Horror notka

Powiem to od razu. Żeby nie było niedomówień.

Florian trafił do idealnego miejsca, wypełnionego stukniętymi  kotami.
Idealnego dla Floriana, nadmieniam, gdyż on sam okazał się stuknięty.
Najwyraźniej pokręcone jednostki przyciągają się jak magnes.

Otóż…
Sypialnia przygotowana.
Kuweta – na miejscu.
Miseczki – odhaczone.
Woda i karma – są.
Zabawki – obecne.
Gra gitara.

Przemyciłam Floriusza do wyżej wymienionej sypialni.  Na paluszkach, co by jego oraz reszty kotów zbytnio nie zestresować…
I wtedy…

– Chcesz mnie tu zamknąć? No chyba cię pogięło! Ja chcę wyjść! Tam są koty! Chcę do kotów!

Po drugiej stronie drzwi Lara uskutecznia dziki podkop…
– Kogo przytargałaś? Czuję! Chcę go zobaczyć! Chcę go poznać! No wpuść mnie!

Uchylam drzwi…
Jak z procy wstrzela się Rudolf…
– No cześć, biały kolego! Świetnie cię widzieć? Stukniemy się nosami?
– No cześć, rudzielcu! Stukniemy się! No cho!

Łup!

Za rudym Kuzco…
– Te biały! Daj się powąchać pod ogonem! No weź! Nie bądź wiśnia!
– No co ty! A gdzie savoir vivre?!

Subtelne pac z liścia!

Jedynie Iwa stara się zachować dystans i klasę.
Jak to Iwa.
Królowej nie wypada.

I, ogólnie rzecz biorąc, letko zgłupiałam.

Zero syku. Zero agresji. Zero czegokolwiek.

Za to Ósemka…
Ósemka wytoczyła ciężkie działa…
Grzbiet nastroszony, uszy położone na boki, wielkie oczy wielkości pięciozłotówek wyrażające ni mniej, ni więcej: Jak śmiałaś?!

Normalnie Yoda!
(Obrażona czuję się. Jeśli dotknąć mnie spróbujesz, ból jedynie odnajdziesz.)

Ja pierniczę, one się zachowują tak, jakby Florenz (z Arabii) był tu od zawsze!
Aż mi dziwnie…
Czy na sali jest egzorcysta? 

W sprawie Floriana klamka zapadła

– Pani Marto, kociemu zdrowiu już w zasadzie żadne niebezpieczeństwo nie zagraża, zatem nie musi już przebywać w lecznicy. Pobyt w klatce nie wpływa pozytywnie na jego samopoczucie. Co robimy?

Florianowi trzeba będzie podawać antybiotyk, brobiotyk, środek przeciwzapalny oraz przeciwbólowy dwa razy dziennie.
Florian wymaga również przemywania oczu, w najbliższym czasie dość intensywnego.
Florianowe uszy także wymagają tuningu.
Nie zapominajmy o codziennej kontroli rany na Florianowym podwoziu.

Tyle tytułem wstępu. Ad rem…

Florian jest niesłyszący.
To częsta przypadłość białych kotów i nie przeszkadza im to w życiu.
Ale nie w życiu na ulicy.

Nie słyszał jadących aut…
Nie słyszał też mojego
Porzucenie kota z taką przypadłością to skazanie go na śmierć.

(Mam adres tej francy. I znajdę ją, jak mi Bóg miły.)

Jadę po rekonwalescenta w celu zagarnięcia onego i leków.
Na łikend zostanie już zainstalowany w sypialni, standardowo.
Zajmę się ewentualną socjalizacją.
Florian potrzebuje wskazówek i sygnałów od innych kotów. Moje sierściuchy muszą pomóc, taką mają misję  – nie mają wyjścia. Mam nadzieję, że jak zawsze mnie nie zawiodą i zaakceptują przybysza.
A potem się obaczy.

