List do fundacji

Piszę na blogasku, żeby ulżyć sobie. Tylko i wyłącznie. Bowiem doskonale wiem, że żadna fundacja tego nie przeczyta.

Gdybym zamieściła poniższy post na fb, zalałaby mnie fala hejtu, a na to ostatnimi czasy nie jestem psychicznie odporna.

Otóż…
Często natykam się na wpisy typu: Znaleźliśmy miot kociąt, potrzebny na cito dom tymczasowy, wystarczy miejsce w łazience.
A następnie rozpaczliwe: My już nie mamy u siebie miejsca! Nie możemy ich przyjąć!
A w domyśle: Poświęcamy się! My mamy już zajęte kotami wszystkie pokoje, kuchnię i łazienkę. A ty? Masz możliwości, wolne metry kwadratowe, pustą łazienkę i chwilę czasu… Spójrz na te cudne puchate kiciusie… Dlaczego jesteś taką nieczułą świnią i nie chcesz pomóc?

Nie jestem nieczułą świnią.
Wręcz przeciwnie.
Pięć mco w moim domu nastało, gdy znajdowałam się w niezłej sytuacji finansowej. Potem moja sytuacja zawodowa, a co za tym idzie – finansowa, zmieniła się diametralnie. Gdy Maniek odchodził, nie stać mnie było na ratowanie go za wszelką cenę, finansowanie kosztownych badań, analiz, prześwietleń, leków… Udało się za to wszystko zapłacić dzięki pożyczkom ze źródeł wszelakich i pomocy przyjaciół. Walkę przegrałam, ale wiem, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy…

Do stada dołączył po jakimś czasie Miki – to była decyzja nagła, spowodowana impulsem, tęsknotą Rudolfina za bratem, tęsknotą moją za Maniutkiem…
Majkel odszedł po półtora roku wskutek nagłej infekcji – również wcześniej walczyłam, leczyłam, ratowałam, uzyskałam pomoc od bliskich, również się zapożyczyłam (kredyt spłacam do tej pory). Ale to było najważniejsze, to mogło uratować mu życie. Niestety, znowu przegrałam… Ale też wiem, że zrobiłam wszystko, co tylko mogłam.

(Ale… Przecież jest Paweł, ne spa? Przecież mógłby mi pomóc…
Mógłby. Gdyby wiedział.
Nie zna wysokości moich zarobków. Nie zna mojej sytuacji.
Nie mam w zwyczaju pasożytować na mężczyźnie i jego koncie.
Paweł czasem zatankuje mi samochód… Czasem uzupełni zawartość lodówki…
Mam nadzieję, że powyższe braki zrzuca na karb mojej sklerozy i beztroski. Mam nadzieję, bo trochę go już znam i wiem, że jest niegłupi…)

Niedawne przygarnięcie do domu tymczaski – Ósemki – również spowodowane było impulsem. Zero zdrowego rozsądku… Ot, wrosła mi w serce. Ot, mała, zdrowa, dużo miejsca nie zajmie. Ot…

To już za dużo.
Wiem. Zdaję sobie sprawę.

Słodki koci miocik na tymczas?…
Tylko kawałek łazienki, bo my nie mamy już miejsca?…
Pięć maleńkich koteczków na chwilkę jeno?…
No żesz miauwa, czemu nie mogę?…
Otóż nie mogę, bo z pięciu słodkich puchatych kuleczek zaraz mi wyrośnie pięć dorosłych kotów. Zdrowych, pięknych, dorodnych.
Ale co z tego, skoro nikt ich nie zaadoptuje na stałe?
A wówczas  fundacjo kochana  wypniesz się na mnie stwierdzając: Wzięlibyśmy, ale rozumiesz… U nas nie ma już miejsca…
A ja skończę z dziesięcioma kotami, na których utrzymanie mnie nie stać.

Dlatego, droga fundacjo!
Dlatego.

