Zieeew

Od poniedziałku praktycznie nie śpię. I nic nie mogę na to poradzić. Znaczy się, niby mogę, ale tylko teoretycznie. Fakty są takie, że łóżko w drugiej sypialni jest pierońsko niewygodne, a w mojej urzęduje Ósemka, so…

Dziwię się Piotrowi, że się tu wysypiał. On twierdzi, że wygaduję bzdury, bo łóżko jest w porzo. Tyle, że on nie ma skali porównawczej.

Szczęśliwie, panna Osiem współpracuje. Coraz częściej wyłazi i paczy tymi wielkimi ślepkami. Dziś była na parapecie. 🙂
Dzielna kicia.

A jutro – przykro mi bardzo – idę na noc do emenemsów. Bynajmniej nie na łajdactwo.
Muszę się gdzieś porządnie wyspać, do jasnej Anielki!
Bo zejdę.

Pięć : JEDEN

O czwartej rundzie nie piszę, bo zrobiliśmy z siebie totalnych głupków, a Ósemka, która ewentualnie przyglądała się nam z oddali, miała ubaw po same pachy.

Złapałam ją dziś sama. Miała do mnie tak wielkie zaufanie, że skupiając się na pałaszowaniu zawartości kociej saszetki, nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogę próbować zrobić cokolwiek w pojedynkę. Nakryłam ją klatką jednym zdecydowanym ruchem – zobaczyłam zdumione oczy i usłyszałam pytający miauk. To wszystko.

Telefon do Jacka…
– Wydział pierwszy, słucham.
– Tu wydział trzeci. Kryptonim: numer osiem. Zapraszam na dół. Over.
– Jezu, masz ją?! Już lecę!

Pomógł mi podłożyć dno pod klatkę i założyć klamry. Następnie zanieśliśmy klatkę do samochodu.

Ósemka nie zestresowała się za bardzo. W samochodzie siedziała spokojnie i tylko wpatrywała się we mnie badawczo: Co ona kombinuje?… Zrobi mi krzywdę, czy nie zrobi?… Eee, jej zapach mi mówi, że spoko… Ale trzeba paczeć. Tak na wszelki wypadek. Tamte też fajnie pachniały…

Aktualnie siedzi pod moim łóżkiem. Dostała do swojej dyspozycji sypialnię. Ma tam duże łóżko, pod którym może się schować, kuwetkę, miseczki z jedzeniem i piciem.
Na razie nic nie tknęła, ale mimo strachu jest bardzo grzeczna – nie płacze, nie rozrabia, nie brudzi…

Co jakiś czas wchodzę i mówię do niej.
Iwa siedzi pod drzwiami i ćwierka zaciekawiona.

Wiem od dziewczyny z fundacji, u której Ósemka przebywała po sterylce, że kicia akceptuje inne koty bez problemu i nie okazuje agresji. Zatem jeden problem nam odpada.

Przeprowadziłam się do drugiej sypialni.


Będzie dobrze, maleńka…
Teraz będzie już dobrze…

🙂

Jako że jestem monotematyczna ostatnio…

… tym razem będzie z innej beczki…

Nasz Borys mieszka na ostatnim piętrze pięknej kamienicy we Wrzeszczu.
Plusy: miejsce i okolica. Minusy: ostatnie piętro. Albowiem z nastaniem pory deszczowej Borysowi zaczął przeciekać dach…
Zadzwonił zatem do administracji w celu zgłoszenia usterki.
– Przyjęłam, zapisałam – rzekła miła pani.

Tydzień później, przy następnej ulewie, z dachu przestało przeciekać, a zaczęło się lać. Zrozpaczony Borys zadzwonił ponownie do administracji.
Miła pani była na posterunku…
– A pan już dzwonił do nas chyba? – Zagadała uprzejmie.
– Dzwoniłem! Tydzień temu dzwoniłem!
– No to ja przyjęłam zgłoszenie, proszę pana.
– I co z tego?! Niagarę fols mam w domu!!!
– No to co ja poradzę? Zapisany pan jest przecież.
– Proszę mi podać swoje nazwisko.
– A po co?
– Chcę złożyć skargę!
– Skargi to we wtorki od 16:00 do 16:15. Dobranoc!

