Dom…

Ósemka mruży lewe oko. Nie podoba mi się to.
Zastanawiam się, czy już panikować, czy jeszcze się wstrzymać…
Problem polega na tym, iż nie jestem jej w stanie pokazać wetowi. Osiem jest jeszcze totalnie nieobsługiwalna. Wzięcie kotki na ręce i zapakowanie jej do transportera to marzenie ściętej głowy.
Owszem, daje się głaskać, wyleguje się na kanapie, śpi w łóżku, ale wzięcie na ręce? Noł łej.
Jedyna opcja to złapanie jej do klatki, zawiezienie do gabinetu, a tam pancerne rękawice i na siłę jakiś otumaniacz domięśniowo.

Chciałabym tego uniknąć.
Przez taką akcję miesiące socjalizacji kotki może jasny szlag trafić.

Na razie czekam.
I obserwuję.

I zaczyna powoli do mnie docierać, że Osiem jest absolutnie nieadopcyjna. Owszem, potencjalne domy dla niej, jakie rozważałam, są super – dobrzy ludzie, kocioluby…
Ale…

Jakiś skurwiel musiał ją okropnie skrzywdzić… Mała panicznie boi się ludzkiej ręki. Owszem, pozwala na pieszczoty, gdy tej ręki nie widzi. Ale gdy wyciągnę dłoń nad jej głową, tężeje – kocie oczy robią się mega wielkie, kocie uszy lądują w poziomie, całość kota jest skulona i masakrycznie przerażona.

Ale gdy patrzy na mnie z daleka tymi swoimi dużymi, lekko przymrużonymi oczami, widzę, że chciałaby mi zaufać, że czuje, iż jej nie skrzywdzę, że w sumie się stara, ale…

Przekonanie Ósemki do ludzkich kolan może zająć nie miesiące, a lata.
Być może nigdy nie będzie nakolankowcem.
Dopuszczam taką możliwość.

A kto pokocha kota, którego nie można przytulić?…
Kto pokocha takiego kota-ducha?…
Kto pokocha tak poranione emocjonalnie stworzenie?…
Kto ją pokocha tak jak ja?

Ósemka ma już swój dom.
U mnie.

A teraz czekam na komentarze pod tytułem: A nie mówiłam/em?
🙂

Byłam jak Rambo

Po akcji. Mam to już za sobą.
Paweł straszliwie się upierał, że chce mi towarzyszyć przy mokrej robocie, ale – z całym szacunkiem – jeden dobry policjant był wystarczający (mła), zaś Pawełek na złego policjanta nadaje się w równym stopniu, co koza do baletu. No sorry.

Panowie potulni jak baranki… Przepraszamy. To się nie powtórzy. Naprawdę. Będziemy pilnować terminów. Pani jest taka uczciwa wobec nas… Tak nam dobrze się tu mieszka…
(W wolnym tłumaczeniu: Gdzie my znajdziemy drugiego takiego wynajmującego, który jest taką miętką pipą do kwadratu? No gdzie?…)

Bo miętka pipa oczywiście się zlitowała. A jakże!
Bo zrobiło mi się ich, miauwa, szkoda. A jakże!
Bo ja po prostu jestem mocna tylko w gębie. Niczym tur. Nagadam się, napsioczę, nakręcę się na maksa, a w efekcie okazuje się, że jestem pieprzonymi ciepłymi kluchami i nie ma zmiłuj. I taka już umrę. Trudno. Nic z tym nie zrobię. Nie zmienię się. Za stara jestem.

Piotr, mierząc mnie lodowatym wzrokiem, sklecił naprędce aneks do umowy, będący równocześnie zobowiązaniem. I ostatnią szansą. Panowie bez szemrania podpisali, przyjmując do wiadomości, że konsekwencją kolejnej obsuwy jest natychmiastowy wypad.

– Mięczak – wysyczał mi potem w samochodzie.
I miał rację.

– Ale to w sumie urocze – mruknął po kilku minutach.
🙂

Darczyńca – to brzmi dumnie

Mam ci ja pieczę nad dwoma wynajmowanymi mieszkaniami.
Nie, nie jestem właścicielem. Gdybym była, nie narzekałabym na chroniczny brak funduszy. A narzekam chronicznie, ne spa?

