Dla Zary

Jest takie miejsce na ziemi… Skrawek Nieba. 

Tam swój dom znalazł Atiś i Setiś – dwa piękne setery.
Miejsca w Skrawku Nieba było jeszcze dużo, zatem zaanektował je kocurek Bonifacy, a zaraz za nim koteczka Filemonka.
Cudowni ludzie ze Skrawka Nieba stworzyli swoim futrzakom raj na ziemi. Kwintesencja szczęścia…

Niestety… Sielanka nie trwała długo…
Bezlitosna choroba zabrała Atisia, a zaraz potem małą Filemonkę…
Skrawek Nieba pogrążył się w żałobie.

Na szczęście niedługo potem zawitał tam dzikusek Filemonek, a wkrótce po nim seterka Zara – oboje miód na zbolałe serca mieszkańców Skrawka Nieba…
I żyli długo i szczęśliwie…

Tak miało być.
Ale nie jest.

Zarcia poważnie zachorowała. Jej nerki odmówiły współpracy.
Sunieczka aktualnie walczy o życie, a wraz z nią jej dzielni opiekunowie ze Skrawka Nieba.
Każdy kolejny dzień jest darem.
A równocześnie walką.

Zara jest w trakcie leczenia. Sunia ma szansę, ale terapia jest długotrwała i kosztowna.
Skrawek Nieba potrzebuje pomocy. Naszej pomocy.

Każda złotówka się liczy.
Każda złotówka to życie dla Zary.
Każda złotówka to pomoc dla Skrawka Nieba.

Konto dla Zary:

Małgorzata Korczyk
72 1500 1722 1017 2018 7636 0000

Dziękuję. 


Ósemka

Od miesięcy opiekujemy się w pracy kotką. Przybłąkała się pod nasz biurowiec w listopadzie. Piękna filigranowa czarnulka z białą bródką, białymi skarpetami i dużymi zielonymi oczami.

Pół budynku ją dokarmia, ochrona wpuszczała do budynku na noc, gdy był mróz… Ma przy wejściu swoje miseczki – z wodą, suchą karmą, mokrą karmą i… świeżymi wątróbkami drobiowymi, po które co rano Jacek biega z wywieszonym ozorem (jeśli nie zdąży schodzą jak woda).

Mimo, że kicia jest totalną dziczą, mi dała się obłaskawić. Jako jedyna mogę ją głaskać, drapać, a nawet smyrać po brzuchu. Równocześnie jest na tyle mądra, że nie pozwala się do siebie zbliżyć obcym. Nawet Jacka zaszczyca wyłącznie ocierami o nogawki.

– Patrz, Tunia, jaka mądrala. Nażarła się, napiła, a teraz będzie mi kręcić ósemki pod nogami.

I tak Ósemka została Ósemką. 🙂

Czeka na mnie każdego ranka. Wołam ją z daleka, a ona wstaje, przeciąga się i rozpoczyna rutualne ociery.

A któregoś dnia, głaszcząc ją po brzuchu, wyczułam nabrzmiałe sutki… Ciąża. 😦
Istnieje duże ryzyko, że kocięta urodzą się kalekie – najprawdopodobniej ojcem jest brat Ósemki, który krąży po okolicy i obserwuje nas z bezpiecznej odległości. Nigdy nie odważył się do mnie podejść (kolejny mądry kot).

Jacek napisał błagalnego maila do lokalnej fundacji.
Dziś – przy pomocy wolontariuszki – odłowiliśmy Ósemkę. Ja czekałam z transporterem, wolontariuszka uzbrojona w rękawice po pachy złapała kicię za kark i… mamy ją.
Mała była wściekła i szarżowała jak stado nosorożców… :/

Urodzi, zostanie wysterylizowana i wróci do nas. Do swoich zawsze pełnych miseczek i dobrych ludzi.
Mam nadzieję, że będzie mi w stanie na nowo zaufać…

A jeśli nie…
Cóż…
Wybraliśmy mniejsze zło. 😦
I lepszy los dla niej.
Lepszą przyszłość. 

