Zawiść…

Zazdrość…
Skłonność do zazdrości jest złą cechą. Nie jestem od niej wolna. Zazdroszczę wielu osobom wielu rzeczy. Przyznaję.
Na swoją obronę mam jeno fakt, że to, czego zazdroszczę innym, nie spędza mi snu z powiek i ludziom, którym zazdroszczę, życzę jak najlepiej. Nie jestem przysłowiowym „Januszem”, który wychodzi z założenia: „Ten to ma dobrze. Ale zaraz mu się noga powinie…” Nie.

Zawiść…
To zwielokrotnienie uczucia zazdrości.
To uczucie wstrętne i – na szczęście – kompletnie mi obce.

Jednak zetknęłam się z nim właśnie – paradoksalnie – ze strony osoby bardzo bliskiej. Zaatakowano mnie w sposób wprawdzie dość subtelny, ale bardzo czytelny.
Bo mam plan.
Bo jest przede mną fajna perspektywa.
Bo wszystko powolutku w miarę mi się układa.
Owszem, nie obywa się bez schodów… A ja jestem taki trochę smerf Maruda, skłonny do jojczenia („To się nie uda…”) i niezdrowej paniki. Ale mam wsparcie rodziny i przyjaciół (dzięki, Asia), dzięki czemu robię jakieś trzy kroki w przód i jeden w tył – jakby nie było: jest do przodu. 😉

Owszem, jest mi przykro.
Ale podnoszę koronę, otrzepuję ją z kurzu, wkładam z powrotem na łeb i prę dalej. 
Do przodu. 🙂

W życiu nie ma przypadków

Post niniejszym poświęcam Monice.
Monice, która w moim życiu przewijała się właśnie niby przypadkiem – to tu, to tam – by w końcu odegrać jedną z kluczowych ról w moim życiu. 🙂

Zaczęło się od Ósemki. Szukałam kogoś, kto mi pomoże odłowić kotkę w zaawansowanej ciąży.
Trafiłam na numer Moniki. Zadzwoniłam. 
Pomogła złapać.
Następnie załatwiła sterylkę kici.

Potem był dzikusek Szaruś z połamaną łapą. Pamiętacie?…
Gdy z Ewelą usłyszałyśmy koszty ewentualnej operacji i stwierdzenie weta: Nie warto. Lepiej od razu amputować…, ponownie zadzwoniłam do Moniki. 
Okazało się, że Monika jest prezesem prozwierzęcej fundacji na pomorzu.
Decyzja była szybka: Wieźcie go szybko do lecznicy na Elbląską. Rozmawiajcie z dr Zalewskim. Powołajcie się na mnie. Ratujcie mu tę łapę. Faktury bierzcie na fundację.

(Dzięki Monice Szaruś dziś biega, na wszystkich czterech łapkach, w domu Eweli. I z dzikusa awansował na kota domowego. 🙂 )

Potem był wysyp kurek w lasach. Grzybów znaczy. Monika zbierała je hurtowo i sprzedawała na rzecz swojego domu tymczasowego dla kotów.
Puściłam famę na zakładzie i od tej pory miała u nas odbiorców na kilogramy.
Jeden z prokuratorów zaczepił mnie kiedyś, gdy szłam z torbą grzybów: A skąd tyle dobra?
– A koleżanka zbiera i sprzedaje.
– A ja też bym mógł poprosić jakiś kilogram?
– Pewnie. Koleżanka zbiera na bezdomne zwierzaki.
– Aaa… To w takim razie poproszę trzy kilogramy.
🙂

A dziś…
Dziś przypadkiem poznana i polubiana przeze mnie Monika uratowała mi tyłek. 
Monika z zawodu jest architektem.
I – dzięki jej wnikliwości – uniknęłam kupna działki, przez którą przechodzi linia przesyłowa gazu o wysokim ciśnieniu.
O tym drobiazgu nie poinformował mnie ani właściciel, ani pośrednik.
Dom by się tam zmieścił, owszem. Ale w strefie ochronnej gazociągu – czyli na połowie działki – mogłabym sobie w ogrodzie posadzić co najwyżej bratki…


W życiu nie ma przypadków. 
Są tylko odpowiedni ludzie, poznani w odpowiednich okolicznościach i w odpowiednim czasie.
Trzeba uważać, żeby ich nie przegapić. 😉

Sprzedałam mieszkanie

Podpisałam warunki zawarcia umowy.

Przedwstępna zaraz po sylwestrze, końcowa do początku kwietnia.