Jestem pełnomocnikiem, zatem odwalam brudną robotę w postaci kontrolowania w miarę możliwości wyżej wymienionych lokali oraz zgarniania kupy kasy – na bieżące opłaty eksploatacyjne, które następnie reguluję.
Jasne? Jasne.

Z pierwszym mieszkaniem nie mam najmniejszych problemów – wszystko na czas, jak w zegarku.
Z drugim zaś…
Problemy zaczęły się od samego początku…
Kaucja? Hm… Kurde… Ok…
Poczeka pani chwilę?… Bo my się akurat z poprzednim wynajmującym rozliczamy i czekamy na zwrot… Jak otrzymamy, to wpłacamy migusiem! Za miesiąc!

(Naiwna niutax, która doskonale rozumie codzienne zmagania ludzi z problemami finansowymi, łyka.)

Po miesiącu…
Obsuwa z płatnościami bieżącymi trzy dni. Po mojej interwencji jest! Wiktoria!
Nadal brak kaucji.
Widzi pani, taki ten facet wredny. Zwleka z oddaniem naszych pieniędzy. Coś mu nie pasuje. Prosimy o cierpliwość…

(Naiwna niutax, która doskonale rozumie codzienne zmagania ludzi z problemami finansowymi, łyka.)

Dwa miesiące później… Ponownie obsuwa – tym razem tydzień…
Kaucji nadal zero.
Jaki ten właściciel nieuczciwy. Ponoć zepsuliśmy szafkę. Nie chce nam oddać kaucji…

(Naiwna niutax, która doskonale rozumie codzienne zmagania ludzi z problemami finansowymi, łyka.)

Trzy miesiące później… Brak płatności. Maile smsy – zero reakcji. W końcu telefon ostrzegawczy…
Przelałem pani pierwsza ratę, druga za trzy dni. Przepraszam…
Achy, ochy, wzdychania…
Po trzech dniach mail… Zero odzewu.
Pożyczam pieniądze. Reguluję opłaty.
Dzwonię ponownie…
Wysłałem pani drugą radę przedwczoraj… Nie ma pani???

Wszystko zniosę. Problemy finansowe, brak kontaktu spowodowany siłą wyższą (meteor pierdzielnął albo co…), ale kłamstwa nie zniosę.

Zasięgnęłam opinii wśród znajomych. Popisałam, podzwoniłam, wywaliłam z siebie wszelkie opcje ewentualnego nacisku na najemców w razie, gdyby mieli opory na widok wypowiedzenia najmu lokalu… W przypadku ewentualnego oporu zasugerowałam wytoczenie ciężkich dział w postaci wyłączenia netu, kablówki oraz prądu i zapytałam o opinię.

Jedna z moich znajomych wyjechała na mnie z kontra ciężkimi działami: Jak ty możesz w ogóle rozważać takie potraktowanie człowieka? Odcięcie prądu? To nieludzkie!

Czuję się psychicznie podbudowana.
Serio serio.
Nie sądziłam, że mam wśród swoich znajomych taką wspaniałomyślną osobę, która kocha ludzkość do tego stopnia, iż zasponsoruje energię elektryczną i całą resztę moim szczęśliwym najemcom.  Normalnie szapoba!
Poinformuję ich jutro o tym humanitarnym geście.
I podam im namiary – muszą wszak podać swój numer konta! 

Tak, ja też się cieszę. 🙂

Motoryzacyjnie 8

Ksavier Gustaw zaczął mi irytująco pykać.
A konkretnie zaczęło mu pykać po maską…
Miauwa, Felka miała święte prawo robić mi takie numery – miała swoje lata, a wiek zobowiązuje.
Ale Xavier Gustaw? Noł łej!

– Paweł, no weź, wsiadaj i się ze mną przejedź. Posłuchaj. Pyka no.

Taki trochę ryzykant z niego, wiecie.
Wsiadł.

– Słyszysz?

Pyk, pyk, pyk.

– Między dwudziestką a siedemdziesiątką tak robi. Powyżej cisza. Mówię ci, śruba. Jak nic koło mam źle dokręcone. Zginę na trasie!
– Spokojnie, misiek, nie zginiesz. Koło jest ok. Sprawdzimy zaraz…

Pyk, pyk, pyk.