Zdany sam na siebie, Borys postanowił zadziałać na własną rękę. Spisał z gablotki na klatce schodowej telefon do fachmana. Dziwnym zbiegiem okoliczności – nie wiem jakim – był to numer automatycznej sekretarki Banku Śląskiego.

(Ręce opadają, owszem, ale z sufitu się leje…)

W końcu  przydybawszy ukrywającego się notorycznie ciecia (takie hobby grania skrytego szpiega z krainy deszczowców miał chyba, karramba) – wyrwał mu z gardła numer do fachowca.
Fachowiec powiedział tylko: Robi się i nastepnego dnia zaklejał już dziury w suficie.

Chcąc jakoś bezgotówkowo sprawę załatwić, Borys ponownie zadzwonił do administracji, żeby poinformować miłą panią, że fachman był i zrobił, i że zgłoszenie można wykreślić.
Miła pani zdębiała:
– Jak to? Jak go pan znalazł??? My go szukamy od trzech tygodni!

Oczywiście, w tym kraju zdarzają się cuda. A jak!
Ale ja bym jednak za bardzo się do nich nie przyzwyczajała…

Priwiet w Polsze, Borysku. 🙂

Trzy : zero…

Druga próba z Olą, trzecia z koleżanką z pracy…

Przypadek Ósemki jest trudny. Daje mi się wymiziać wszędzie, wytarmosić, wygłaskać… Ale w momencie, gdy w pobliżu jest istota trzecia, dostaje dodatkowych sześciu oczu i robi się nadczujna.

Dziś sama ją spróbowałam chwycić za kark – warknęła, odskoczyła i spojrzała na mnie wzrokiem pt.: Czy cię pogięło, stara?!
Na szczęście najwyraźniej zrzuciła to na karb mojej niezdarności w mizianiu małych czarnych koteczek.
Nadal mi ufa i nadal daje się głaskać. Ufff…

Godzina zero nastąpi o bladym sobotnim świcie. Jestem już umówiona z babką z fundacji. Pomoże.
– O której, pani Marto?
– Około siódmej rano. Ona ma takie pory… Potem się naje i spiernicza na rekonesans, małpa czarna…
– Jezu… Ok. Trudno. Nie będę się kładła. Jesteśmy ustawione.
– Głupio mi, że angażuję panią o tak nieludzkiej porze w sobotę… Ale ta łaciata łajza…
– Pani Marto… Ja nie mam wyjścia. Przecież pani ewidentnie kocha tę kotkę. Zrobimy wszystko, żeby ją złapać, ok?

Że co niby? Że ja ją kocham? Tę mendę złośliwą? Tego cwanego sierściucha?! Tego pchlarza czarnego?!!
Parę ocierów, wystawianie grzbietu do drapania i krabowanie przy byle okazji to stanowczo zbyt mało powodów do miłości. Pfff!

Kocham.
Też mi coś.
Pfff!

Jeden : zero

Dla kici oczywiście.
Nie dała się dziś złapać. Pamięta ostatnią akcję i nie jest głupia.

Na szczęście żaden fałszywy ruch nie został wykonany, zatem nie sądzę, żeby Ósemka straciła do mnie zaufanie. Jutro ponowna próba.
Będę relacjonować na bieżąco.

Piotr jest na mnie obrażony.
– Nie wzięłaś mnie na akcję, to się nie udało. Pfff. Z lisem jakoś daliśmy radę. A do małego kotka angażujesz jakąś kociarę, zamiast eksperta. Pfff.

Wyjaśniłam grzecznie, że lis to był grubszy kaliber. A do małej koteńki nie musiałam uruchamiać aż takiej broni biologicznej.