Z kwiaciarni na porodówkę

– A może te weźmy? Są ładne.
– Zwariowałeś? To chryzantemy, ośle. Na pogrzeb idziemy czy co? Myślę, że te.
– Goździki? Weź, tumanie! Dokup jeszcze parę rajstop. I frytki do tego.
– A ty se dokup komplet zniczy do tych swoich chryzantem. Zobacz, promocja jest. Trzy w cenie dwóch.
– A ty…
– Panowie, spokój! Młoda lubi słoneczniki. Kupmy słonecznik i po sprawie.
– To ona ma go jeść czy wstawić do wazonu?…

Czuję się czasem jak przedszkolanka.
(– Jesteś u pani!
– Prze pani, a on się przezywa!
– Prze pani, on zaczął!
)
Matko święta…

Dziś o dziesiątej rano ponownie zostałam ciotką. 🙂
Moja siostra była bardzo dzielna…
– Nie, nie chcę znieczulenia. Poprzednim razem jakoś dałam radę bez, to teraz też dam. Kiedyś kobiety rodziły na polu, w trakcie wykopków. Nie można się nad sobą zbytnio rozczulać.
A po godzinie…
– Gdzie jest, kuźwa, ten pierdzielony anestezjolog?!!! (wersja grubo ocenzurowana)

Potem było już z górki i siostra moja uwinęła się w dwie kolejne godzinki.
Jestem z niej dumna jak stado pawi. 🙂

Upominek

Jakieś bydlę z gatunku ssaków z rzędu drapieżnych z rodziny kotowatych (ściślej: Felis catus domesticus) postanowiło mnie z rana uszczęśliwić prezentem. Nie wiem które, bo jakoś żadne nie oczekiwało przy łóżku na wyrazy wdzięczności i uznania. Ciekawe, miauwa, czemu.

Otóż obudziłam się, przeciągnęłam leniwie i otworzyłam oko… I owe jedno oko zarejestrowało masakrę… Martwego pająka wielkości owczarka, leżącego na mojej poduszce.
Załączyłam opcję wrzask mode:on i wybiegłam z sypialni. Chyba nadal biegnę. Nie wiem, bo od rana mam zawał.
(Można mieć zawał tyle godzin?)

Paweł zaś – podły zdrajca – zamiast mnie w nieszczęściu wesprzeć słowem i czynem, o mało czkawki nie dostał ze śmiechu.
Słowo daję, gdybyśmy byli złączeni sakramentem, już bym leciała do urzędu z papierami rozwodowymi. I kit mnie, że sobota! Tam do urzędu… Do Watykanu bym pędziła, z podaniem o natychmiastowe unieważnienie związku!
Ale, ponieważ złączeni nie jesteśmy, pozostaje mi jeno foch… Za to spektakularny – również na koty.

Miauwa, moje biedne, sponiewierane serducho…

Kocie tematy zastępcze

Brzydalka nigdzie nie mogę znaleźć. Robię rekonesans po okolicy codziennie.
Nic. Zero. Nul. :/

Kupiłam próbkę nowej kociej karmy do sprawdzenia podniebień. Futra rzuciły się jak dzikie.
Następnie Iwa obrzygała mi buty.
I tak o.

A dziś, po pierwszym zadzwonieniu budzika, ktoś wskoczył na łóżko i ułożył mi się na kołdrze w nogach… Spojrzałam… Ósemka! Bałam się poruszyć z zachwytu!
Gdyby nie fakt, że telefon był poza zasięgiem mojej dłoni, wzięłabym urlop na żądanie. Żeby nie musieć wstawać z wyrka. 🙂 

Są takie dni w życiu żółwia… 9

Przyjechała Hanka.
Z wzorzystą chustką na głowie zamiast burzy loków, lżejsza o jakieś dziesięć kilo, co sprawiło, że jej twarz wydaje się mniejsza, a jej wielkie brązowe oczy jeszcze większe. 
Ma piękne oczy, lekko skośne, prawie czarne. Zawsze chciałam mieć takie oczy. 
Przekazała je synom w genach. Wraz z tym swoim cudownym uśmiechem. 
Szczęściarze…

Zrobiła tę swoją cudowną lazanię.
Poprosiłam, żeby mnie nauczyła.

