Dlaczego walczę…

Bowiem postanowiłam zawalczyć o kolejnego ulicznego kota.

Jest wychudzony, bardzo chory, cierpiący i okropnie brzydki. Tak brzydki, że każdy mijający go przechodzeń odwraca wzrok. Tak najprościej, ne spa?
Widuję brzydala od wielu dni. Dokarmiam. Podaję wodę. I za każdym razem patrzę w te jego proszące oczy i serce mi pęka.

Poprosiłam fundację o pomoc w odłowieniu kota. Co dalej? Dalej pobyt w klinice, badania krwi, antybiotyki, środki na odrobaczenie, testy na obecność wirusów. Nie stać mnie na to, zatem – gdy już uda się go złapać – będę prosić Was, drodzy Czytelnicy, o wsparcie.
Jak już poprosiłam użytkowników Garnka.
Nie mogę wziąć go do siebie, bo prawdopodobieństwo, że brzydalek jest nosicielem groźnej kociej wirusówki, jest praktycznie stuprocentowe. Z Felv i Fiv kot może żyć, długo… Niestety nie w towarzystwie innych kotów…
Kocurek wróci do swojego świata, za to bez bólu. 
Jest szansa. 

Padło pytanie: Pani Marto, czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że próba leczenia tego kota może zakończyć się porażką?

Nie jestem katoliczką. Nie biegam co niedziela do kościoła.
Ale wierzę w siłę wyższą, która ten nasz cały ziemski całokształt ogarnia.
Walczę o brzydala z czystego egoizmu.
Tak właśnie.

Bo kiedy odejdę z tego łez padołu, Ktoś może mnie zapytać: Widziałaś. Wiedziałaś. I co zrobiłaś?

Chcę odpowiedzieć na to pytanie bez wahania, z dumnie uniesioną głową.

Łikędunio

Miły mój rzucił mnie w piątek na cały łikend i wyjechał do Malborka, oznajmiając: Wychodzę po zapałki, wracam w niedzielę. Zajrzysz do Piotrka? Przeziębiony coś jest… Przypilnuj go, żeby nie wstawał. I postaraj się nie narozrabiać, tak? Grzeczna bądź. No.

Ofiarnie pojechałam do Piotra, zabierając na wszelki wypadek notes i dwa długopisy. Wszak mężczyzna chory, to mężczyzna umierający. A nuż będzie chciał pisać testament?… Musiałam być przygotowana.

Jednakże Piotr bynajmniej nie umierał, czym zawiódł mnie srodze, nie powiem. Spędziliśmy wspólnie męski wieczór, gadając o życiu. A zaprawdę zaprawdę powiadam Wam, żeby przeżyć gadkę o życiu z Piotrem, trzeba mieć mocną głowę i wytrzymałą wątrobę. Ech…
Ale, jak powiada wyżej wymieniony: na upór kobiety, płacz dziecka i ochotę na wódkę jeszcze nikt nie wymyślił nic mądrego.

Sobotnie popołudnie postanowiłam spędzić na świeżym powietrzu, w towarzystwie Jany. Wałęsałyśmy się po plaży jakieś trzy godziny… W upale… Z nieprzykrytymi łbami…
Pięknie, miauwa. Doprawdy wybornie. Czuję, że zaliczyłam lekki udarek.

(Zdycham dziś zatem. 
Szczerze mówiąc, wolałam kaca…)

Niedziela również biutiful. Zgubiłam. Znowu. Kartę płatniczą zgubiłam.
To już nawet nie jest śmieszne. Wręcz robi się nudne.
Znowu zgubiła kartę… Pfff!

A przecież obiecałam, że będę grzeczna. Że nic nie wywinę.
Trochę mi nie wyszło…
Ale starałam się, ne spa?

Boże, dlaczego ja jestem taką pierdołą?!

Sen

Śniło mi się, że zwiedzałam egzotyczną wyspę. Była bardzo górzysta i cała porośnięta bujną trawą, bez żadnych drzew. Choć ostro świeciło słońce, było zimno i wiał silny wiatr (włączenie warunków zewnętrznych w fazę projekcji stanu REM).
Wspięłam się na sporą górę, z której miałam widok na prawie całą wyspę i oblewające ją morze. Spojrzałam w dół.
A tam, w dole, chmara ptaków wykonywała lot synchroniczny.
Akurat zakręciły pętlę i leciały w moją stronę. Setki, tysiące ptaków przelatywały furcząc i piszcząc nad moją głową. Jeden nie wyrobił na zakręcie i wyrżnął mnie prosto w twarz, wybijając mi trzy zęby z dolnej szczęki…

Jakieś pytania?…

Na trasie…

Paweł wracał dziś z Warszawy. Wanem kolegi. Darka. Darek prowadził, Paweł siedział obok, mama Darka siedziała z tyłu.

Fantastyczne warunki do jazdy, pusta droga, grające radyjko. Luzik.
I nagle Darek zesztywniał i puścił kierownicę…

Paweł przytomnie ją złapał i zaciągnął hamulec reczny. Auto zaparkowało w rowie.
Rozpoczął akcję reanimacyjną Darka i nie wstrzymał jej do przyjazdu karetki. Niestety, serce nie dało rady. Rozległy zawał.