Już za nią tęsknię…

Serialowo

Postanowiłam odkryć fenomen „Gry o tron”. 
Odkryłam.
W tym serialu cały czas: albo się bzykają (każdy z każdym – siostra z bratem, ojciec z córką, normalnie starożytny Rzym!), albo się zabijają (zawartość poprzedniego nawiasu). Tak pół na pół. 

Zarówno zwolenników, jak i przeciwników tej produkcji, jest wielu.
Od siebie powiem tylko: faktycznie wciąga.

Dziś nadgryzłam drugi sezon. 
Kwestia jednego z bohaterów: Świetny topór. Nowy?

Paweł z kuchni: Nie! Wyprany w Perwollu!!!

Nie zrażam się.

Trawi mnie lekki wkurw

Taki leciuteńki.

Ja naprawdę nie pasuję do tego świata. Nie jestem w stanie się w nim odnaleźć. Wszędzie kumoterstwo, układy, układziki, krewni i znajomi królika. Gdzie się człowiek nie obróci, tam zawsze uaktywni się jakaś szuja bez kręgosłupa moralnego, honoru i godności.

Są momenty, gdy okropnie mnie korci, żeby trzasnąć treściwy felietonik i wysłać go komu trzeba. O mamuniu, jak mnie rączki świerzbią… Ale nie robię tego, bo „zły to ptak, co własne gniazdo kala”. A póki co, niestety, nie mam wyjścia awaryjnego i muszę tkwić w tej zgniliźnie. Głupotą zatem byłoby się niezdrowo uruchamiać.

Smutno.

Wątróbki

Z Pawłem na drucie:
– Misiek, Piotrek wcześniej wraca do domu. Poprosiłem go, żeby ci kupił te twoje wątróbki drobiowe. Cały w stresie jestem, bo powtarzałem mu jakieś trzy razy: wąt-rób-ki. Znasz go – usłyszy hasło „drób” i nabędzie pół kilo steku ze strusia…

Czekałam zatem z niemałym kołataniem serca…

Piotr w końcu stanął w moich drzwiach, rozpromieniony, szczęśliwy, spełniony na maksa, machający torebką z padliną:
– Sie ma! Żeby nie było, że się nie postarałem! Nie było serduszek, to wziąłem wątróbki!

Ogromne LOVE, no!

:))

Taka sytuacja…

Stałam przy krawężniku, czekając na możliwość przejścia przez jezdnię.
Korek niemożebny.
W końcu jeden z kierowców zatrzymał się, dłonią wskazując mi przejście.
Weszłam na ulicę i nagle poczułam kłujący ból w klatce piersiowej. Skrzywiłam się, odruchowo złapałam się za lewe ramię, dotarłam do chodnika i tam zatrzymałam się, łapiąc oddech.

Ten facet miał głęboko gdzieś trąbiących na niego kierowców z tyłu – włączył awaryjne, wstrzymując ruch, wyskoczył z samochodu i podbiegł do mnie.
– Dobrze się pani czuje?
– Dziękuję. Jest ok. Naprawdę jest ok.

Obcy człowiek, a taki gest… Taki odruch… Ludzki po prostu.

Mam nadzieję, że takich ludzi jest więcej.
Ale aktywują się tylko okazyjnie, przypadkiem…

Telemarketerzy – ciąg dalszy

Dryń dryyyń!

– Słucham.
– Dzień dobry. Dzwonię do pani z firmy Srutututu Pierdutu Tu. Mam dla pani super ofertę.
– Skąd pani ma mój numer?
Standardowa odpowiedź: Pani numer został wygenerowany losowo… 
– Aha, norma… Ale ja nie znam firmy Srutututu Pierdutu Tu. Kim pani jest i czego pani chce?
– Bo nasza firma, proszem paniom, propaguje zdrowy tryb życia. I zdrowe odżywianie. I w związku z tym chciałam zaproponować…

– Ale ja od zawsze prowadzę bardzo niezdrowy tryb życia, ogromnie to sobie chwalę i zamierzam dopuszczać się tego procederu przez kolejnych wiele lat. To cóż takiego mi pani chciała zaproponować?…
– A nic… To dziękuję. Do widzenia…

 Pip… Piiip… Piiip…

🙂

Porządek w domu – ważna rzecz

Zaczęło się od jednej muszki owocówki. Owa muszka wkrótce przyprowadziła kilka koleżanek. A te koleżanki z kolei skrzyknęły całą brygadę: Dawać tu, wiara! Impreza jest!

