Rano wstaję tak późno, że nie mam praktycznie na nic czasu. Zatem ograniczam poranne czynności do niezbędnego minimum. Nie, żebym była taka obowiązkowa i punktualna, nie, nie… Szkopuł w tym, że przy zakładzie mamy parking w wersji mikro – o siódmej trzydzieści mam możliwość jeszcze się tam wcisnąć, pół godziny później jest już walka o ogień i zero szans.
Zorientowałam się właśnie, że od piątku nie rozczesywałam włosów. Ot zbieram je rano w koński ogon, związuję i w galop. Paweł dziś pieszczotliwie chciał mi je przeczesać dłonią i… nie mógł wyplątać palców. Serio serio.
Oświadczyłam, iż hoduję dredy. Robię się na rasta.
Strzelę sobie jeszcze jakiś ciekawy kolorek… Zielony może nie, ale rozważam wiśnię holenderską.
I kolczyk w nosie.
I w łuku brwiowym.
I tatuaż na karku.
I zapas marychy na stresujące chwile w robocie.
(I tak mnie, kurna, nie zwolnią.)
I niebieskie brwi.
I zasmażka.
Coś poirytowana chodzę ostatnio. I nie ma to najmniejszego związku z moją dietą. Ani z faktem, że ludzie w pracy obżerają się lodami. I kebabem. I pizzą. A po pracy usiłują wyciągać mnie na piwo. Nic a nic.
Oj tam, oj tam… Za to już za chwileczkę, już za momencik wlezę w swoje ukochane portki. A te wredoty w robocie znowu będą pytać, jak ja to robię. A ja znowu odpowiem z nieskrywaną satysfakcją: Gdy wy wpieprzaliście szarlotkę z lodami, ja wsuwałam jabłka. Pfff!
Chce mi się solonych orzeszków.
