Nikt nie obiecywał, że będzie lekko

Rano wstaję tak późno, że nie mam praktycznie na nic czasu. Zatem ograniczam poranne czynności do niezbędnego minimum. Nie, żebym była taka obowiązkowa i punktualna, nie, nie… Szkopuł w tym, że przy zakładzie mamy parking w wersji mikro – o siódmej trzydzieści mam możliwość jeszcze się tam wcisnąć, pół godziny później jest już walka o ogień i zero szans.

Zorientowałam się właśnie, że od piątku nie rozczesywałam włosów. Ot zbieram je rano w koński ogon, związuję i w galop. Paweł dziś pieszczotliwie chciał mi je przeczesać dłonią i… nie mógł wyplątać palców. Serio serio.

Oświadczyłam, iż hoduję dredy. Robię się na rasta.
Strzelę sobie jeszcze jakiś ciekawy kolorek… Zielony może nie, ale rozważam wiśnię holenderską.
I kolczyk w nosie.
I w łuku brwiowym.
I tatuaż na karku.
I zapas marychy na stresujące chwile w robocie.
(I tak mnie, kurna, nie zwolnią.)
I niebieskie brwi.
I zasmażka.

Coś poirytowana chodzę ostatnio. I nie ma to najmniejszego związku z moją dietą. Ani z faktem, że ludzie w pracy obżerają się lodami. I kebabem. I pizzą. A po pracy usiłują wyciągać mnie na piwo. Nic a nic.

Oj tam, oj tam… Za to już za chwileczkę, już za momencik wlezę w swoje ukochane portki. A te wredoty w robocie znowu będą pytać, jak ja to robię. A ja znowu odpowiem z nieskrywaną satysfakcją: Gdy wy wpieprzaliście szarlotkę z lodami, ja wsuwałam jabłka. Pfff!

Chce mi się solonych orzeszków.

Kuchenne rewolucje 11

Jestem na diecie. Znowu. Ja i mój najserdeczniejszy przyjaciel Hashimoto musimy od czasu do czasu za siebie się brać, inaczej łatwiej by nas było przeskoczyć, niż obejść.

Z mojego jadłospisu chwilowo zniknęło pieczywo, ziemniaki, makarony i kasze. Jestem zdana na pastwę zielska – za to w każdej postaci.

Piotr postanowił ubarwić mi nieco życie i pichci ratatuję. Taka trochę ryzykantka ze mnie – mimo, że wiem, iż potem trzeba będzie remontować kuchnię, przyzwoliłam. Ratatuję robi wspaniałą.
Są i minusy. Piotr w trakcie gotowania śpiewa. Dość głośno.

Razem z Pawłem spieprzyliśmy na taras i zamierzamy przeczekać. Koty pochowały się po kątach. Ósemka siedzi pod łóżkiem. Moi sąsiedzi prawdopodobnie też.

Z kuchni dobiega apetyczny bulgot i mniej apetyczne:

Zabiłem byyyka, cóż to dla mnie byk!
Krew z byka siiika, siku siku sik!

Zabiłem szczuuura, cóż to dla mnie szczur!
Krew ze szczura szuuura, szuru szuru szur!

Wielki Serwerze, spraw, proszę, aby ta ratatuja była tego warta…

Radio taxi

Gdy zamawiam taksówkę, często z automatu recytuję adres wraz z numerem mieszkania.
– Na które piętro kierowca ma wjechać? – Zapytała wczoraj uprzejmie dyspozytorka.

To jest nic.
Paweł kiedyś, zamawiając taxi, powitał dyspozytorkę nabożnym: Niech będzie pochwalony.
– Na wieki wieków – odpowiedziała machinalnie.
I przez resztę rozmowy zwracała się do niego „proszę księdza”.

Jednak niekwestionowane pierwsze miejsce na podium zajęła wczoraj Jana, dzwoniąc po taksówkę z baru…
– Chciałabym zamówić taksówkę.
– Bardzo proszę. Na jaki adres?
– Adres? Jezu… Chwileczkę… Ludzie, gdzie ja jestem?