No to się obraził.
Śmiertelnie.
I co teraz?
Muszę jakoś z tym żyć, co nie?…

Włączcie, proszę, kciuki za kolejną próbę pacyfikacji pingwinki.

Ósemki dalsze losy, czyli..

…wmauwiona jestem.

TU jest początek historii.

Fundacja achowała i ochowała, jak to oni się kicią zajmą… Jak to kicia w sielankowej atmosferze urodzi kocięta, wychowa, wykarmi… Jak to kocięta i sama dzielna mama znajdą dom… Brakuje jeszcze trzepotu skrzydeł białych gołąbków.
Normalnie, jak to mawia mój brat: Pierdolone białe gołąbki są proszone na scenę, w celu podniesienia dramatyzmu!
Miauwa!

Ósemka została wysterylizowana – plus.
Była to sterylka aborcyjna – minus.
Miała ponoć trzy kociaki… Dwa martwe, ale jeden żywy. Nie dali mu szansy…

Kotkę zastałam któregoś poranka na jej stałym miejscu pod drzwiami biurowca – przerażoną, zdezorientowaną, ze świeżą blizną po sterylce… Wypuścili ją z powrotem na ulicę…
Nie pozwoliła do siebie podejść. 😦

Miesiąc zajęło mi odpracowanie jej zaufania. Trzydzieści dni nawoływania, napełniania miseczek, wyciągania dłoni do powąchania… Po owych trzydziestu dniach lęku, syku i parskania Ósemka zaczyna mi ufać na nowo. Daje mi się głaskać, tarmosić, a nawet smyrać po brzuszku… Nikt inny nie ma tych przywilejów.

I wszystko wróciłoby w miarę do normy, gdyby nie fakt, że administratorce budynku nagle zaczęły przeszkadzać kocie miseczki przy drzwiach. Przecież to tak nieestetycznie wygląda… A tu przychodzą ludzie na poziomie, z klasą… (Btw nie zauważyłam nikogo takiego, odkąd tu pracuję.)
Nieważne, że pół budynku Ósemkę dokarmia… Nieważne, że w ślad za usuniętymi miseczkami pojawiają się kolejne…
Jest problem.

Kolega ma kota jedynaka, który bardzo emocjonalnie reaguje na dokocenia. Zatem już nie próbują. Ok.
Koleżanka ma psa. O kocie marzy. Ale jeszcze nie teraz. Ok.
Kolega ma dwa koty, a przy trzech już byłby tłok. Ok, miauwa.

Ja mam w domu cztery koty.
Też tłok, ne spa?
Moje koty przeżyły najpierw śmierć Maniutka, którego zabił nowotwór…
Potem przeżyły stres związany z dołączeniem Majkela do stada.
Następnie musiały zmierzyć się z FIP Mikusia, który go zabił.
I dodatkowo za każdym razem absorbowały moje emocje…
Aż dziw bierze, że są zdrowe… 

Myślicie, że jest jeszcze coś na tym łez padole, co może na nich zrobić wrażenie?…
Mam nadzieję, że nie.

Powiedzcie, że nie, błagam, bo właśnie podjęłam decyzję. 

Heloł środowe wieczorne

Jest cudownie.

Uwielbiam spędzać popołudnia i wieczory w ciepłej rodzinnej atmosferze. Kocham dzieci – w szczególności te około trzeciego roku życia. A jeszcze konkretniej: te kompletnie NIE ROZPIESZCZONE. Anioły!

Jest super. Serio serio.

Jestem wyluzowana jak wagon tybetańskich mnichów. 
Mówię Wam.
Jest tak fantastycznie, że zaraz wejdę w nirwanę. Bosssko.
Zanurzam się w nicości i chłonę ten fantastyczny stan niebytu… Pełen relaks… 

Ommm ommmmm ommmmmmmmmmmmmmm………….

MIAUWA, DAJCIE MI SZNUR! 

Jest pięknie

Mój szwagier doszedł do wniosku, że musi się odstresować. Zatem zabrali się we czterech – z Borysem i Emenemsami – na rejs po Bałtyku. Tadam!