Miauwa! Zrobiłam to. I co teraz?…

Mam gonitwę myśli.

Dobrze zrobiłam?
Dam radę?
Ogarnę?
Cholera…

(Szczegóły po świętach, bo nie wiedziałam, że to tak szybko pójdzie. Nie zanosiło się.)

Kibicujecie?…

No i pierdutnęło…

Mówiłam.
Czułam to w kościach.
Chyba założę kanał na Youtube i zacznę dorabiać jako wróżka. 🙂

Pierdutnęło z najmniej spodziewanej strony, z której w ogóle nie obstawiłam sobie tyłów.
(Nigdy się nie nauczę.)

Jako, że zawsze, w każdej sytuacji, staram się doszukiwać pozytywów – odłamkami oberwałam z kierunku najmniej dla mnie istotnego. Owszem, pozostanie rysa i chmura smrodku, ale osoba, która mnie zawiodła, nie jest dla mnie kimś specjalnie ważnym.
Osoba ta – przez swój jeden głupi ruch – straciła więcej niż ja. Bowiem do tej pory zawsze mogła liczyć na bezinteresowną pomoc z mojej strony – czy w kwestii opieki nad zwierzyną, czy też niewielkiego wsparcia finansowego przed wypłatą (w ramach pożyczki), niemal co miesiąc.
Od tej pory zaś osoba może już tylko liczyć na nienaganną współpracę w sferze służbowej (razem pracujemy).

Nie chce mi się wdawać w szczegóły i opisywać całej sytuacji.
Nie chce mi się, bo jestem zniesmaczona i, mimo wszystko, jest mi trochę przykro. Ale z tym walczę. 🙂
Niestety, z moim miękkim sercem muszę być przygotowana na to, że jeszcze niejednokrotnie życie mnie do pionu ustawi. Mam tego świadomość. 😉

Reasumując, ku przestrodze dla Was: beczkę soli z człowiekiem zjesz, a nigdy go do końca nie poznasz.
Howgh.

Że tak zasunę cytatem…

Pamiętaj, że wszystko zawsze układa się pomyślnie, a jeśli nie jest pomyślnie… to znaczy, że jeszcze się układa.
Lenart View

Coś w tym jest, albowiem po okresie złości, stresu i zwątpienia nagle zaczyna mi się wszystko układać. I to we wszystkich sferach życia.

Trochę mnie to przeraża, bo – mimo, że jestem niepoprawną optymistką – życie trochę znam i wiem, że gdy jest za dobrze, to nie ma siły – gdzieś musi w końcu pierdutnąć. Zastanawiam się tylko, z której strony…

Póki co staram się żyć chwilą. 😉

Niutax edukuje…

Nasze technikum weterynaryjne cierpi na chroniczny niedobór kadry. W związku z czym razem z Patką ostatnio nauczamy nowy narybek.

(Nawet mi się nie śniło, że kiedykolwiek stanę po tej drugiej stronie biurka.)

Życie zaskakuje.

Wzięłam ostatnio na siebie aseptykę, chirurgię i obliczanie dawek leków. Całe szczęście, że towarzystwo jest kumate, więc idzie im jak po maśle.

Przy tejże okazji nasunął mi się poważny problem, o czym chciałabym poinformować opiekunów zwierząt wszelkiego gatunku i maści. Być może już o tym wspominałam, ale – jak to mówią – od przybytku głowa nie boli.

Rzecz się tyczy leków podawanych w iniekcji drogą podskórną. Każdy może się tego nauczyć. Teoretycznie. Każdy opiekun chronicznie chorego zwierzaka, który wymaga regularnych zastrzyków, wręcz powinien się tego nauczyć.
Samodzielne podanie leku w domowym zaciszu oszczędza stresu, jaki sprawia sierściuchowi jazda do lecznicy.

Jak podać zastrzyk podskórnie?
Łapiemy fałd skóry, ciągniemy do góry robiąc tzw. „namiocik” i wkłuwamy się pod skórę. Musimy wyczuć wysokość wkłucia – nie kłujemy mięśnia, nie kłujemy też góry fałdu – zastrzyk musi być wykonany równolegle do mięśnia u dołu „namiociku” skórnego. Czyli podskórnie.

Nawet doświadczonym wetom zdarza się wkłuć śródskórnie – gdy zwierzę się wyrywa, szarpie, gryzie, drapie… Niestety.