Może być trudno.
Wiem, że Florek nie jest w stanie usłyszeć, a zarazem polubić mojego głosu.
Zdaję sobie sprawę, że może jedynie oswoić się z zapachem, gestem, dotykiem, krokami na podłodze, której wibracje czuje.

I niech Was ręka boska broni prawić mi teraz o zdrowym rozsądku. Bo strzelę z laczka.
Nie w przypadku tego kota.
Zdrowy rozsądek to ja sobie chwilowo wsadziłam w buty – w dniu, w którym zgarniałam Floriana spod mojego zderzaka.

Chyba przesiądę się do komunikacji miejskiej…

O cię Florek…

Florian wygląda jak biała chmurka, ma wielkie oczy, różowy nochal i uroczy krótki ogonek.
Bardzo ładny sierściuch.

Nie jest dziki. Ale też nikomu nie zaginął.
Najprawdopodobniej został porzucony.
I swoje przeszedł.

Ma chipa.
Poczyniłam zatem próbę skontaktowania się z właścicielem zwierzaka. Miły kobiecy głos odebrał telefon, a gdy powiedziałam, kto ja jestem i czego chcę, właścicielka miłego kobiecego głosu przerwała połączenie.
Kolejne próby dodzwonienia się spełzły na niczym.

No niech zgadnę… Paniusia sprawiła sobie koteczka. A potem na horyzoncie pojawił się samiec, ten jeden jedyny… I ów samiec oświadczył, że z paniusią chętnie wejdzie w interakcję, jak najbardziej… Z koteczkiem zaś niekoniecznie… Zatem paniusia, parą portek do omdlenia oślepiona, szurnęła koteczka za drzwi.
Doskonale znam ten scenariusz.

Łajzy…

Jak dobrze wstać skoro świt… lalala…

Są ludzie świetnie zorganizowani, którzy mają czas na poranną prasówkę przy parującej kawuni i śniadanku. Ponoć istnieją tacy. Słyszałam legendy.

Ja takich rytuałów nie miewam – rano jestem chaotyczna, kompletnie nieprzytomna i w permanentnym niedoczasie. Po kilku pobudkach w telefonie mam jeno chwilę na: szybki prysznic, przyodziewek, umycie zębów i makijaż (w moim przypadku zredukowany do pociągnięcia rzęs tuszem, li tylko i jedynie).

Jako że kolejność dwóch ostatnich czynności uzależniona jest od faktu, co mi pierwsze wpadnie w rękę – szczoteczka do zębów czy tusz do rzęs – wnioskuję, że dziś najwyraźniej nawalił mi autopilot.
Bowiem wycisnęłam pastę na szczoteczkę, a następnie bardzo celnie wsadziłam ją sobie w gałkę oczną.

Dziękuję za uwagę.

Kociasto

Czyli futrzasto dziś znów będzie. Cóż, w końcu nazwa „Uszaty” zobowiązuje, ne spa?
Ileż w końcu można pisać o tym, że żłopię z Janą wino albo, że znowu zgubiłam kartę płatniczą lub kluczyki do samochodu. Nuuuda.

Kuzco przywitał mnie dziś z kontuzjowaną facjatą. Ma problem z okiem – zapuchnięte, podrażnione, ledwo je otwiera… Podejrzewam, że Iwa spuściła mu łomot. Kocur zwykle zaczepia ją akurat wtedy, kiedy dama sobie tego nie życzy. I mamy efekty. Jutro pewnie lecznica…
(Ja pierdziu, czy ona nie mogła mu przyłożyć w piątek wieczorem? Albo w poniedziałek rano? Kiedy to wet jest w zasięgu? )
Przemywam oko solą fizjologiczną i tulę sierotę.
Jeden futer już jest w szpitalu, nie będę zaiwaniać teraz z drugim przez pół miasta. Bo jakie złe do siebie przyciągnę, a obiecałam sobie, że teraz już będzie tylko lepiej.