– Jeśli to nie koło, to na pewno amortyzator. A konkretnie poduszka amortyzatora. Miałam Felkę, to się znam. Nie wiem, co gorsze – śruba czy amortyzator…
– Zaraz Piotrek weźmie go na kanał i zerknie…

Pyk, pyk, pyk.

A jak mi podwozie odpadnie? Jezu, muszę się zaopatrzyć w buty na koturnach. Koturny wolniej się zdzierają, a będę musiała jakoś Xaviera napędzać. Jabadabaduuu!
– Misiek, nie panikuj.

Godzinę później…
Garaż emenemsów…
Piotr pod Kavierem G., w kanale…

– W podwoziu wszystko gra… Amortyzatory wyglądają ok… O, śruba!

No i wiktoria!

– Mówiłam, że śruba? Mówiłam? Pierwsza myśl najlepsza! Koło mogło mi odpaść! Mogłam zginąć! Normalnie czułam, że…
– Masz śrubę w oponie, Tunia. Ostrą. Najechałaś gdzieś. Trzeba ją wyciągnąć i zakleić oponę…

To stwierdziłam, że ja może podejdę do domu, zobaczyć, co tam, jak tam i czy wszystko gra…
Czy koty dobrze żyją…

Miski napełnię…
Kuwety sprzątnę…
I takie tam…

Dla wielbicieli poezji śpiewanej

Rymy łikendowe:

Zza  obory w pewnej wiosce
u dorzecza Prady
jurny byczek śpiewał mućce
rzewne serenady.

Czekaj na mnie, moja miła,
i wypatruj wiosny.
Wnet nadejdzie, ukochana,
czas dla nas radosny.

Teraz ziemia skuta lodem,
mrozy i zamiecie.
Miłość nasza wnet zapłonie
na wiosnę i w lecie.

Mój Fernando, byczku drogi –
załkała łaciata –
ja nie mogę czekać dłużej,
mam już swoje lata.

Czemu mróz cię powstrzymuje?
Czemu zasp się boisz?
Ja tu w samotności gore!
Rusz się! Co tak stoisz?

Chciałbym być z tobą, kochana.
Ledwo wytrzymuję.
Siła wyższa mnie jedynie
tutaj powstrzymuje.

Wstrzymaj chucie, moja miła.
Życie to nie bajka.
Ruszyć teraz się nie mogę.
Przymarzły mi jajka.

Czy na sali jest krytyk literacki?

Bo ja nie wiem, co powiedzieć… 

Gorilla

Spoko. Mam już bullteriera na umowę zlecenie

Padło jednak na Piotra…

– Jak to mnie nie brałaś pod uwagę? No wiesz?! To ma być przyjaźń?!! Pfff!!!
– Bo wiesz… Ty taki ładniutki jesteś… I elegancki… I w ogóle… A ja potrzebuję groźną gorillę w przydeptanych dresach i z groźną miną…
– Ja ładniutki? Proszę cię! Ładniutki to jest mój brat! Już w podstawówce się z niego nabijali, że wygląda jak dziewczyna, i musiałem się za niego lać! Do tego gamoń… Tak, tak! Jezu, kocham go, ale jest gamoń no. Dobrze, że urodziłem się pierwszy… Przynajmniej pokazałem mu co i jak, oraz którędy… Inaczej by zabłądził… Tunia, proszę cię! Ja to co innego, serio. A jakie dresy mam w zanadrzu, no mówię ci! Odstawię się na taką gorillę, że im oko zbieleje!

Ok. Obym tego nie żałowała…
Muszę wręczyć wypowiedzenie w trybie natychmiastowym dwóm facetom, którzy wynajmują mieszkanie, opierdzielając się kolejny miesiąc z płatnościami.
Gorilla za plecami zatem raczej wskazana, na spa?

Facet typu macho wanted

Mam zgryz. Potrzebuję faceta. Na gwałt. Jeszcze w tym miesiącu.