Nie no, luzik w pełni. Doprawdy.
Żona ogarniająca trzyletniego terminatora i ciążę, sama w chałupie, a oni się muszą wyluzować. Znerwicowani tacy, biedni…
No ja cięrpię dolę, mężczyźni, miauwa mać.

– Misiek, no co ty? Zła jesteś?

(Ależ skąd. W najmniejszym nawet stopniu.)

Młodą zabrałam do siebie i mam w domu chwilowo wesoły autobus.

(Zaraz zeświruję, czuję to.)

Paweł też dostaje zaburzeń – dzwoni i głównie napieprza o locji, nawigacji i achtersztagu.

(Zamiast zapewniać mnie o wielkiej miłości i tęsknocie rozrywającej trzewia.)

W dodatku jestem bez pieniędzy. Zgubiłam kartę płatniczą. Znowu.
Napakowałam wczoraj pełen wózek zakupów, podjechałam do kasy, a tam zonk… Dupa blada.
Przeszukałam potem całe mieszkanie. Zero.

A dziś…
– Sąsiadko! – Krzyczy do mnie kobieta z trzeciego piętra. – Pani karta jest u nas w sklepie! Zostawiła pani w terminalu! Może pani odebrać!

Świetnie.
Kartę zablokowałam wczoraj wieczorem.
Wybornie.

Jana nas dziś poratowała produktami spożywczymi.
Będę żyć.
Mimo wkurwa.
Spoko.

Grillowo

Jako że długi łikęd, zorganizowaliśmy sobie grilla. 

Niniejszym informuję, że pieczony ser camembert jest przepyszny.

(Taaa… A potem narzekam, że tu czas na wyciągnięcie wiosennych spodni, a dupa jeszcze zimowa… Ech…)

Po wczorajszym suto zakrapianym wieczorze doszłam do wniosku, że najdurniejsze i najbardziej bezsensowne męskie dyskusje toczą się przy łiskaczu. Zastanawiam się nawet, czy oni, ci mężczyźni znaczy, nie próbowali przypadkiem robić sobie z nas jaj. Bo to wręcz niemożliwe, żeby tak bredzić…
Wyczuwam podstęp.
Na pewno pozakładali się między sobą, jak długo wytrzymamy bez mrugnięcia okiem… 

Próbka:
– Ze spokojną ręką możesz odreagować swój spokój ducha…

Zasępiłam się srodze nad głębią owej wypowiedzi.

(Boże! Czego to ja muszę wysłuchiwać swoim czułym uchem… Zgroza.)

Dziś nasi bohaterowie liżą rany.
Jana, mieszając rosołek: Bo wiecie, moi drodzy… W pewnym wieku należy zejść z trzydziestu drinków na trzy. I przyjąć ten fakt z godnością.

Nastąpił mega-foch.
Obstawiamy jakieś dwa dni. 😉

Tagi: bliźniaki, klątwa, jesteśmy osaczeni…

Mój ex mąż ma czworo rodzeństwa – w tym bliźnięta (brat i siostra).

W moim życiu pojawili się czas jakiś temu bliźniaki – jeden okazał się moją drugą połówką pomarańczy, drugi zaś przyjacielem od serducha (dokładnie tak – zdarzają się problemy, które jestem w stanie obgadać z Piotrem, bo nie mogę z Pawłem – kwestia dystansu do pewnych spraw).

A ja?
Ja mam brata, starszego ode mnie o piętnaście minut, który ostatnio przyjechał z wizytą i z wiechciem kwiecia dla naszej młodszej siostry. Chcąc jej pogratulować drugiej ciąży – zamiast „cześć, ciężarówka!” – wypalił: Cześć, tirówka!

Zaliczyłam zgon. 🙂

Siostra – tłumiąc śmiech – braterskie przeprosiny przyjęła. A juści.

Nie zmienia to faktu, że młoda spodziewa się bliźniąt.
Płci męskiej.