Począteczek łikędziku bdb. 🙂

Odgruzowałam się w końcu

Ósemka jest u mnie od 22 czerwca. Oswajam ją powolutku, acz konsekwentnie. Niewskazany jest najmniejszy nawet stres, żeby kotka mi się na nowo nie wycofała.

Zatem od 22 czerwca żyję bez odkurzacza. Miotła i szmata nie dają rady… Tonę w kocim żwirku i kłakach dwadzieścia trzy dni, co daje nam pięćset pięćdziesiąt dwie godziny bez odkurzania. Dramat, ne spa?

A dziś postanowiłam zaryzykować. Trudno.
Z drżącym sercem go wypakowałam. Żałując, że nie mam w domowej apteczce środków uspokajających, soli trzeźwiących, ani sprzętu do resuscytacji, uruchomiłam potwora. Zacisnąłam zęby, wstrzymałam oddech i przystąpiłam do odkurzania sypialni.

Następnie – nadal na wdechu – zajrzałam do pokoju, w poszukiwaniu półżywego kota w stanie przedzawałowym albo – co gorsza – jego zwłok. Zakradłam się na paluszkach, patrzę… a kocie zwłoki siedzą sobie ze znudzoną miną na drapaku i dokonują ablucji.

Letko zgłupiałam, przyznaję.
Zatem złapałam odkurzacz i wywlokłam go przed sam drapak. Włączyłam i…

Iwa ukryła się w budce z miną pt.: Nie, żebym się bała odkurzacza. Nic z tych rzeczy. Po prostu nagle odczułam nieprzepartą potrzebę oddalenia się na stronę, aby oddać się rozmyślaniom nad sensem życia.
Ósemka zaś wskoczyła na budkę i dalej że wymacywać Iwę łapką: Wyłaź, głupia! Tu akcja jest! Najlepsze przegapisz!

I wtedy do mnie dotarło.
Ta kotka całe swoje dotychczasowe życie spędziła w sąsiedztwie bardzo ruchliwej ulicy – w towarzystwie huczących ciężarówek, trąbiących klaksonów, pracujących młotów pneumatycznych.
Więc jakim niby cudem miałaby się bać pospolitego odkurzacza?

Durna niutax, oj, durna…

Ósmy cud świata

O czwartej nad ranem pod łóżkiem namierzono piłeczkę z dzwoneczkiem. Tadam! Cóż to się działo! Radosne harce, hulanki i swawole bitą godzinę, hej!

(Do pracy dojechałam na autopilocie, wyglądając jak nieboszczka po trzech ekshumacjach, hej!)

Małe czarne dzielnie już wypuszcza się na zwiedzanie domostwa. I niechże ktoś małemu czarnemu spróbuje wejść w drogę… Dziewczyny próbowały – zostały obrzucone stekiem wyrazów wszelakich (pch pchhh pchhhh mrauuu!), a Rudolf zarobił krótki łomot z liścia.

(Gdyby mi facet próbował bezceremonialnie obwąchiwać zadek, też nie przebierałabym w środkach.)

Małe czarne odkryło już drapak i pozostałe michy z żarciem, z których skwapliwie korzysta. Grzechoczące myszki to jest prawdziwy szał ciał i małe czarne szaleje z nimi, jak niezrównoważone psychicznie kocię. To jej pierwsze myszki w życiu, niechże szaleje.

A dziś Kuzcos Diamentos – ta kocurza mameja – przysiadła sobie na drapaku, nieświadoma zasadzki, i zaczęła beztrosko zamiatać ogonem. Błąd! Karygodny błąd! Małe czarne bowiem już czaiło się podstępnie za winklem. I nagle: cabas! Czekoladowa kita Kuzco okazała się zarąbistą wędeczką do upolowania.

Histeryczny wrzask kocura sprawił, że w jednej sekundzie zmaterializowałam się w pokoju.
Miauuuwaaa! Coś mi się do tyłka przyczepiło! Ratunkuuu!

Musiałam mocno przytulić sierotę, co by ukoić rozkołatane kocie serce i zranione ego.
Taka sytuacja.

Ale ta duma w oczach Ósemki – bezcenna: Upolowałam! Takiego wielkiego kloca upolowałam! I kto jest mistrzem?