Znaczy się – spoko. Nie w tych celach.
Proszę sobie nie myśleć, że jestem zdesperowana, a moje życie erotyczne osiągnęło właśnie poziom dorsza na ladzie Auchan. Luzik, doprawdy.
Potrzebuję faceta, który wzbudzi respekt u innego osobnika tegoż gatunku.

Paweł odpada. Jest po prostu za ładny. Naprawdę. Do tego stopnia, że mój brat mu kiedyś po kielichu wyznał, iż Paweł jest jedynym facetem na tym łez padole, za którym obejrzałby się na ulicy.
Brat mój zarobił wówczas glanem w łeb, ale… Koń – jaki jest każdy widzi.
Piotr – brat bliźniak… Muszę coś dodawać?…
Borys… Nie no… Kto zna Borysa, ten wie, o co chodzi.
Robert wyjechany i przebywający aktualnie w Londynie. A ostatecznie by się nadał…
Miauwa.

Po głowie chodzą mi jeszcze znajomi mężczyźni sztuk: dwie. Ale najpierw muszę obgadać z ichnimi żonami warunki leasingu.

Mówię Wam, ciężkie bywa życie niutaxa…

Mucha nie siada

Moi rodzice mieszkają na wsi. Sielsko, anielsko, piejący kogucik nad ranem, kwaczące małe kaczuszki, świeże powietrze… I to są zalety mieszkania na wsi.

Są też i wady – sąsiad rolnik ma pole, owe pole nawozi, zatem są muchy, które pchają się do chałupy… Parami, czwórkami, kolumnami, pod rękę i pojedynczo, z rodziną i w poszukiwaniu rodziny, z bagażami i dobytkiem, z kartką „młode małżeństwo na dorobku”…
No generalnie, kurna, jak się da!

Powinnam być przyzwyczajona.
Coś nie jestem.

Leżę ci ja rano w łóżku, z jednej strony przytulona przez Pawła, z drugiej przez koty – jest błogo i przyjemnie. Staram się nie otwierać oczu i trwać w półśnie tak długo, jak tylko dam radę. I nagle słyszę wredne, przejmujące, o sile rażenia dźwiękiem startującego odrzutowca, złośliwe:

Bzzzzzzzz!

– O nie… – myślę sobie. – Już zasypiam. Możesz se latać. Wisi mi to. Kotom wisi, to mi tym bardziej.

A gówno tam! Okiem wyobraźni widzę już wielką, tłustą, brudną muchę w znoszonych pepegach i zatłuszczonych okularach. Ma uświniony ryj, a z pyska zwisają jej resztki jedzenia (A wiecie, co one żrą? No? Wiecie?), ma strita i na pewno zaraz usiądzie mi na twarzy, beknie i zajrzy prosto w oczy!

– Mucha – mówię do Pawła. – Mucha lata!
– Nooo – bełkocze do poduszki. – Muchy latają. Mają skrzydła.
– Ale ona ma owłosione nogi i zaraz na mnie wyląduje! – Dorzucam rozpaczliwie.
– Ja też mam owłosione nogi i zaraz na tobie wyląduję – mruczy przez sen.

No dobra.
Śpię.
Znaczy, staram się.
Bardzo się staram…

Bzzzzzzzzzzzzz!

Nie no! Wyrywam się heroicznie spod ręki Pawła, który już posapując śpi. Lecę po packę. Nie ma. Łapię kapeć. Lecę z kapciem po całym mieszkaniu, demolując, co mi wpadnie pod rękę. Pół chałupy wygląda jak po tornadzie, Paweł usiłuje wymacać mnie dłonią w łóżku, bo obudziły go odgłosy demolki… Wtedy właśnie walę kapciem na odlew – prosto w Pawłową poduszkę.

Mucha martwa.
Paweł zaś, obudzony już na całego, siada w rozkopanym wyrze i głośno ogłasza zdecydowanym tonem:

– Idę do redakcji „Faktu”. Udzielę wywiadu. Zeznam, że jestem narażony na śmierć w trakcie snu, że chcesz mnie zamordować kapciem. Doigrałaś się!