Nie spodobało mi się to, muszę przyznać. Idąc za radą Jany, postawiłam w ramach muchołapki otwarty słoik, wypełniony wodą z czerwonym winem. Łapały się, jak ta lala.
Dostawiłam drugi.
Po trzecim słoiku (Boże, jakie marnotrawstwo!) redukcji zagęszczenia w przestrzeni powietrznej nie zaobserwowano.
Zatem dostałam letkiej piany.

– Jesteś pewna, że nie masz nigdzie skitranych żadnych owoców?…

Nosz miauwa, obszukałam całą chałupę, tak? Sprawdziłam nawet pod łóżkiem.

I nagle – w trakcie kolejnego dzikiego galopu przez kuchnię – wzrok mój przykuła foliowa torba na szafce nad lodówką. Przystawiłam krzesełko, lekko odwinęłam torbę, na twarz chlapnęło mi kilka kropel czarnej cieczy… Zajrzałam… A tam…

(odcięta głowa mojego byłego szefa – prezent od Pawła na dzień kobiet)

słonecznik! Słonecznik, który kupiłyśmy sobie z młodą parę miesięcy temu – na seansiki filmowe, zamiast popkornu.

Spokojnie się teraz w domu zrobiło.
Mniejszy ruch lotniczy.

Niedzielnie

Jako, że chwilowo jestem jednoręczna, moja łazienka zmieniona została w salon fryzjerski. Bowiem Jana farbowała mi włosy. Do sprawy podeszła bardzo profesjonalnie – przywiozła farbę, pędzelek, foliową pelerynkę i rękawiczki.

Po pierwszym podejściu okazało się, że jedna farba przy ilości moich włosów nie pokryła dokładnie całego łba, przez co przez jakieś pół godziny wyglądałam jak owczarek podpalany. W przeciągu owych trzydziestu minut Jana poczyniła zakup drugiej farby. Kiedy farba została już rozrobiona, zauważyłyśmy, że zestaw został zdekompletowany – w sklepie jakaś gnida rąbnęła z kartonika rękawiczki. Problem jednak został szybko rozwiązany i Janka w gumowych rękawicach do mycia naczyń dalej spełniała się jako fryzjerka, z niejaką – przyznaję – rutynką.

Udało się. Jestem prawie czarna. Zaiste, jest to pewnym zaskoczeniem. Zważywszy, że używałyśmy farby jasny brąz. Proszę mnie zatem nie pytać, jaki kolor daje średni brąz i ciemny brąz…
(Spoko, niedługo się spierze.)

No dobra, samopoczucie ciut lepsze. To i dobrze, bo jutro mam ważny, bardzo stresujący dzień.
Z tego stresu nie dosypiam już od piątku, więc proszę o kciuki, pogłaskanie po czerepie i zapewnienie mnie, że wszystko będzie dobrze.
Dziękować.

Krajobraz po bitwie

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak na to, że moja prawa dłoń nie będzie wymagać amputacji, niezależnie od tego, jak strasznie wygląda. A wygląda wręcz koszmarnie. :/

Reszta ciała, na którą poleciał rykoszet, jeszcze jak cię mogę… W końcu wrzątek – lecąc – stracił trochę na temperaturze. Ręka jednak oberwała pierwszym strzałem…

W pracy:
– Pokaż no tę kontuzję.
Voila!
– O kur…! Ja myślałam, że to jakiś mały czerwony bąbelek jest…
– Uważasz, że z powodu małego czerwonego bąbelka brałabym urlop na żądanie? Halo!

Paweł wymazał mnie jakąś białą pacią o konsystencji kisielu. Wyglądam jak dziecko wojny w trakcie inwazji ospy wietrznej.
Dłoń prezentuje się obrzydliwie.
Ale raczej nie umrę.
Chyba.

Chociaż – gdyby dłuższy czas nie było tu nowych wpisów – uprasza się o zainteresowanie. Albowiem zostawiam testament. 😉