– Słoneczko, jeszcze się nie żegnamy. Nauczę cię następnym razem. Dziś jestem już zmęczona. Położę się, ok?

Mam gulę w gardle.
Strasznie się trudno pozbyć…
Takiej guli…

Klepią i klepią…

Zarobiona jestem wyciąganiem cyferek. Przy czym cyferki raz wyciągniete, nijak się mają do cyferek wyciągniętych ponownie, choć w oparciu o dokładnie te samiutkie założenia. Widział ktoś takie cuda? Bo ja regularnie.

Na domiar złego przylazła mi jeszcze upierdliwa sąsiadka, z chytrym uśmieszkiem, świdrującym wzrokiem i pytaniem, czy mogę jej jakiegoś mężczyznę wypożyczyć, bo musi przestawić pralkę.
Wykazałam skruchę bardzo nieszczerą i oznajmiłam, że sama jestem, a mężczyźni wyjechani za zachodnią granicę. Po nowy wóz. I trochę im pewnie zejdzie, bo klepią… Klepią i klepią i ciągle nie mogą dojść, co to za marka – z której strony by nie klepali, wychodzi im przystanek autobusowy… Taki lajf.

Sucz jedna… Kiedyś wjechała mi tu z tekstem błyskotliwym: Czy jest któryś z pani mężów? Potrzebuję pomocy do przestawienia szafy.
I do tej pory nie mogę sobie darować, że mnie przytkało. I że nie jestem mistrzem refleksu i ciętej riposty, jak na przykład Marrgo, która sugerowała, żeby następnym razem odpowiedzieć, że żaden z moich mężów kominiarzem nie jest i że do przetkania komina pani potrzebuje raczej ekipy bardziej specjalistycznej.
Ech…

Wracam do cyferek zatem.

Pokuta

To będzie moja kara za złośliwość. Kara za to, że tak ochoczo wytykam palcem innych i się z nich nabijam, a sama jestem bezmyślna, rozkojarzona i w ogóle nieprzystosowana do życia w społeczeństwie.  

Bo – skoro jestem taka mądra – to mam napisać, co sama wyprawiam i co miewam w lodówce.

Proszę bardzo!
Napiszę!
Wielkie mi co.

Otóż Paweł znalazł w mojej lodówce słoik z ogórkami konserwowymi, przeterminowanymi o rok.
No wielkie mi halo!
Primo: nikogo to nie interesuje.
Secundo: nie takie rzeczy się jada, jak jest rewolucja.
Tertio: to ogórki z moich ubiegłorocznych urodzin – miałam prawo czuć do nich przywiązanie!

(Bo ja, wbrew pozorom, jestem bardzo sentymentalna. Nie tak jak niektórzy, co wysyłają ogórki w kosmos tylko dlatego, że są trochę niejadalne.)

– Za karę napiszesz o tym na swoim blogu, a nie tylko o tym, że nie naprawiłem lodówki przez miesiąc – obwieścił Paweł i naprawił lodówkę.

(Hjuston, mamy problem…
On wie o blogusiu.
Jestem martwa.)

Waleń na wybrzeżu

Młoda w końcu dostała nowe wytyczne od lekarza prowadzącego. Zamiast leżeć na desce, ma chodzić. Chodzić, chodzić i jeszcze raz chodzić, żeby powoli wywołać poród.

Współczuję jej bardzo – kiepsko się wstrzeliła z rozwiązaniem w takie upały… 
Wyciągnęłam ją dziś na spacer po plaży. A gdy zaproponowałam, żebyśmy posiedziały na piachu, zaoponowała stanowczo: Żartujesz? Zaraz by powiadomiono Bałtycki i Wyborczą, że walenia na brzeg wyrzuciło!