Zdrajca. Podły męski zdrajca. Ja mu swoje życie poświęcam, a on trzyma stronę insekta.
Jeszcze nie wiem, co z tym zrobić..
Jak żyć…

No i wróciłam

Podczas urlopu udało mi się zdobyć tytuł miss – przy winie porzeczkowym Jana wybrała mnie, a ja Janę.
Udało mi się również zaliczyć prawdziwą dyskotekę, w prawdziwej wiejskiej remizie.
(Dla słabiej zorientowanych: dyskoteki nigdy nie były moją bajką, ale – po wyżej wymienionym winie porzeczkowym i w doborowym towarzystwie – raz na jakiś czas można poobcować z obcą kulturą, ne spa?)
Mój brat dobrał się z Piotrkiem (duet Pixi i Dixi normalnie) i obaj ochoczo łamali serca niewieście, strzykając testosteronem na prawo i lewo.
Moje serce z kolei usiłował łamać jeden z tubylców, uparcie nie przyjmując do wiadomości, że ja generalnie nie tańczę i to się nie zmieni przez kilka kolejnych wcieleń. Paweł postanowił interweniować, proponując panu ufundowanie wypoczynku na glazurowym wybrzeżu. Romeo wycofał się kurcgalopkiem.
(Ogólnie nie odnotowano strat w ludziach. Spoko.)

A niekwestionowaną gwiazdą mojego urlopu został ojciec mój rodzony. Tak.

Ostatniej nocy Robert odczuł nieprzepartą potrzebę uzupełnienia poziomu płynów w organizmie.
(Głównym winowajcą zapewne był wspomniany już tu trunek owocowy. Ale mogę się mylić.)
Otóż Robert powlókł się do łazienki w celu nawodnienia. Jako że wejście do łazienki na górze skutecznie blokowała śpiąca Hana, Robert – nie chcąc budzić psa (i połowy domu) – powlókł się na dół, zapominając o pewnym drobnym szczególe…

Alarm rozwył się na całą wieś! Cała chałupa wraz z połową sąsiedztwa powstała na baczność!
Zerwaliśmy się z łóżek – kompletnie zdezorientowani i półprzytomni.

Co za akcja! Moja matka – totalnie przerażona – nawołuje ojca. Onego brak.
Wybiegamy na podwórko – tatko mój, z rozwianym włosem, roziskrzonym wzrokiem i z wiatrówką w rękach, gania jak oszalały po ogrodzie. W samych jeno gaciach.
Mamcia: Odłóż tą wiatrówkę! Oszalałeś?!
Ja: Tata, weź no! Postrzelisz się i będzie bolało!
Tatko: Cooo?!
Mamcia: Dziecko ci mówi, żebyś odłożył wiatrówkę! Bo postrzelisz się w piętę, Achillesie!
Tatko: Cooo?!!!
Mój brat, z okna: Głupie baby! Dawaj, ojciec! Nie słuchaj ich! Zostań bohaterem we własnym domu!

I tak o.

Decyzja powrotu do domu w sobotę, zamiast w niedzielę, żeby dać sobie dzień urlopu po urlopie, była jedną z najmądrzejszych decyzji w moim życiu…
Nieprawdaż?…

Ileśtam lat minęło jak jeden dzień lalala

Wyjeżdżamy.
Robimy se poczwórne urodziny. A co!
U moich rodziców, bo oni mają dużo miejsca.

Gdy zajrzę tu następnym razem, to:

  • będę miała już dużo lat – cokolwiek to znaczy…
  •  nadal będę miałą fryzurę pt.: „Wybuch w radzieckiej fabryce makaronu” (szefowa dziś rano: Marta, po urodzinach może uczesz się w końcuTaaa…)…
  • nadal nie będę długonogą blondynką, zgrabną, niebieskooką pożeraczką męskich serc…

I znowu nie zdążę:

  • zrobić kariery;
  • zarobić pierwszego miliona;
  • napisać książki;
  • namalować dzieła sztuki;
  • nauczyć się prasować;
  • zacząć ubierać się elegancko;
  • oduczyć się picia w łóżku;
  • wyrobić w sobie nawyku otwierania dzioba w odpowiednich momentach i wypowiadania odpowiednich kwestii;
  • przestać drzeć japy bez sensu;
  • nauczyć się robienia obiadu z trzech dań i generalnie prawidłowego prowadzenia domu.

No i trudno.
Będę musiała dalej z tym żyć.
Inni też. 😉