Podanie leku śródskórnie wiąże się ze sporym ryzykiem.
Lek się oczywiście prawidłowo wchłonie, ale w miejscu iniekcji może powstać tzw. odczyn poszczepienny – miejscowa martwica skóry.

(Załatwiłam tak kiedyś mojego Kuzco. Martwica była głęboka na jakieś 4 mm, a strup miał średnicę pięciozłotówki. Rana goiła się jakieś pół roku. 😦 )

I teraz przechodzimy do najważniejszego:

Jeśli powstały strup z łatwością przesuwa się nam po mięśniach razem ze skórą – jest spoko. Wystarczy obserwować, ewentualnie można ostrożnie przycinać po bokach strup gojącej się rany (nigdy nie odrywać!) i czekać, aż się wygoi.

Jeśli strup się nie przesuwa, to może oznaczać, że tworzy się korzeń w mięśniu i jest to sytuacja bardzo poważna. Możliwe, że formuje się mięsak, który szybko rakowacieje. Należy na cito zrobić biopsję, sprawdzić, czy zmiana ma cechy złośliwe i w razie potrzeby działać!

Mięsak, jak każda zmiana nowotworowa, musi zostać usunięta wraz ze sporym zapasem zdrowej tkanki. Zatem pilnujcie swoich wetów – zastrzyk podskórny zawsze bezpieczniej jest wykonać w okolicy uda zwierzęcia, niż np. przy łopatce. W sytuacji awaryjnej zwierzak z odczynem na udzie może zostać poddany amputacji kończyny i żyć szczęśliwie przez kolejne wiele lat.
Zwierzak z mięsakiem na grzbiecie po prostu nie ma szans.

Prezentacja mieszkania do sprzedaży…

… w którym mieszkają koty.
Konkretnie prezentacja mieszkania, w którym mieszka sześć kotów – a ponieważ znam stereotypy (Ile? Sześć? Rany koguta! Tu na pewno jest maksymalnie zaszczane, zasrane, zarzygane i na koniec udeptane. Proszę zdradzić mi markę swojego odświeżacza do powietrza, bo jest re-we-la-cyj-ny!), staram się wykazać stan maksymalnie jedna lub dwie sztuki kociny z kością.

Zatem mam ustalony plan taktyczny:

  1. Jedna kuweta usuwana jest z pola widzenia apaczów (a tu se popacze, tam se popacze…), reszta wypełniana jest świeżutkim żwirkiem Bazyl z nano srebrem o zapachu baby powder (petarda!).
  2. Na środku salonu zostają ostentacyjnie wystawione transportery, co powoduje natychmiastowy rozpierzch kociego towarzystwa (Miauwa! Weeet!). U mnie wygląda to następująco: Kuzco, Florian, Lara i Iwa pakują się do pudła wersalki (na klik), Rudolf z godnością znika w czeluściach szafy, a Ósemka wskakuje na drapak i ma wylane.
  3. Poziom grozy zostaje spotęgowany włączonym na kilka minut odkurzaczem, co utwierdza sierściuchy w słusznym przekonaniu, że jednak warto w kryjówkach posiedzieć nawet dłużej, niż to konieczne,
  4. Kropkę nad i stanowi moja kilkusekundowa przebieżka po mieszkaniu marszowym krokiem w stukających obcasami buciorach – nie ma bata, sierściuchy spetryfikowane na amen.

Efekt jest taki, że apacze skupiają się na oglądaniu mieszkania, które btw jest czyste, pachnące i zadbane, a nie na poszukiwaniu potencjalnych kocich wydzielin na podłodze i ścianach.
Voila!

Tzw. black friday…

Na wstępie zaznaczam, że mierzi mnie amerykanizacja różnorakich zjawisk w naszym kraju…
Nie ma już wyprzedaży – są sejle…
Nie ma robienia zakupów – jest szoping…
Tak śmieszne, że aż smutne…

Na czym polegają wyprzedaże u nas?
Ano na tym, że szmata, która wcześniej kosztowała 100 zł, teraz jest przeceniona ze 150 zł na 100 zł.
A te wszystkie idiotki lecą do sklepów, mało na pyszczunie się nie przewrócą, nabywają w cholerę badziewia, zostawiają kupę kasy u sprzedawców, którzy mają z nich niezłą bekę, i jeszcze cieszą się, że taka promocja była! 😀

Naprawdę jesteśmy aż tak głupim narodem?…

Dziś byłam jedynie w Biedronce.
Po makaron.

Pozdrawiam wszystkich trzeźwo myślących.