Od razu ostrzegam lojalnie: niniejsza notka przeznaczona jest dla młodzieży powyżej osiemnastego roku życia.
Nie, nie ma scen erotycznych. Proszę zapomnieć. Przykro mi.
Jeno mięso ściele się gęsto.
Dziś musiałam odebrać mieszkanie od sprzedającego, a następnie przekazać je wynajmującemu. Tyle w skrócie, tytułem wstępu. Się podjęłam. Jako pełnomocnik.
Opatrzność chyba nade mną czuwała, po postanowiłam między pierwszą a drugą akcją dać sobie cztery godziny.
(Marrgo pewnie znowu mi zarzuci posiadanie szóstego zmysłu, ale ja jednak twardo obstaję przy opatrzności.)
Powiem tak…
Ja rozumiem, że może ktoś uwielbia mieszkać w syfie – syf ktosia kręci, a sprzątanie nie leży w ktosiowej naturze.
Ok. Sama też u siebie często potykam się o kurz, ciuchy albo koty. Sprzątać nie lubię. Ale się zmuszam raz na jakiś czas. Trudno.
Jednak to, co zastałam tam…
Kurwa!
Pierwszy rzut oka na meble kuchenne – ciemne drewno, faktura gdzieniegdzie mniej, gdzieniegdzie bardziej przesycona kolorem calvados… Takie cieniowanie, zabawa kolorem, rozumiecie. Dopiero po kontakcie dotykowym z tymi meblami dotarło do mnie, że to brud – tu cieńsza warstewka, tam grubości milimetra. W kuchni, czujecie! Czyli tam, gdzie większość ludzi przygotowuje sobie posiłki… Spróbowałam ścierą i płynem do naczyń – przykleiłam się… Do gry wszedł grubszy kaliber – druciak.
Przechodzimy do łazienki…
Kurrrwa!
Gdy oglądałam reklamy środków do czyszczenia wc, takich, gdzie to pokazują wnętrza muszli klozetowych w kolorze brunatnym, zawsze się oburzałam: przeginają, przecież nikt nie jest w stanie doprowadzić kibla do takiego stanu, po prostu się nie da!
Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała moją wiedzę o świecie… Owszem, da się.
W ramach bonusu pani była właścicielka zostawiła mi ufajdaną szczotkę do mycia klozetu (o dziwo, używaną, jak najbardziej), stare przepocone poduszki na kanapie oraz brudne skarpetki w szufladzie (sztuk trzy).
Przepraszam, muszę…
Nosz ja pierdolę, tam mieszkała kobieta! Pani pedagog. Ktoś na poziomie, proszę Państwa!
Gdybym wiedziała, co tam zastanę, wjechałabym ze szlauchem i kilogramem gaszonego wapna…
Nie ma tego złego… Odkryłam niniejszym dietę cud. Nie wiem, kiedy w najbliższym czasie przyswoję jakieś kalorie, bo na samo wspomnienie tego chlewu mam odruch wymiotny. 
Pani jest z Suwałk. Jest tu ktoś z tych uroczych okolic?
Bo może tam są takie zwyczaje plemienne, a ja – ignorant – nie znam się na obcej kulturze?…