Jestem nią abso-miauwa-lutnie oczarowana. 🙂


Nuuudy, panie…

Obrzydliwa pogoda – albo tropiki, albo wmordęwind.
Wszyscy w pracy (w takich chwilach doceniam budżetówkę, doprawdy).
W telewizji jedno wielkie łajno.
Książki przeczytane. 
Nudy jednym słowem.

Ale ja, gdy się nudzę, zaczynam być niebezpiecznie twórcza. Dziś postanowiłam ponudzić się w kuchni i w rękę wpadła mi krajalnica do jajek.
I voila! Siedziałam chwilę bezmyślnie z urządzonkiem w dłoni i w pewnym momencie zaczęłam sobie niewinnie na nim brzdąkać…
(Nie na darmo w końcu wykształcenie muzyczne się posiada, ne spa?)

Pierwsze takty „Dla Elizy” mam już opanowane… Przyrządzik nie ma wprawdzie dużych możliwości, ale powoli dzielnie przymierzam się do „Sonaty Księżycowej”...

Jeśli tak dalej mi będzie dobrze szło, przewiduję wkrótce najgorętszą premierę miesiąca: mój debiutancki recital „Beethoven na krajalnicy do jaj unplugged” w formacie mp3.
Tylko dla koneserów.

Czasami

Czasami mam tak, że rzeczywistość mnie przerośnie, że nie mam na coś wpływu. A ja nie cierpię uczucia bezradności. Wściekam się, wierzgam, warczę… I niestety najwięcej dostaje się najbliższym.

Czasami trzeba jednak odpuścić. Wrzucić na luz.

Dziękuję opatrzności, że otaczają mnie mądrzy ludzie, którzy nie zawahają się uraczyć mnie kopniakiem z półobrotu i nakierować mnie z powrotem na ziemię.

Wczoraj – w ramach odreagowania ciężkiego tygodnia, zorganizowaliśmy sobie maraton filmowy. Taki prawdziwy – z piwem i popkornem. Późnym wieczorem zabrakło jednego i drugiego, zatem Paweł robił za celebrytę – w okularach przeciwsłonecznych a la Barbara Cortland i z moim koszykiem w kształcie kota na ramieniu – o dwudziestej trzeciej wstrzymał ruch na Kartuska Street, krzycząc: Z kotem idę! Z kotem! HALT!

Dziś jestem wyspana, wypoczęta i wyluzowana.
I focę Ósemkę. 🙂

Ponieważ…

bardzo osobiste przeżycia zamierzam zachować dla siebie…
Tym razem przez jakiś czas nowej treściwej notki nie przewiduje się.  

Nie wiem, co dodać…
Zatem niczego nie dodam.

Tylko spokój, na spa?…

Jak dobrze mieć sąsiada

Zaznaczam: jestem typem imprezowicza. Uwielbiam się bawić. Lubię ludzi, gwar, zabawę.
Ale wszystko ma swoje granice.

Wyznaję wprawdzie zasadę: żyj i daj żyć innym, ale wczorajszy sobotni wieczór przegiął pałę. A konkretnie moi sąsiedzi. A jeszcze konkretniej: sąsiadki, które postanowiły sobie uskutecznić babski wieczór.

Ok, może chwilowo jestem przewrażliwiona, bo mam zestresowane zwierzę na stanie. Ale gdy mi się na jakimś balkonie laska drze na pół dzielnicy, niczym niezrównoważony psychicznie orangutan, wychodzi mi żyła.

Jana zadeklarowała czynny udział w pacyfikacji pijanych dzieweczek. Jednak finalnie oddelegowaliśmy z misją Piotrka, który ma wprawę i wdzięk.
Otworzyły mu dwie podchmielone panienki, zapiszczały i zaczęły zapraszać do środka (łachudry). Odmówił chłodno i walnął z grubej rury, po swojemu: Uprzejmie proszę zakneblować panią, która przez ostatnią godzinę wydziera się tak, jakby odbywała stosunek analny z nosorożcem. W przeciwnym wypadku wywieziemy tę panią do lasu na Wyspę Sobieszewską. Razem z nosorożcem. Czy się rozumiemy?
Panienki z miejsca wytrzeźwiały.
A potem nastała błoga cisza.

(A dziś Ósemka zamruczała.
Albo mi się wydawało. 🙂 )