(Miauwa, dobrze, że nie mam dzieci…
– W sumie to dobrze, że nie masz dzieci – powiedział Piotr, który po niniejszej wypowiedzi jeszcze żyje. – Mogłabyś je gdzieś zgubić albo co…)

Ósemka cały dzień towarzyszy Kuzcusowi – wylizuje go, tuli, leży z nim na fotelu i podziwiają wspólnie widoki. Wszystkimi trzema oczami.

A dziś… Dziś, proszę Państwa, Ósemka nieco się zapomniała i wskoczyła Pawłowi na kolana. Tak, tak. Sama nie wiem, które było bardziej zaskoczone. 🙂
Oczywiście, zaraz dała dyla z przerażoną miną pt.: Miauwa, co ja robię! Jednak fakt pozostaje faktem.
Czy jestem zazdrosna? Ależ nie. Skąd. Bynajmniej. W najmniejszym nawet stopniu.

Na mymłonie własnym wyhodowałam zdrajczynię, co to chromosomy Y u dwunożnych preferuje. To ja tu z sercem i karmą na dłoni, dzień w dzień, do kici czekającej pod zakładem… Czarnej kulki zastygłej w oczekiwaniu, często śniegiem przysypanej, mżawką zmoczonej, utytłanej w błocie po same pachy, która na mój widok wyprężała się radośnie z bezgłośnym miau
A ta po prostu na chromosoma polowała, franca jedna…

(Ale powiem Wam w sekrecie: nigdy nie żałowałam tej adopcji. Nigdy. 
Tylko ciii… 😉 )

Reakcja łańcuchowa

Jako, że ostatnio łatwo nie jest i los – zamiast dawkować nam przykrości – kumuluje je złośliwie, aby następnie z pełną mocą przyłożyć nam w pysk… Postanowiłam się nie dać.
I zaraz po powzięciu owego postanowienia jakiś rowerzysta-kamikaze wjechał Pawłowi w dupę. Znaczy nie w ową konkretną część ciała, a w tylny zderzak.
Losowi najwyraźniej się spodobało, ale są to jego ostatnie podrygi. Albowiem los już wie, że nie ze mną te numery.

Niemałą rolę w powyższym powzięciu postanowienia odegrała Jana, która nawiedziła moje progi z butelką wina i bonusem w postaci potężnego mentalnego kopniaka w tyłek.
Dalej poszło łańcuchowo.
Jako że kopniak był nad wyraz skuteczny, sprezentowałam go następnie Pawłowi.
Ponieważ również pomogło, Paweł postanowił przekazać go dalej – Piotrkowi.
Piotr rozejrzał się wściekle i – z racji braku ofiary na horyzoncie – kopnął krzesło, bynajmniej nie mentalnie. Rąbnął przy tym ostro kolanem o kant stołu. Zabolało aż mnie.

Wracamy do pionu.

Reasumując…

Hania odeszła. Była cudowną osobą, ale odeszła. Czas jej pobytu w tym wymiarze dobiegł końca i musimy poczekać na ponowne spotkanie w kolejnym.
Pozytywy: była, wyemitowała masę ciepła, pomogła wielu ludziom, wydała na świat dwóch wspaniałych synów.

Potrąciłam zwierzę. Pierwszy raz w życiu (i mam nadzieję, że ostatni). Wspomniane zwierzę wprawdzie aktualnie nie wygląda na najszczęśliwszego kocura na tym łez padole, ale żyje. I żyć będzie.
Pozytywy: pozbył się feralnego organu, dzięki czemu będzie żyć dłużej.

Rowerzysta-debil… Proszę wziąć pod uwagę masę rowerzysty, jego prędkość właściwą oraz przyspieszenie ziemskie… Paweł mógł odnieść poważne obrażenia… Ba! Mógł zginąć w zgniecionym na miazgę samochodzie!
Pozytywy: auto ma tylko lekko pogiętą tablicę rejestracyjną, a rowerzysta-debil prędko na swój dwuślad nie wsiądzie.

