnym zdecydowanym ruchem zgarnął pod ową kołdrę oburzonego Rudolfa.

– Muszę jeszcze uspokoić kota.

Żeby nie było – rano, przy szczotkowaniu, sprawdziłam stan swojego uzębienia. Dwukrotnie.
Tak na wszelki wypadek…

Chora jestem :/

Zazwyczaj tak reaguje mój organizm na długotrwały stres. Napięcie opada i jeb! Zapalenie oskrzeli. Albo płuc. Albo jednego i drugiego, wash&go takie.

Rano, gdy weszłam do mojej znowu-okupowanej-sypialni, Florian powitał mnie swoim okrzykiem powitalnym indian plemienia Arapaho: ŁAAAŁ!
(On bardzo głośno miauczy. Dobrze, że tylko na powitanie…)

Wypuściłam sierściucha na pokoje.
Doszłam do wniosku, że nie będę się cackać jak z Ósemką. Osiem była dzika – Flor nie jest.

Koty potrzebowały jakichś dwóch godzin, żeby się przetasować. Hierarchię ustalić, znaczy.
Się działo, proszę Państwa…

Trójmiejska masakra kotem organicznym:

  • Lara zaczepia Florka;
  • Florian daje Larze z Liścia;
  • Florek uskutecznia przed Larą taniec pijanego kraba;
  • Lara daje mu z liścia;
  • Kuzco znowu próbuje wąchać pozostałości jajek Floriana;
  • właściciel rzeczonego nabiału daje wąchaczowi z liścia;
  • Rudolfin postanawia zaistnieć i rąbie z liścia Floriana;
  • Florek znowu ostro krabuje przed Iwą;
  • Iwa zaszłość ignoruje, jak przystało na Iwę;
  • Lara daje przez pomyłkę z liścia Kuzcusowi (zakręciła się dziewczyna);
  • za chwilę próbuje go przeprosić, ale już po ptokach – Kuzco obrażony na śmierć.

A w oku tegoż cyklonu biedna ja, obserwująca jeno z boczku i kontrolująca, czy krew się nie leje.

Nic się nie polało.
Powoli do Krainy Czarów wraca spokój.
Futra poinstalowały się na uzgodnionych między sobą miejscówkach.
A ja…
Ja odetchnęłam.
A następnie kaszlnęłam, siorpnęłam, kichnęłam i temperatura poleciała mi wzwyż, do jakichś trzydziestu ośmiu stopni. 😦

Paweł przyjechał z odsieczą, lekami i kroplówką.
Następnie oddelegował mnie do wanny na gorącą kąpiel.
Gdy wyszłam z łazienki, zastałam go na kanapie w sytuacji – skromnie mówiąc – skandalicznej: z jednej strony wtulona Ósemka, z drugiej strony wtulony Florenz, a w środku wyluzowany mężczyzna mojego życia, oglądający TVN24.

No halo!

– Dałem im przed chwilą tuńczyka w sosie własnym – zdekonspirował się radośnie.

Cóż… To ja idę do łóżka sobie trochę pochorować… Skoro już odzyskałam swoją sypialnię…
Nic tu po mnie.