Matka Darka w rozsypce… Jej dziecko zmarło na jej oczach…
Facet miał czterdzieści cztery lata… Boże…

Paweł w kompletnym kanale. Nie odzywa się. Totalnie, miauwa mać, zaniemówił… 😦

Panowie (i Panie ofkors!), badajcie swoje serducha.
Pięknie proszę…

Czyszczenie cache

Zastanawiałyśmy się z Janą, co nas najbardziej wmauwia.
No i znalazło się. 
Ukryte kurewstwo.

Najgorszym rodzajem ukrytego kurewstwa jest krążenie wokół naszego partnera w celach wiadomych. Są niestety na tym łez padole panie, które potrafią się uśmiechać do nas słodko, zgrywać przyjaźń jak ta lala, a drugim okiem i wszelkimi feromonami wodzić za naszym chłopem, byle by ją tylko bzyknął.

A wara!

Musiałam wykasować kolejną damę z grona moich znajomych.
Bynajmniej nie na fejsbuku… :/

Na skejpie

Umówiłam się z mamą na ploty onlajn.

– Mamuś, a jak tam wasze futra?
– A dobrze. Hana gruba jak beczka. W te upały nie chciało jej się biegać.
– Oj tam, od razu jak beczka. Na pewno przesadzasz.
– Nie przesadzam, sama zobaczysz, jak przyjedziesz. A koty, cóż… Czarny robi się coraz bardziej pro – przychodzi na głaskanie, mruczy i rozkłada się brzuchem do góry. A Rudy…
– Co Rudy?
– Wiesz, nie chciałam cię denerwować, jak zdarzyło się pierwszy raz… Sama byłam cała w stresie… Już przywykłam.
– Co z Rudym?
– A nic. Zdarza mu się nie wrócić na noc. Potrafi nie pojawić się dwa dni. Jak nic gdzieś się łajdaczy. Po takim dwudniowym łajdactwie przybiega upiornie głodny…

Paweł zza moich pleców mruknął: No proszę, to zupełnie jak nasz Piotruś Pan…

Moja matka, bardzo rzeczowo: Cóż… Od razu uprzedzam na przykładzie Rudego  kastracja nic nie daje.

Padłam.
I nie wstanę.
Tak będę leżeć.

:)))

Nie cierpię poniedziałków

Dzień od początku do dupy.
Zaspałam do pracy.
Potem utknęłam w mega korku.
Następnie usiłowałam pomóc w łapaniu chorej dzikiej kotki. Nie powiodło się. Następna próba jutro. Inną metodą. Uda się. Co nie zmienia faktu, że jestem zła.
Później wracałam do domu kompletnie inną trasą niż zazwyczaj. 
Przypadek.
Ten biedak przycupnął na środku jezdni i wyglądał, jakby spał. Ot, poddał się. Kierowcy starali się go omijać, ale nikt nie okazał specjalnego zainteresowania.
Zatrzymałam auto, włączyłam awaryjne, wstrzymałam ruch na obu pasach.
Zgarnęłam gamonia z jezdni i zawiozłam do lecznicy. Godzinę temu pojechał do Ostoi.

Uratowałam gołębia.
Znaczy dzień nie do końca do dupy.

Ważne sprawy na mieście

Weekendy są między innymi po to, żeby człowiek się porządnie wyspał. Przynajmniej ja i grono mi najbliższe z takiego założenia wychodzimy. Zatem, gdy Paweł wyrwał rano w teren, tłumacząc się ważnymi sprawami na mieście, powinno mnie coś tknąć. A nie tknęło.

Około południa zadzwoniła zapłakana młoda.
– Jezus Maria, siostra, co się stało?!
– Ależ ty jesteś super, normalnie nie wiem, co powiedzieć.
– No wiem, że jestem super. To oczywiste. Dlatego wyjesz?

– (chlip)
– Siostra, co się dzieje?
– Dziękuję ci, kochana.

Hm… Hmmm… Hmmm…
Jako, że młoda nie pije, a mimo to bredzi, miałam nietęgą zagwozdkę.
I dopiero w tym momencie mnie tknęło.

Otóż ważne sprawy na mieście okazały się konspiracyjną wycieczką do Decathlonu w celu nabycia roweru dziecięcego. Nowy wypasiony rower w kolorze blue Paweł zawiózł od razu mojej siostrze.

Junior wniebowzięty, młoda zaryczana, a ja…  jakaś taka głupio szczęśliwa. I trochę wzruszona. I dumna jak stado pawi.

🙂

Ech… 10

Generalnie dobry ze mnie człowiek. I zasadniczo nikomu źle nie życzę. 

Ale skurwielowi, który zaiwanił z klatki schodowej mojej siostry wózek spacerowy i dziecięcy rowerek, z całego serca życzę, aby mu te złodziejskie łapska uschły i odpadły.
Pal sześć wózek… Ale jaką mendą trzeba być, żeby ukraść dziecku rowerek?… Miauwa no.

Tak się złożyło, że dwa dni temu dostałam od znajomej bajerancki jeździk Chicco. Zatem zapakowałam go do samochodu i pojechałam do młodej. Junior jest zachwycony. Zabawka trochę mu wynagrodziła stratę.

Moja siostra lekko na wykończeniu. Psychicznie i fizycznie. Ma już monstrualny brzuch i głównie leży, bo dwupak szaleje za czterech.

– Kurczę, dżunior się tak nie wiercił, a teraz jest żywym dzieckiem. Skoro oni są już teraz tak niezmordowani… Siostra, zaczynam się bać…

Kciuki za młodą mode:on.
Jest bardzo dzielna.