Tyle.

Sprzątam.

(Dlaczego, aby posprzątać, nie wystarczy omieść mieszkania spojrzeniem?…)

Nachyliłam się nad Rudolfem:
– Bardzo kocham kota. Bardzo. Czy kot o tym wie? Czy kot zdaje sobie sprawę z tego faktu?
Rudolf spojrzał podejrzliwie, skupił się mocno, zebrał w sobie i… potężnie kichnął mi w oko.

I tak o.

Miłego łikendu, Kochani.

Mój wyrzut sumienia c.d., Florian znaczy

Na wstępie chciałam Wam bardzo podziękować za oferty pomocy finansowej. 
Jestem wzruszona i bardzo wdzięczna.
Ponieważ jestem w stanie ogarnąć temat przy pomocy bliskich – grzecznie odmawiam.
Ale doceniam, naprawdę. Jesteście cudowni. 

Od rana czekałam na telefon z lecznicy. Cała w strachu, że zwierzak nie żyje…
W końcu zebrałam się w sobie i zadzwoniłam sama.

Florianowi usunięto śledzionę.

(„O cię Florek!” przypadkowego pomocnika na drodze mnie natchnęło, gdy zapytano mnie o robocze imię zwierza w celu zarejestrowania go w systemie.)

Śledziona została poważnie uszkodzona wskutek spotkania z moim zderzakiem. 😦
Równocześnie stwierdzono w niej guz nowotworowy

– Pani Marto, niewykluczone, że potrącając tego kota uratowała mu pani życie. Wycinek wędruje na histopatologię. Sami jesteśmy ciekawi…

Kamień w moim serduchu lekko się obluzował.
Jeszcze nie spadł.
Jutro tam jadę.
Nawet nie pamiętam, jak stwór wygląda… Nie pamiętam, jaką ma sierść, jaki ma ogon, jakie ma uszy… Pamiętam tylko oczy… 

No żesz miauwa…
Potrąciłam kota z nowotworem we wczesnym stadium i dzięki temu będzie żył?
Ogarniacie to???
Ktoś tam na górze musi mieć ogromne poczucie humoru…

Zajebiście październik mi się zaczął…

Dziękuję za ciepłe słowa.
Dziękuję za ciepłe telefony.
Dziękuję za ciepłe maile.

A gdyby ktoś miał akurat teraz chęć zapytać, co u mnie i jak się czuję…
Moje aktualne samopoczucie określiłabym przymiotnikiem pochodzącym od pewnego wulgarnego określenia męskiego członka.

Ktoś kiedyś – na garze chyba – zapytał dramatycznie, ile razy piorun może w jedno drzewo walić.
Otóż może. Wielokrotnie.

Wracałam dziś z pracy… Pusta droga… Super warunki pogodowe do jazdy…
Jadąc, zapłakana, kątem oka zauważyłam foliową torbę, niesioną wiatrem prosto na mój zderzak.
Nie zwolniłam…
Idiotka…
Łzy zniekształcają widziany obraz.

Foliowa torba, wpadając na mój zderzak, spowodowała głuchy huk… Huk, który nie miał prawa mieć miejsca…

Zahamowałam z piskiem opon. Cofnęłam.
Foliowa torba okazała się być zwierzęciem.
Kotem.
Potrąciłam, kurwa mać, kota!

Zwierzak oddychał.
Wyciągnęłam z bagażnika koc, który zawsze wożę na wypadek znalezienia na poboczu zwierza potrąconego przez jakiegoś skurwiela.
Tym razem tym skurwielem byłam ja… 
Jechałam za szybko.