Moja kochana dzielna siostra. 🙂 

Update do poprzedniego wpisu:
Błagam, traktujcie moją bazgraninę nieco z przymrużeniem oka, tak? Ja naprawdę bywam całkiem sympatyczna i nie jestem zrzędliwą heterą. Ale czasem każdy musi nieco spuścić powietrza z wentyla. 😉
Zapewniam, że w niniejszej produkcji nie ucierpiał żaden samiec. A Paweł zwłaszcza. 🙂

(Btw gdyby ktoś na niego najechał, byłabym w stanie przegryźć aortę. Ale mi czasem najeżdżać wolno, taki mam przywilej. Sobie samej aorty nie przegryzę, nawet gdybym bardzo chciała. 
Buźka. 🙂 )

Pomarudzę trochę, ok?

Mężczyźni to gatunek mało skomplikowany, prosty w obsłudze jak budowa cepa. W końcu potrzebują do rozruchu jeno jednej dźwigni, ne spa? Znam też takich, którzy nie mają podzielności uwagi do tego stopnia, że gdy cała para idzie w dźwignię, nie starcza już energii na pobudzenie zwojów mózgowych. 

Ale to temat na osobny wpis.
Do rzeczy zatem…

Jak już wspomniałam – to gatunek prosty. Oni nie łapią niuansów, aluzji, sugestii. Gdy czegoś od nich oczekujemy, musimy im to pokazać palcem. I zwerbalizować owo oczekiwanie. Z nienaganną dykcją. Subtelnych przekazów podprogowych nie ogarniają.
Czasem trzeba werbalizować kilkakrotnie – do skutku.

Poprosiłam Pawła o naprawienie mojej lodówki. Coś jej się stało w drzwiczki – ułamał się jakiś wihajster i gdy otwieram ją zamaszyściej niż zwykle, jedna z półeczek ląduje na podłodze. Zatem poprosiłam, łechcząc równocześnie męskie ego: Wiesz, sama bym to naprawiła, ale ty na pewno zrobisz to lepiej.
I tak łechczę to jego ego od jakiegoś czasu… Od jakiegoś miesiąca.
Brak czasu, skleroza, lodówka nie po drodze, takie tam, wiecie.

Dziś rozmroziłam moją bidulkę, a półkę z drzwiczek ostentacyjnie położyłam na środku stołu. Dookoła nakleiłam karteczki ze strzałkami.

Myślicie, że zauważy?… :/

W temacie byłych

Pojechałam do siostry na herbatkę.

Zaczęło się niewinnie – od rozmowy na temat trójmiejskich restauracji. Zaczęłyśmy wspominać westchnięciem głębokim czasy, kiedy to nam się powodziło nieco lepiej i tu i ówdzie się bywało.

Młoda: Albo ta knajpka w Sobieszewie. Jaką tam mieli flądrę… Matko święta… Kochanie, pamietasz? Byliśmy tam kilka razy.
Szwagier: Obawiam się, że nie ze mną tam byłaś, kochanie.

Zgrzyt.

Młoda, plącząc się nieco: Oj, z tobą też byłam. No nie pamiętasz?… Trzy lata temu w wakacje…
Syknęłam: Nie brnij…

Siostra moja rączym kłusem udała się do kuchni. Znaczy – umówmy się – kłus miał być rączy w założeniu. Bardzo trudno jest kłusować kobiecie w dziewiątym miesiącu ciąży. A co dopiero rączo.
Po chwili dobiegło nas: bum! chlast! zgrzyt! jebut! oraz: Kochanie, ile razy mam cię prosić, żebyś odkładał patelnię na miejsce? Chyba ci trzeba rysować, skoro słowo mówione nie dociera.

Szwagier posłał mi zbolałe spojrzenie: Ona zawsze była taka zrzędliwa?
– Każda się taka robi po ślubie.

Westchnienie: Nie każda…

Z kuchni urocze: To sobie, kuźwa, zmień!

No, jakże miła, rodzinna atmosferka. 🙂

Swoją drogą, siostrę rozumiem. Ma prawo zrzędzić. I basta.
Niech się nazrzędzi na zapas, bo potem nie będzie miała za bardzo czasu.