Gdy zgarniałam zwierzaka z jezdni, zatrzymał się jakiś facet w toyocie: O ja cię Florek! W czymś pomóc?
– Jeśli byłby pan tak miły, proszę zadzwonić do szpitala weterynaryjnego na Łąkowej i uprzedzić, że jadę. Przedyktuję panu numer…

Zadzwonił.
Czekali na mnie.
Badanie palpacyjne… Usg…
– Leczymy czy usypiamy?

Kurrrrwa!

– Leczymy!
– Potrzebna operacja. Jest krwotok wewnętrzny. Kot jakiś czas musi pobyć w lecznicy. Należy się tyle i tyle…

Mój wyrzut sumienia w tym momencie leżał na stole i się na mnie patrzył…

– Mogę zapłacić kartą?
– Oczywiście. Numer kontaktowy proszę.

Połowa mojej pensji  niniejszym udała się odbyć stosunek.

– Będziemy dzwonić jutro. Proszę być dobrej myśli.

To młody kocurek.
Nie mogę żyć z myślą, że zabiłam zwierzaka.
Proszę Was o kciuki za niego.

Jeszcze wczoraj rozmawiałam z nią przez telefon…

Miała jeden z tych lepszych dni.

Rozmawiałyśmy o pigułkach antykoncepcyjnych i o botoksie. Tak właśnie.
Obgadywałyśmy też emenemsów.

Śmiałyśmy się. Jak dzikie.

Wiecie, moja mama jest też fajna. I jest dobrym człowiekiem. 
Ale okazywanie uczuć matczynych zawsze przychodziło jej z trudem. Ot, trauma z dzieciństwa zebrała żniwo w dorosłym życiu.
Nigdy tego nie zaakceptowałam.
Zawsze było mi z tym trudno.
Ot, przywykłam.

Dzięki Hannah odkryłam, jakie matczyne ciepło jest w stanie emitować kobieta. Serio.
To taka typowa MAMA, pachnąca domem i ciastem.
Potrafiła znienacka mocno mnie przytulić i wycałować.
Do tej pory nie wiedziałam, jak to jest.

Moja mama nigdy nie wzięła mnie na kolana. O całowaniu mowy nie było. 
Zawsze zimna, niedostępna, obca…
Na starość stara się nadrobić, ale… No nie da się.
Niewykorzystaną czułość przelewa aktualnie na psa i koty.
I dobrze. Przynajmniej ma szczęśliwe zwierzaki. 🙂

Dlatego też Hannah była dla mnie niczym przybysz z innej planety – gorący wulkan uczuć… 

Hannah nie zdążyła mi przekazać przepisu na swoją boską lazanię.
Odeszła dziś rano. 

Na drucie… 7

– Gotujesz Pawłowi?
– Rzadko. On to robi lepiej.
– Szczęściara… Robert to kompletny antytalent w kuchni. Ale wymagania to ma. Owszem.
– Przynajmniej umiesz gotować. Ponoć najlepszy sposób na utrzymanie przy sobie mężczyzny to podsypać żarcia i nie płoszyć.
– Taaa… Ostatnio mu się za dzieciństwem zatęskniło. „Kochanie, a moja babcia robiła taką fantastyczną pomidorową z lanymi kluchami… Potrafisz?… Kochanie, a moja babcia robiła takie zajebiste zacierki… Nie zrobiłabyś takich?…”

– Oj tam, marudzisz. Zrobiłaś chłopu te zacierki?
– No zrobiłam. Co mu będę żałować. Ale dziś, to już, kurna, przegiął…
– ?
– „Kochanie, a mój dziadek to sam taką kiełbasę robił, w jelitach baranich… Potem wędził… Eeech…”
– Hyhy.
– Normalnie pan zażądał kiełbasy ręcznie tłoczonej! 
– Jana, co to dla ciebie! Zawsze powtarzasz, że uwielbiasz wyzwania. Kiełbasie nie podołasz?
– Kit tam z kiełbasą. Skąd ja mu te cholerne jelita baranie wytrzasnę?
– Wtłocz w prezerwatywy. Może się nie zorientuje.

:)))